Rozdział 45

W końcu nadszedł ten dzień.

Premier przyniósł do swojego gabinetu tekturowe pudło, spakował doń kilka osobistych drobiazgów i unosząc pudło w dłoniach wyszedł, by nigdy już nie wrócić. Czuł gorycz, bezsilność i rozczarowanie, sztylet w plecy wbili mu ci, którym ufał, bo komuś przecież ufać musiał. Pokazali dokumenty, co do których pewien był, że zostały były zniszczone i rzeczywiście, jednak zanim je zniszczono, ktoś zrobił im zdjęcia.

Kolejnym premierem został przystojny, smagły asystent, który w międzyczasie zdążył przejść do partii, która na gruzach koalicji i opozycji prezentowała się jako nowa jakość w polskiej polityce, słuchająca zwykłych ludzi, kierująca się zasadą wewnętrznej demokracji, nieuwikłana we wcześniejsze polityczne swary i tylko zupełnie przypadkiem jej szeregi zasilili ci sami działacze co zawsze.

Premier prawie do końca swoich dni wierzył, że była to sprawka Rosjan.

Prawie, bo trzydzieści lat później, kiedy stał na demonstracji pod sejmem z nieco wyblakłym transparentem, pośród podobnych mu, politycznie rozbudzonych starców, protestujących żarliwie w sprawach, które nikogo poza nimi nie obchodzą, podszedł do niego nieznany mu człowiek, zaciskający bioniczną protezę dłoni na drzewcu flagi biało-czerwonej i całkowicie ignorując hasła wykrzykiwane w obronie konstytucji, a może niepodległości, demokracji i polskości, pociągnął go za rękaw.

– Pan byłeś wtedy premierem, nie? Za pierwszej pandemii? Zanim to wszystko jebło, prawda?

Starzec, który kiedyś był premierem, pokiwał głową.

– Tak było. Ale potem Ruscy dostali na mnie haka. Nigdy nie wybaczyli mi, że chciałem Polski wielkiej, wzniosłej, z nadzieją spoglądającej w przyszłość, lecz pamiętającej o swojej wielkiej historii, Polski nowoczesnej, chociaż konserwatywnej, otwartej, ale szanującej tradycję, europejskiej w Europie narodów, Polski, która…

– Panie, skończ pan – przerwał mu człowiek z bioniczną protezą. – to nie byli Ruscy, to ja byłem. Mieliśmy takie przygody burzliwe, nie wszystko pamiętam, moja żona się puściła z jedną taką, ujebali mi palce, ale w każdym razie, koniec końców zostaliśmy z Aneczką moją w posiadaniu zeszyciku i karty pamięci tego papugi, jak mu tam było…

– Mecenas Lek mu było – odparł premier.

– Tak! Lek! Panie, co tam się wtedy działo, jakbym opowiedział, to pan mnie nigdy i tak nie uwierzysz…!

Facet z bioniczną protezą ręki mówił dalej, ale premier już nie słuchał. Puścił transparent z hasłem wymalowanym w obronie konstytucji lub przeciwko antypolskim szumowinom, wymknął się z szeregów skandujących starców i staruszek, poszedł do parku, usiadł na ławce nad stawem, po którym pływały elektroniczne łabędzie i pomyślał, że na starość nawet to musieli mu odebrać, wiarę, że owszem przegrał, ale z wrogiem tak potężnym, że w zasadzie każdy z nim przegrywa. Były premier zapłakał.

Wspomniał swoje ostatnie dni na premierowskim fotelu. Przypomniał sobie, jak pozwolili ludziom wyjść do knajp i jak wszyscy natychmiast zapomnieli o zarazie, wylegli na ulice jakby wystawili głowy nad wodę po długim nurkowaniu.

Wspomniał jak się musieli napracować, żeby na światło dzienne nie wyszła akcja antyterrorystów z wydziału piątego ABW, podczas której samotna dziewczyna z pistoletem, walcząca podobno w świętej furii niczym Amazonka z piekła rodem, zdołała wykończyć czterech funkcjonariuszy, zanim ją w końcu zastrzelili, jak potem okazało się, że mecenas Lek nie żyje, ale jego archiwum haków zniknęło. Nikt nie wiedział czym to przykryć, aż w końcu sprytny, drugi asystent pana premiera zaproponował, żeby może ocenzurować jakąś piosenkę na liście przebojów Trójki, to się ludzie nie będą zajmować strzelaniną i martwymi funkcjonariuszami.

Czego były premier wspomnieć nie mógł, to tego, jak pod gradem kul dzielny detektyw Zarazek wyciągnął ranną Rudą z samochodu i poniósł na własnych mocarnych ramionach aż na drogę, gdzie złapał transport do najbliższego szpitala. Tam zajęli się nią, nieprzytomną, najlepsi lekarze, tacy, którzy rozumieli, że prócz korony ludzie umierają też na inne, dziwne choroby.

Premier nie mógł również wiedzieć, że Ruda obudziła się zdrowa i zmęczona. Zdołała nawet przemyśleć zmianę zawodu. Umawiała się na awantury z pijanymi klientami, nie na gonitwy po lesie w towarzystwie jakiegoś tłustego szaleńca, którego miała nadzieję nigdy nie zobaczyć.

Ledwo ta myśl wybrzmiała, a w drzwiach szpitala stanął detektyw Zarazek z jedną różą i puzdereczkiem. Uzbrojony w promienny uśmiech ruszył w kierunku łóżka krokiem zachwyconego sobą idioty. Wcisnął Rudej różę tak, że największy z kolców przeszył jej kciuk, runął na kolana i rzekł:

– Wyjdziesz za mnie? Myślałem dużo… tamtej nocy połączyło nas coś szczególnego… Połączmy się i my… teraz, na szpitalnym łóżku…

Zarazek podniósł się z kolan i jął gramolić się na rudą. Ust maliny rozchylił do pocałunku. W tym czasie Ruda prosiła Boga, Szatana, wszystkich świętych i każdego, najmniejszego nawet mieszkańca piekieł, o ratunek. Ta modlitwa różniła się od przytłaczającej większości innych modlitw, albowiem została wysłuchana. W drzwiach stanęła ogromna, zarośnięta postać w lekarskim kitlu…

– Ty skurwysynu! – huknął doktor Ziemowit Siermiężny. – Teraz mi nie uciekniesz!

Zarazek upuścił pierścionek i również zmówił szybką modlitwę o ratunek. W tym wypadku Bóg, Szatan, aniołowie i diabły pozatykali sobie uszy.

Były premier wspominał więc po latach to, co wspominać mógł, po czym umarł i leżał na ławce martwy, ludzie mijali go obojętnie, aż w końcu pojawił się miejski dron, zajmujący się usuwaniem licznych zwłok z ulic Warszawy, delikatnie uniósł wiotkie ciało byłego premiera, by zanieść je ku krainie wiecznej chwały.

do góry strony >>