Rozdział 10

Detektyw Zarazek poruszał się skokami, zgarbiony jak złodziej z kreskówki. Ostatni raz gnał tak jakieś trzydzieści kilogramów temu, kiedy uciekał przed kanarami, z marnym zresztą skutkiem. Jego zdaniem praca detektywa zakładała raczej leniwą obserwację oraz efektowne pojedynki na pięści, w których zawsze zajmował wysokie, drugie miejsce.
Bieganie odbierało godność. Biegać mógł jakiś krawężnik albo tępy Bruce Willis. Zarazek był jednak prawdziwym mężczyzną i dzielnie znosił wszelkie trudności. Biegł nie tylko dlatego, że miał mnóstwo chorych do obskoczenia. Gdzieś w głębi korytarza mignęła potężna sylwetka znajomego doktora i detektyw, w którym rozsądek zawsze górował nad odwagą, uznał, że unikanie tego olbrzyma będzie zmyślnym posunięciem.
Okno wychodziło na zapełniony parking, łyse drzewa i dalekie czteropiętrowe bloki. Ulicą przemknął autobus i dwa samochody policyjne. Dzień był piękny. Piękno zawsze rozczulało Zarazka, może dlatego, że bardzo się sobie podobał.
Odwrócił się od okna i podszedł do pierwszego lepszego pacjenta. Był to starszy facet z czerwonym nosem i wąsem zbrązowiałym od papierosów. W spracowanych dłoniach ściskał telefon komórkowy z małym ekranem i wielkimi klawiszami. Zarazek wyciągnął swojego eleganckiego smartfona – niech dziadek zobaczy, jak technologia poszła do przodu. Dziadek jakoś niespecjalnie się zachwycał. Wręcz przeciwnie: skulił się i zakopał się w pościeli, nad brzegiem kołdry łypały przekrwione oczy.
– Widziałeś tego człowieka? – zapytał Zarazek.
Nie doczekał się odpowiedzi. Dwaj inni pacjenci w tej sali zachowali się podobnie, ze wszystkich sił zasłaniali się przed Zarazkiem. Detektyw przestraszył się, że ma jakąś bliznę na twarzy czy coś jeszcze gorszego, przejrzał się w smartfonie, wyglądał jednak całkiem normalnie – usta miały konsystencję tortu, a wały nadoczodołowe i policzki zakleszczały oczy w wąskich kraterach.
Wyszedł na korytarz i czym prędzej wskoczył do następnej sali. Ogromny doktor zmierzał szybkim krokiem w jego kierunku. Zarazek zrozumiał, że musi za wszelką cenę uniknąć konfrontacji, miał bowiem pewność, że w bezpośrednim starciu mógłby skrzywdzić lekarza, czego z wrodzonej dobroci serca pragnął uniknąć.
W następnej sali pacjenci znów odsuwali się od Zarazka, a jeden z niepojętych przyczyn wybiegł na zewnątrz, wrzeszcząc wniebogłosy. Zarazek aż podłubał w nosie ze zdziwienia. Przestraszył się, że awantura ściągnie tutaj olbrzyma – i co wtedy? Musiał podjąć nadzwyczajne środki zaradcze. Podszedł do wyjątkowo wiekowego i umęczonego pacjenta, oznajmił, że działa dla dobra większej sprawy, i zdjął mu maskę z twarzy. Pacjent szarpał się, lecz słabo, spuentował ową szamotaninę gwałtownym charknięciem i zamknął oczy.
– Dziękuję panu ślicznie! – powiedział Zarazek, zakładając maskę. – Oddam, jak tylko przestanie być potrzebna.
Kontynuował swą doniosłą misję. Zaczepiał kolejnych pacjentów i pytał o mężczyznę na zdjęciu w telefonie. Pacjenci odpowiadali jakby chętniej i już nie próbowali skryć się pod materacem. Tylko ogromny lekarz ciągle podążał za Zarazkiem, rozglądając się ponad głowami pacjentów i pielęgniarek. Wreszcie zajrzał do sali, gdzie leżał pacjent ogołocony z maseczki. Wypadł stamtąd natychmiast, wrzasnął coś i potruchtał przez korytarz. Zarazek zgarbił się na tyle, na ile pozwolił mu brzuch i również przyspieszył.
Wciąż podsuwał telefon przed kolejne udręczone twarze i pytał:
– Widziałeś go? Widziałeś?
Prawdziwy mężczyzna nigdy nie porzuca misji. Jest jak wściekły pies, jak rekin rozszarpujący surfera. Zarazek spojrzał za siebie. Lekarz już nie szedł, tylko biegł, purpurowy ze złości. Pora na mnie, pomyślał Zarazek.
W tej właśnie chwili ktoś chwycił go za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Rzekł chrapliwie, jakby żuł żwir:
– Widziałem tego faceta. W hotelu, gdzie pracowałem. Dwa dni temu przyjechał, wczesnym popołudniem. Wiem, bo w piątek poczułem się źle i przywieźli mnie tutaj…