Rozdział 11

Ronald Pancerny był pewien, że to wszystko mu się śni. To przecież nie może być prawda. To wszystko jest nie do uwierzenia. Walizka z pięcioma milionami złotych, które skradł z funduszu operacyjnego CBA ktoś taki jak on, Ronald, który w życiu nie przekraczał prędkości na drodze i nie dostał nawet mandatu za złe parkowanie, a kiedyś na imprezie prawnie zemdlał ze strachu, kiedy dowiedział się, że na balkonie palona jest – nielegalna przecież! – marihuana.
Walizka z pięcioma milionami jednak leży pod łóżkiem.
I dalej, to musi być sen. Prostytutka, którą zamówił do pokoju ktoś taki jak on, Ronald, który wcale nie miał śmiałości do kobiet, bardzo wstydząc się swojego pulchnego, bladego ciała o wąskich ramionach i szerokim, nawykłym do biurowego fotela zadzie, które to ciało widział aż nazbyt wyraźnie w hotelowym lustrze, boleśnie obnażone przed wzrokiem Rudej. Kiedy wychodziła, Ronald pomyślał nawet, że poczuł do tej fachowej dziewczyny pewien afekt, że może ona widzi w nim mężczyznę, jakim tak naprawdę jest i jakiego nigdy nie widziała w nim jego żona. Poczuł to jeszcze mocniej, gdy wróciła, lecz gdy otworzył jej drzwi, bardzo boleśnie został zdradzony, gdy zrozumiał, że chodziło jej tylko o pieniądze.
To musi być sen.
Do tego broń, z której właśnie wystrzelił, głuchnąc prawie od huku zwielokrotnionego przez ściany ciasnego pokoju, łuska na podłodze i trup tego dziwnego, patykowatego mężczyzny, z którego przestrzelonej głowy nie przestaje ciec krew. On, Ronald Pancerny, który wzdragał się zabić nawet komara, nie jadał mięsa i na Facebooka wrzucał dużo memów przeciwko myśliwym – on zabójcą? W samoobronie, ale jednak?
To nie może być prawda. To musi być sen.
I do tego jeszcze ta pandemia, ludzie w domach pozamykani, przemykający ulicami w maseczkach i lateksowych rękawiczkach, na dodatek w telewizji przemawia ten minister z PiS-u, a więc polityk, który mówi pełnymi zdaniami, mającymi nie tylko podmioty i orzeczenia, ale nawet treść i sens, coś takiego się nie zdarza, sen to być musi.
– No to masz przejebane – zauważyła filozoficznie Ruda.
– Zamknij się…! – jęknął wciąż niedowierzający rzeczywistości Ronald i spróbował potrząsnąć groźnie bronią, szachując nią tę niegodną kobietę, która tak bardzo nadużyła okazanego jej zaufania. Groźba wyszła jednak dość żałośnie, bo oprócz pistoletu zatrzęsły się Ronaldowi również inne rzeczy, co ujrzał w lustrze i z oczu pociekły mu łzy.
– Zaraz psiarnia przyjedzie, obsługa na pewno już dzwoni – blefowała dalej Ruda, wiedząc, że nikt po psy nie zadzwonił, kiedy bowiem wchodzili z Pudlem na piętro, hotel wyglądał już na opuszczony przez gości, obsługę i Boga.
Józio Pudel bardzo ją rozczarował. Nie żeby miała co do niego złudzenia, mężczyźni rozczarowywali ją od kiedy pamiętała, od kiedy tatuś rozbił jej na głowie lalkę Barbie, którą dostała na komunię, liczyła jednak, że dla kogoś, kto tak pragnie gangsterskiego życia, obrabowanie pulchnego urzędasa będzie łatwym pierwszym krokiem w karierze przestępcy.
Nie czas jednak na rozważania o naturze ludzkiej, pomyślała. Trzeba działać.
– Nie doceniłam cię – powiedziała.
– Właśnie…! Nikt mnie nie docenia! Przez całe życie! – pisnął przez łzy Pancerny.
– Teraz widzę, kim naprawdę jesteś. Mężczyzną z prawdziwego zdarzenia. Pomyliłam się.
Pancerny otarł łzy wierzchem lewej dłoni. Czy to możliwe, żeby ta zdradziecka prostytutka miała rację? Oto przecież on, Ronald, nie tylko zrabował pięć milionów niezbyt teraz przydatnych złotych, ale na dodatek nie pozwolił ich sobie odebrać. Być może ten mężczyzna, groźny bandyta ściskający w dłoni służbowy pistolet, cały czas gdzieś drzemał w środku Ronalda i dopiero teraz się wybudził, dopiero teraz Ronald będzie mógł pokazać, ile naprawdę jest wart.
Oczyma duszy ujrzał siebie i Rudą, polskich Bonnie i Clyde’a czasów pandemii, jak przemierzają opustoszałe ulice czerwonym kabrioletem, który na pewno gdzieś można dostać, więc przemierzają Polskę, a może i Europę, piękni i okrutni, przeciwko czasom, przeciwko mieszczańskim przesądom, zamawiają zestawy w McDonaldzie, wcale za nie nie płacąc, rozbijają posterunki graniczne, urodzeni mordercy, romantyczni buntownicy, koniec z wegetarianizmem, być może w grę wchodziłyby nawet jakieś narkotyki!
Teraz rozumiał: cóż za idiotycznym pomysłem było chcieć zrobić wrażenie na tej kostycznej, oschłej kobiecie, jaką była jego żona. Nigdy nie okazywała mu szacunku, który widział teraz w wielkich zielonych oczach Rudej. On, Ronald Pancerny, zasługiwał na kobietę z krwi i kości, namiętną, gorącą, pełną wewnętrznego ognia.
Pociągnął nosem, opuścił pistolet.
– Ucieknijmy razem – powiedział.
Chciałabym kiedyś spotkać faceta, który nie jest idiotą, pomyślała Ruda.
– Myślałam, że już nigdy tego nie powiesz – odparła.
Słowa jej nie wybrzmiały jeszcze dobrze, kiedy drzwi do pokoju otwarły się z hukiem i stanęła w nich potężna, zwalista postać.
– Aha! I po nitce do kłębka – powiedział triumfalnie Zdzisław Zarazek i zakaszlał sucho, nie zasłaniając wcale ust.