Rozdział 12

„Boże, jaka ona jest piękna”, pomyślał Zarazek i zakaszlał ponownie, tym razem z zachwytu.

Przed sobą miał mężczyznę, którym był, jak się trafnie domyślił, sam Ronald Pancerny. Ów mężczyzna cały dygotał, a pistolet trzymany w mokrych dłoniach wymierzył w niespodziewanego gościa. Obok leżał sobie trup. Była też walizka pełna forsy, lecz Zarazek widział Rudą i tylko Rudą. Dosłownie wypełniała sobą pokój hotelowy. Ta figura modelki. Ta niewinna buzia. Zarazek nabrał powietrza i doszedł do wniosku, że Ruda jest więcej niż po prostu piękna. Wydała mu się najpiękniejszą kobietą na świecie.

Zachwycająca, lecz skromna. Pewna swojej urody, lecz elegancko ubrana. Takie właśnie skojarzenia gniotły się w gorejącej głowie detektywa Zarazka. Nie rozumiał tylko jednego: co taka dama, niewątpliwie członkini wyższych sfer, zapewne aktorka albo nawet socjolożka, robi w tym ponurym hotelu? Z zamyślenia wyrwał go nerwowy głos.

– Rączki, rączki – rozkazał Ronald Pancerny.

Zarazek ciągle gapił się na dekolt Rudej i wyobrażał sobie, co też mógłby zrobić ze swoimi rękami. Uniósł je bardzo wolno. Przy okazji uniosła się też koszulka, odsłaniając biały, obwisły brzuch z czarnym klejnotem pępka pośrodku.

– Kim jesteś? – Ronald Pancerny potrząsnął pistoletem.

Zarazek nawet nie spojrzał w jego kierunku.

– Nie bój się, księżniczko. Uratuję cię – wyszeptał.

– Co, kurwa? – wykrztusiła Ruda.

– Nigdy w życiu nie spotkałem nikogo tak pięknego. – Zarazek zrobił krok w jej kierunku. – Proszę wybaczyć śmiałość, ale… ja nawet nie wiem, jak nazwać to, co teraz czuję. Jestem oczarowany. Onieśmielony. Za jedną chwilę w pani towarzystwie oddałbym życie…

– Tak w sumie biorę dwie stówki za full serwis – poinformowała Ruda.

– Ej! Ja tu jestem! – rozdarł się Pancerny. – Rączki, mówię! Ani kroku dalej! Zarazek przystanął i wreszcie poświęcił Pancernemu dłuższe spojrzenie.

Owszem, Pancerny miał broń i wyglądało na to, że jest gotów wystrzelić. Przynajmniej do takiego wniosku skłaniał widok faceta z dziurą w głowie. Zarazek wiedział jednak, że w takich sytuacjach najważniejszy jest spokój. I moc autorytetu. Twarda, zdecydowana postawa powstrzyma każdą kulę. Przynajmniej tak sądził.

– Po prostu porozmawiajmy. Pan Pancerny, prawda? Jestem prywatnym detektywem – przedstawił się i wyjaśnił: – Wynajęła mnie pańska żona…

– No to pięknie. Tylko jej tutaj brakowało. Jeszcze krok, a strzelę panu w głowę.

Zarazek zrobił kolejny krok, zasłaniając sobą Rudą. Nie padł żaden strzał. Pancerny tylko potrząsał pistoletem.

– Nie wrócę do niej! – krzyczał. – Nie ma mowy! Masz pan jej to powiedzieć!

– W rzeczy samej o to chodzi – ucieszył się Zarazek. – Niech pan nie wraca do niej pod żadnym pozorem. Takie właśnie jest moje zadanie. Mam dopilnować, by pan nie wrócił. A skoro osiągnęliśmy porozumienie w tak fundamentalnej sprawie, to czy mógłby pan opuścić pistolet?

– Nie chce pan moich pieniędzy?

– Jakich niby pieniędzy? – zdziwił się Zarazek. – Naprawdę, dajmy sobie spokój z tym pistoletem…

Dwie krople potu sunęły równiutko po skroniach Ronalda Pancernego, znamionując gwałtowny proces myślowy. Westchnął i rzeczywiście zaczął opuszczać broń. Bardzo powoli.

– Tak, bardzo dobrze – zachęcił go Zarazek. Wciąż unosił dłonie wysoko nad głowę. Zrobił kolejny krok do przodu.

Wdepnął w krwawą plamę, pośliznął się i wrzeszcząc, runął prosto na Ronalda Pancernego.