Rozdział 14

Mecenas Witold Lek wybrał numer do swojego syna. W telefonie zabrzmiała idiotyczna melodyjka. Dobroduszny mecenas wielokrotnie prosił tego głupiego, niewdzięcznego gnojka, by ją odinstalował, niewdzięczny gnojek tłumaczył, że nie potrafi, i wówczas mecenas przestawał być dobroduszny. Być może smarkacz robił mu na złość, jak zawsze. Przecież nie skończył studiów z czystej przekory. Był też głupi, tchórzliwy i miał nazbyt wysokie mniemanie o sobie. No ale był jedynym synem mecenasa Leka, a ten traktował swoje ojcowskie obowiązki poważnie.

Policzył do dziesięciu i się rozłączył. Dziesięć sekund, jego zdaniem, wystarczało aż nadto, by człowiek odebrał telefon. Potem miał najwyżej dziesięć minut na oddzwonienie. Jeśli nie odebrał ani nie oddzwonił, należało sądzić, że nie żyje bądź lekceważy mecenasa Witolda Leka. Nie wiadomo, co gorsze. Lek podszedł do okna. Popatrzył na Warszawę. Jego syn leżał gdzieś pijany albo martwy. Józek miał może nasrane w głowie, ale zawsze odbierał telefon.

Okno dobrego pana mecenasa wychodziło wprost na park Morskie Oko, teraz opustoszały mimo ostrego słońca. Zagubieni żule zbijali się w niewielkie grupki, zadzierali głowy i można by pomyśleć, że wyczekują bombardowania. Nieliczni przechodnie trzymali się daleko od siebie i każdy zachowywał się, jakby śmierdział. Takie właśnie porównanie pojawiło się w głowie Witolda Leka. Jego zdaniem śmierdzieli niemal wszyscy. Ohyda bliźniego ujawniała się również poprzez zapach.

Mecenas lubił jednak swój widok z okna. Lubił też swoje piękne mieszkanie na pierwszym piętrze, kolekcję dzieł sztuki z Opałką i Nowosielskim na czele, sejf pełen złota i ogromną bibliotekę z pierwszymi wydaniami Sienkiewicza, Reymonta i Prousta w oryginale. Mecenas nie czytał, francuskiego nie znał wcale, uważał jednak, że sama obecność starych książek uduchowia i czyni mądrzejszym. Mądrość miała i inne źródło. Witold postanowił z niego zaczerpnąć. Nalał sobie bowmore’a na palec.

Gdzie jest ten gówniarz? Co się z nim stało?

Mecenas cieszył się torfowym posmakiem alkoholu i martwił się losem syna. Przeczuwał najgorsze. Przecież wiedział od dawna, że tak będzie. Durny Józek wymyślił sobie, że zostanie gangsterem. Nadawał się do tego jak chuj do wbijania pali na rzece. Zresztą mecenas Lek znał prawdziwych przestępców, bo ich bronił. W dobrych czasach szastali forsą i życiem innych, a gdy robiło się krucho, każdy sprzedałby własną matkę byleby tylko urwać parę lat z wyroku.

No ale Józio wiedział lepiej. Słuchał swoich rapsów i bujał się z dziwkami. Takie właśnie wybrał życie. I życie się od niego odwróciło.

Za oknem żule żebrali o pieniądze. Przechodnie umykali przed nimi strwożeni. Oto niespodziewana konsekwencja epidemii: nikt nie da pieniędzy pijakom. Najbardziej potrzebujący pozostaną trzeźwymi.

Witold Lek zadzwonił raz jeszcze do syna. Policzył do dziesięciu i się rozłączył. Odłożył pustą szklankę, narzucił płaszcz i zszedł do garażu, gdzie oczekiwało czarne maserati. Zdaniem mecenasa jeżdżenie po pijaku uchodziło ludziom o jego majątku i pozycji. Wierzył w przeznaczenie, w karmę. Miał swój cel. Żaden policjant go nie zatrzyma.

Znajdzie swojego syna. Albo jego ciało.

Ten, kto skrzywdził Józia Leka, znanego też jako Józef Pudel, pożałuje, że się urodził. Umrze w straszliwych cierpieniach. Podobny los czeka jego rodzinę, bliskich, przyjaciół, sąsiadów, koty i kanarki. Nikt nie zostanie oszczędzony.

Mecenas Lek, anioł zemsty, wyjechał na słońce.