Rozdział 15

Gdy w latach dziewięćdziesiątych w Polsce szalała dzika prywatyzacja, mecenas Lek, świeżo po aplikacji, korzystając z przeciętnej, ale komunikatywnej znajomości języka angielskiego oraz wrodzonych zasobów sprytu i hucpy, został pośrednikiem między zagranicznym kapitałem a masą upadłościową kraju, który nagle, po upadku ZSRR, stracił rynek zbytu dla swojego przemysłu. Witold był przy każdej dużej prywatyzacji i zgarniał tłusty procent, ale przede wszystkim tkał wokół siebie delikatną i skomplikowaną sieć towarzyskich i zawodowych stosunków, zależności, rozbudowanych rachunków przysług i zobowiązań.

Z Kwaśniewskim, Oleksym i Millerem był na ty. Z Kozłowskim i każdym kolejnym szefem ówczesnego Urzędu Ochrony Państwa pijał wódkę przynajmniej raz w miesiącu, co nie zmieniło się, kiedy z UOP zrobili ABW. Z komendantami policji chadzał na dziwki. Dobrze wiedział, kto i dlaczego wykończył Papałę. Kiedy amerykańscy generałowie przyjechali do pałacu prezydenckiego negocjować zakup F-16, podśmiechując się w duchu z naiwnych Polaczków, wierzących w jakieś offsety niczym wyznawcy kultu cargo, mecenas Lek osobiście nalewał im wódki, uśmiechając się tajemniczo i słuchając w milczeniu.

Wiele nagrań z podsłuchów zamontowanych w restauracyjnych stolikach, domach schadzek, przytulnych garsonierach czy wypożyczanych luksusowych samochodach przeszło przez ręce mecenasa Leka i każde skopiowane, skatalogowane i opisane spoczęło w specjalnym sejfie. Pamięć do twarzy miał Lek fotograficzną, tak doskonałą jak do nazwisk: pamiętał, jak się nazywają czyje dzieci, czym zajmuje się żona i gdzie mieszka kochanka, czy ukochany piesek to labrador, czy bulterier, i czy raczej narty, czy snowboard, czy wino, czy whisky. Każdemu był przyjacielem, chyba że ktoś był mecenasowi wrogiem.

Tak, miał wielu wrogów, wszystkich ich rozpoznał, policzył i uszeregował według zagrożenia, jakie sobą reprezentowali.

Jeden z nich popełnił samobójstwo, wyskakując z własnego balkonu.

Drugi miał paskudny wypadek na przejeździe kolejowym, jakby w aucie zablokowały się hamulce, pociąg rozsmarował go na długości pięćdziesięciu metrów.

Trzeci odsiadywał dwanaście lat i sam nie wiedział za co.

Kolejny, ubezwłasnowolniony i zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, spokojnie drzemał w kokonie z takiej dawki benzodiazepin, że ukoiłaby nawet słonia w rui, jeszcze inny po prostu zniknął, zaginął, przepadł jak kamień w wodę, mecenas Lek wiedział zaś doskonale, że w jego wypadku to porównanie było wyjątkowo celne.

Reszcie Lek pozwalał żyć, wychodząc z założenia, że wróg znany, rozpoznany i pod pewną kontrolą jest mniejszym zagrożeniem niż wróg potencjalny, który może zająć jego miejsce.

Zaprawdę, odnalezienie głupiego gnojka nie przekraczało możliwości mecenasa Leka. Wybrał numer od razu, kiedy tylko wyjechał z podziemnego parkingu. Numer należał do majora ABW, pracującego aktualnie w Departamencie Bezpieczeństwa Teleinformatycznego, którego z mecenasem Lekiem łączyła barwna, momentami awanturnicza przeszłość.

– Lek mówi. Zamknij się i słuchaj, bo to jest na asap. Chuj mnie jakaś epidemia obchodzi, powiedziałem ci, żebyś się zamknął, tak? No. Chcę dokładną lokalizację telefonu mojego syna. Nie pierdol, że się nie da, bo ja się wczoraj nie urodziłem. Kurwa, Jacuś, nie zmuszaj mnie, żebym ci groził, bo zawsze potem mam zgagę. No.

Dwie minuty później w esemesie przyszedł link do Google Maps. Nawigacja poprowadziła maserati mecenasa jak po sznurku i kiedy podjechał pod podły hotelik na Woli, oczom jego ukazał się dziwny obrazek: oto chłopisko ogromne i grube, odziane w dres i kurtkę skórzaną, waliło obiema dłońmi w tylną szybę niebieskiego audi, które Lek pół roku temu kupił synkowi na urodziny. Kierowca audi usiłował wyjechać z parkingu na wstecznym, czemu wielki chłop próbował nieudolnie zapobiec. Na asfalcie obok leżała rudowłosa dziewczyna. Uniosła głowę, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje, jakby właśnie się przebudziła, zaś w tym samym momencie, w którym mecenas zatrzymał samochód, z hotelu wybiegł półnagi, owinięty tylko ręcznikiem człowiek, którego twarz mecenas znał, chociaż teraz jej rysy zniekształcała krew cieknąca z rozbitego nosa.

Pół sekundy zajęło mu przewertowanie mentalnego katalogu mord i już wiedział: to niejaki Ronald Pancerny, frajer i płotka, jednakże z CBA. Mecenas poznał go kiedyś na przyjęciu pełnym ludzi służb, a zapamiętał tylko dlatego, że ów miał bardzo przystojną żonę, która na dodatek chętnie publicznie Pancernego upokarzała, opowiadając po trzecim kieliszku wina, jakim to jest nieudacznikiem.

Interesujące, interesujące – pomyślał mecenas, niczym ogar węsząc ciekawy trop, a potem przypomniał sobie, że gdzieś tutaj jest jego syn.