Rozdział 17

Mecenas Witold Lek siedział na plugawym łóżku, w plugawym pokoju, na trzecim piętrze parszywego hotelu, a czubki jego czarnych trzewików, na miarę obstalowanych u Kielmana, znajdowały się centymetr od kałuży krwi, która wypłynęła z głowy jego syna jedynego Józia, który sam siebie przezwał Pudlem.

Mecenas siedział bardzo spokojnie. Nie krzyczał, nie płakał, nie lamentował, albowiem uważał, że na okazywanie emocji mogą sobie pozwolić tylko aktorki i politycy. Lek pozostawał chłodny, nie płakał nawet na pogrzebie matki.

Jednak w środku, w sercu mecenasa Leka gorzał ogień.

Lek wsłuchiwał się w swoje emocje, spokojnie analizując to, co działo się w jego wnętrzu. Co więc czuł, patrząc na ciepłe jeszcze zwłoki swojego pierworodnego?

Gdzieś na samym dnie, tam, gdzie w Witoldzie drzemała jeszcze resztka człowieczeństwa, tam tliły się rozpacz i ból, jakie każdy ojciec czułby, patrząc na martwe ciało swego syna.

Jednak mecenas nie był każdym ojcem, dlatego powyżej bólu unosiło się rozczarowanie. Oto dałem ci wszystko, ty zaś postanowiłeś wydać to na kokainę, kurwy i te żałosne ubrania dla nastolatków. Mogłeś być wszystkim, a postanowiłeś być kimś takim i umrzeć w taki sposób.

Mecenas wspominał swoje skromne początki, ojca, którego nigdy nie poznał, małe mieszkanko na Grochowie, zapracowaną matkę po czterech klasach podstawówki, która sprzątała cudze mieszkania tylko po to, by jej syneczek mógł skończyć prawdziwe studia i skończył je, pomiędzy synami ministrów i sędziów, skończył je z najlepszym wynikiem.

A Józio? Mógł studiować na Harvardzie, robić praktyki w najlepszych kancelariach wschodniego wybrzeża, wszystkie drzwi były dlań otwarte, te, które Witold w swoim życiu musiał wyważać pracowitością, zażarciem, sprytem, dla Józia stały otworem. Wystarczyło podnieść się i przez nie przejść, Józio jednak wolał wysiadywać z ziomkami na murku, żreć pizzę z pudełka, zaś szczytem jego ambicji było omijanie kolejki na selekcji w klubach.

Kiedy jest się kimś takim jak mecenas Witold nie można szanować kogoś takiego, kim stał się jego syn.

Obok rozczarowania było jednak coś jeszcze, coś, co tłukło się w piersiach mecenasa i był to gniew, święty, diabelski gniew, który mecenas Witold Lek czuł wtedy, kiedy ktoś odważył się wyciągnąć rękę po coś, co należy do niego.

Ostatni raz tak mocno czuł ten święty gniew dawno temu, w szalonych latach dziewięćdziesiątych, przypomniał sobie to wyraźnie, jak w zaroślach nad Wisłą z trzema osiłkami z Mokotowa rozciągnęli na ziemi pewnego cinkciarza, który na przyjęciu zaczął się zalecać do żony mecenasa i na oczach mecenasa klepnął ją w tyłek.

Lek odrąbał mu wtedy rękę, którą ten dotknął czegoś, co Lek uznawał za swoją własność. Ale nie było mu jeszcze dość, więc odrąbał mu też drugą, potem to, co zostało z cinkciarza wrzucili do Wisły i dopiero gdy otarł krew z twarzy poczuł w tym gorejącym gniewie ulgę. Piękne, szalone lata dziewięćdziesiąte.

Józio był największym rozczarowaniem w życiu mecenasa, mecenas jednak, niczym rzymski pater familias, również Józia uważał za swoją własność, którą tymczasem ktoś odważył się popsuć, popsuć nieodwracalnie.

Odetchnął głęboko.

Wstał, rozejrzał się po pokoju. Ból i rozpacz po stracie syna zgasły, zalane potopem gniewu. Na podłodze obok łóżka leżał pistolet, zapewne narzędzie zbrodni. Mecenas Lek oczywiście nie zamierzał sięgnąć po tę broń, wybiec przed hotel i strzelać, chociaż wiedział doskonale, że odpowiedzialne za śmierć jego syna muszą być kreatury, które minął pod pustym hotelem. Każdy, kto był przy śmierci Józia będzie cierpiał o wiele bardziej i o wiele dłużej niż jego syn.

Odetchnął jeszcze raz, nie po to, żeby się uspokoić, bo był spokojny, ale po to, by poczuć swój gniew jeszcze mocniej, poczuć, jak rozpala mu trzewia. Nie, nie pozwoli by zajmowała się tym policja, psiarnia jest dla normalnych ludzi i sądy też są dla normalnych ludzi, nie dla mecenasa Leka.

Wyciągnął telefon, zrobił zdjęcia, po czym zatelefonował pod numer, pod który zatelefonować uznał w tej sytuacji za stosowne.