Rozdział 18

Detektyw Zarazek uważał się za człowieka litościwego i wyrozumiałego. Pobłażał sobie bowiem i chętnie tłumaczył wszelkie własne potknięcia. Mało tego, widział siebie jako prawdziwego humanistę. Miał jednak szczególną wizję humanizmu. Mianowicie za ludzi godnych współczucia uważał jedynie siebie i wszystkie piękne kobiety, jakie spotykał. Owszem, zastanawiał się, czy nie zabrać ze sobą biednego Ronalda Pancernego. Patrzył jak ten cwałuje przez parking, odrywając bose stopy od asfaltu. Białe ciało Ronalda trzęsło się jak galareta, w którą wbito elektrody. Detektyw Zarazek pomyślał, że ten facet ma naprawdę ciężko. W życiu nie chciałby się znaleźć na jego miejscu. Zapytał o radę swoje dobre serce. Serce odpowiedziało, że na pewno ktoś inny pomoże Pancernemu. Zarazek wcisnął gaz i odjechał z parkingu, odprowadzany przez przekleństwa, w których było coś o matce detektywa i jej licznych niedostatkach. Ręcznik, uwolniony od rozszalałych dłoni byłego pracownika CBA uwolnił się i niesiony wiatrem pomknął na spotkanie gałęzi pobliskiego drzewa.

– Wszystko dobrze? Jak się czujesz? Czego ci trzeba? – dopytywał Zarazek Rudą.

– Walizki mi trzeba, cymbale jeden. Walizki z tą całą forsą.

– Musisz tak ostro?

– Jestem kurwą. Kurwą, która straciła szansę życia. Czego się spodziewałeś?

– Nie mów tak o sobie – poprosił Zarazek. Kontynuował, starannie dobierając słowa. – wiem, że mogłaś wiele przejść. Życie pięknej kobiety naznaczone jest cierpieniem. Pewno mówiono o tobie różne potworne rzeczy… Ale nie można w nie wierzyć. Ten, który nazwał cię słowem na ka, po prostu chciał cię skrzywdzić.

Oczy Rudej zrobiły się wielkie jak dziura budżetowa.

– Ja jestem kurwą. Dziwką. Prostytutką. Pracuję w sektorze usług seksualnych. Dama to towarzystwa ze mnie. Kurtyzana. Panna lekkich obyczajów. Taki mam zawód i w sumie go lubię, choć wolałabym siedzieć na forsie, pić szampana i pierdzieć bąbelkami. Czego jeszcze nie rozumiesz?

– Kazali ci tak myśleć o sobie, ja wiem. Były mąż? Kochanek? Nie przejmuj się. Przy mnie zapomnisz o nim i o tym jak cię wyzywał…

Mknęli przez niemal pustą Warszawę. Mijały ich autobusy i tramwaje ogołocone z pasażerów. Bez przerwy jeździły karetki na sygnale. Chodnikiem sunęli dumni staruszkowie, zaś w serce Zarazka wkradł się niepokój. Może nawet wyrzut sumienia? Przypomniał sobie o Annie Pancerny. Przecież przysiągł sobie, że między nimi wydarzy się coś wspaniałego. W jej ufnych oczach widział podobną nadzieję. A jednak siedział w samochodzie z piękną, rudowłosą księżniczką jadąc, tak po prawdzie, w nieznane. Czy to już niewierność? – pytał sam siebie. – Czy on, Zarazek, jest jeszcze dobrym człowiekiem?

– Kim ona była? – zapytała Ruda. Zarazka aż zmroziło.

– Ona? Nikt taki… To nic poważnego. Przyszła do mnie ze zleceniem. Więcej jej nie widziałem… – wykrztusił.

– Mówię o tej pannie, która poraziła mnie prądem. Kim ona była? – Ruda po raz pierwszy poświęciła Zarazkowi dłuższe spojrzenie. – jak dawali rozum to stałeś po najki, prawda?

– Co? A… najki nowiutkie, ładne, prawda?  – odparł Zarazek. – to moja asystentka. Zastanawiam się właśnie, co ją ugryzło.

– Już ja ci powiem co. Pomyśl lepiej gdzie ją teraz znajdziemy.

Zarazek niechętnie posłuchał tego polecenia. Uważał się, jak wiemy, za człowieka czynu, zaś myśl miał za rdzę na pancerzu męstwa. Uświadomił sobie jednak jak niewiele wiedział o Marcie. Co lubi? Z kim się spotyka? Gdzie mieszka? To ostatnie pytanie wydało mu się szczególnie istotne.

– No, ja myślę że Marta będzie w domu.

– Upadłeś na głowę? Kto po takim numerze wraca do siebie na chatę.

Akurat zatrzymali się na światłem. Zarazek obrócił się ku Rudej. Otarł jej policzek wierzchem kciuka.

– Oczywiście, że wróci do domu. Nikt się tego nie spodziewa. Poza mną. Pamiętaj laleczko… Jestem detektywem!

W gałęzie klonu obok zaplątało się coś białego. Czyżby ręcznik biednego Ronalda doleciał tak daleko?