Rozdział 19

– Tak, zaczekam pięć minut. Tak. Weź kopyto. Hotel „Pod dzielnym Huzarem”, na Woli. – powiedział Lek do telefonu, po czym się rozłączył.

Czuł jak zemsta w nim rośnie, niczym drożdżowe ciasto, puchnie i nabiera kształtu. Było to uczucie tak podniecające, że smutek, jaki mógłby czuć patrząc na ciało Józia zginął zupełnie pod tym spokojnym, świętym gniewem.

W drzwiach pokoju stanął Ronald Pancerny, pozbawiony już ręcznika. Zasłaniał przyrodzenie obiema rękami, co, jak Lek zaraz zauważył, było zasadniczo przesadą, bo wystarczyłyby dwa palce.

Mecenas Lek wstał, uśmiechnął się przyjaźnie.

– Dzień dobry panie Pancerny. Może zechce mi pan opowiedzieć co tu się wydarzyło i kto zabił mojego syna? – zapytał uprzejmie.

Pancerny otworzył usta, po czym je zamknął, po czym jeszcze raz otworzył, albowiem rozpoznał człowieka, który stoi przed nim. Usiłował coś powiedzieć, ale udało mu się wydobyć z siebie tylko jedną, za to długą samogłoskę.

–  A-a-a-aaaaa…

–  Może gdyby się pan ubrał, to łatwiej byłoby panu rozwinąć tę wypowiedź? – kontynuował sympatycznie mecenas.

Pancerny rozejrzał się w panice, wszedł, sięgnął po spodnie z szarego, nieco zbyt ciasnego garnituru, w którym dokonał najodważniejszego czynu swojego nudnego życia, którego owoce tak łatwo utracił. Wciągnął spodnie w pośpiechu, prawie się przy tym przewracając. Potem koszula. Guziki zapiął krzywo, więc rozpiął i zapinał od nowa, trzęsącymi się dłońmi.

Mecenas czekał z uprzejmą cierpliwością.

–  No więc?

Pancerny mrugał szybko oczami.

To wszystko mi się śni. To musi być sen, pomyślał. Cała ta zaraza, wirus, walizka z pięćsetzłotówkami, pistolet, trup i teraz Lek, najstraszniejszy człowiek Warszawy, Witold

Lek, którego nawet premier boi się bardziej niż Kaczyńskiego, a Kaczyńskiego boi się przecież panicznie, tenże Witold Lek stoi w tym pokoju i pyta, kto zastrzelił jego syna. To nie może być prawda, to musi być sen.

Zamykał oczy i otwierał je, licząc, że zaraz obudzi się w swoim małżeńskim łóżku, obok żony, która surowym głosem poleci mu, żeby wstał i zrobił jej kawę, co nagle nie wydawało mu się już tak beznadziejne jak wcześniej.

Wstanie, załączy telewizor w kuchni, w TVN24 nie będzie wirusa ani zatroskanej twarzy ministra Szumowskiego, więc zrobi tę kawę, przyniesie ją Annie do łóżka, Anna nawet mu nie podziękuje, on westchnie, założy garnitur i pójdzie do biura, po ulicach będą chodzić ludzie bez tych idiotycznych maseczek, wiosna jest, można będzie usiąść gdzieś w ogródku, popatrzeć na dziewczyny, pozbywające się zimowych okryć, wygrzać się już na słońcu… Tak, to wszystko mu się śni. Zaraz się obudzi. Żadnego wirusa. Żadnego mecenasa Leka. Żadnego hotelu. Zaraz się obudzi.

Lek podszedł do Pancernego, przyjrzał mu się z bliska. Czego ten idiota tak mruga i mruga? Na wszelki wypadek strzelił Pancernego w pysk otwartą dłonią.

Pancerny przestał mrugać, chwycił się za piękący policzek, rozpłakał się. To nie jest sen. To nie jest sen. To się dzieje naprawdę.

–  Panie mecenasie, ja… ja… ja… – wyjąkał.

– Panie Pancerny. Proszę mi odpowiedzieć na pytanie, zanim stracę cierpliwość. Co tutaj się wydarzyło? Niech pan mówi prawdę.

Prawdę? Prawdę!

Pancerny już wiedział co robić. Musi się zdemaskować, inaczej Lek mu nie uwierzy. Wyznać wszystko poza najważniejszym.

–  Ja… Ja zdefraudowałem pięć milionów z funduszu operacyjnego, panie mecenasie i się tutaj ukryłem… I zamówiłem sobie, tą, no… No kurwę. Bardzo przepraszam pana. I ona… Ona przyszła tu z… Z tym… Z tym… Z tym chłopcem i z takim… Z takim… `z takim grubym… I oni…

–  No…? – ponaglił go groźnie Lek.

Pancerny poczuł się nagle jakby rozwiązał bardzo trudną łamigłówkę.

–  Oni się pokłócili, ten gruby zabrał mi służbowy pistolet i zastrzelił tego… Tego chłopca!

Lek uśmiechnął się do Pancernego. Nie wierzył mu w ani jedno słowo. – To teraz sobie tutaj zaczekamy parę minut – powiedział i usiadł na łóżku.

W tym samym zaś momencie, w którym Lek postanowił czekać, Zarazek nie przestawał działać.

Ruszył spod świateł, ani na chwilę nie odrywając wzroku od Rudej. Piekłem wydawała mu się każda sekunda, w której nie cieszyłby oczu widokiem jej pięknej, nawet jeśli nieco zmęczonej twarzy i wydatnego, twardego biustu. Silikonowe cycki niezwykle Zarazka podniecały, ponieważ uważał, że to wspaniałe, kiedy kobieta tak bardzo stara się właśnie dla niego.

–  Co robisz, idioto! – zdążyła krzyknąć Ruda, i dopiero wtedy wpatrzony w nią Zarazek kątem oka spojrzał na jezdnię i zrozumiał, że już nie uniknie zderzenia ze stojącą w poprzek drogi policyjną suką, wesoło mrugającą niebieskim światłem.