Rozdział 2

Na te słowa detektyw Zdzisław ruszył przez gabinet z wyciągnięta dłonią. Krok miał ciężki i mocny, jak olbrzym, który dla czystej frajdy depcze swoich przeciwników. Wyrósł przed klientką, a ta miękko odsunęła się o krok. Popatrzyła na wyciągniętą dłoń Zarazka. Zacisnęła palce na torebce.

– Wie pan co przynosi mi ulgę w tych trudnych czasach? – zapytała, wcale nie oczekując odpowiedzi – otóż do dobrego tonu należy odpuszczanie sobie zbędnej poufałości.

– Dżentelmen we mnie zawsze wyrywa się do przodu – odparł Zdzisław Zarazek. A pomyślał: „Inteligentna, więc udaje drapieżną. Rozum najostrzejszym pazurem kobiety…”. Tymczasem klientka sama znalazła drogę do gabinetu. Marta w popłochu przecierała fotel, aby ta mogła usiąść.

– Nazywam się Anna. Anna Pancerny. Z pewnością słyszał pan o mnie. A przynajmniej o moim mężu, prawda?

– Jasne, że tak. To znaczy oczywiście – chrząknął Zdzisław, choć nie miał pojęcia o kogo chodzi. – my wiemy wszystko. Dlaczego? Dlatego, że jesteśmy najlepsi!

– Nie. Nie jesteście nawet najtańsi ani najdrożsi, ani w ogóle żadni naj. Jesteście jedyni.

– To znaczy?

Anna Pancerny wydęła usta.

– Myśli pan, że z własnej woli zasiadłabym w tym… w tak wspaniałym gabinecie? W tej czystości? W tym przepychu? Wyobraź pan sobie, że wszyscy pana koledzy z branży, każdy kto tylko mógł zawinął swój interes, siedzi cicho i drży czy mu się na kaszel nie zbiera. Tylko skończony dure… to znaczy, bardzo niestandardowo myślący człowiek mógł pozostać na stanowisku pracy. Która przecież polega na pracy z ludźmi!

Przez blade czoło Zarazka przeszła zmarszczka znamionująca proces myślowy. Umysł, wprawiony w dedukcji doszedł do wniosku, że wypowiedź Anny zawierała wielki, choć zawoalowany komplement. Ta myśl dodała mu skrzydeł i rzuciła w stronę baru.

– Czego się pani napije? Whisky? A może… whisky z lodem?

– Przejdźmy do rzeczy, dobrze?

– Pięknej kobiecie ze szklanką jeszcze piękniej – wypalił. Z korytarza dobiegł przeciągły świst. To wzdychała Marta.

– Panie Zarazek. Każda minuta spędzona tutaj kosztuje mnie nazbyt wiele. Pozostaje nadzieja, że ma pan jakieś zalety, rekompensujące to wszystko, co tutaj widzę. Więc prosto z mostu. Skoro wie pan kim jestem, to osoba mojego męża jest również panu znajoma?

– Oczywiście, że tak.

– Ronald Pancerny – upewniła się Anna.

– Królowo złota, znam go jakbym z nim wódkę pił.

– Niesłychanie mnie to cieszy. Więc, doskonale znany panu mój mąż Ronald dwa dni temu wyszedł z domu po żwirek dla kota i nie wrócił. Męża nie ma, a kot sra w gazety. Nadąża pan za mną?

– Jak huzar za młodą klaczą – rzekł Zdzisław z uśmiechem. Anna wytrzeszczyła oczy i podniosła się z fotela.

– Chyba czas już na mnie.

– Ja wszystko rozumiem. Zakręcę tak, że pani mąż wróci!

Anna odwróciła się gwałtownie.

– Nic pan nie rozumiesz! Chodzi o coś dokładnie przeciwnego. Mój mąż ma nie wrócić. Niech zniknie przynajmniej na te dwa tygodnie. Niech siedzi tam gdzie jest. Właduj go pan na kwarantannę, zaraź go pan, albo coś wyczaruj, skoro taki z pana fachura – z torebki wyszarpnęła kopertę i cisnęła nią na blat. – tu jest zaliczka. A teraz żegnam.

Jak powiedziała, tak wyszła. Trzasnęła przy tym drzwiami tak, że tynk się posypał. A Zdzisław Zarazek, detektyw z wieloletnią praktyką podniósł się znów znad swojego zagraconego biurka, sięgnął po kubek gdzie jaś wędrowniczek mieszał się z Tchibo, położył dłoń na sercu, gdzie radość tańcowała z nadzieją i rzekł do siebie, do sekretarki, może do nikogo.

– Co za dziewczyna…. Mam pewność że coś z tego będzie. – pociągnął solidnie z kubka i huknął – Martuś, słońce, sprawdzisz mi co to za miglanc, ten Ronald Pancerny ?