Rozdział 20

Dzielny detektyw Zarazek kilkukrotnie znalazł się w sytuacji, którą można by uznać za fatalną, czy nawet zagrażającą życiu. Zawsze mężnie stawiał czoła niebezpieczeństwu, mądry jak biskup i odważny do szaleństwa. Raz staruszka, którą śledził na zlecenie chciwego wnuczka, poszczuła go psem. Pies zwał się Kukuś i był rottweilerem. Nieustraszony Zarazek odważnie wgramolił się na klon i przeszedł po gałęzi poza ogrodzeniem, tracąc jedynie portfel, buty, komórkę i klucze od domu. Zyskał zaś dziurę w portkach.  Całe to zdarzenie uznał za zwycięskie. Babcia rzeczywiście zakopała złoto pod agrestem, wnuczek nie posiadał się ze szczęścia i zaraz wysłał przelew. Tak wygrywa się z przeznaczeniem, myślał Zarazek. I tylko nocami budził się z krzykiem. Śniły mu się bowiem oczy i kły Kukusia.

Niewierny mąż, przyłapany na zdradzie, poprzysiągł zemstę. Porwał Zarazka, wywiózł do lasu Kabackiego, tam dał łopatę i kazał kopać grób. Sam siedział na obalonym pieńku i machał pistoletem. Zarazek zastosował nieuświadomiony zabieg taktyczny: zaczął jęczeć i chlipać, że nie da rady z tą łopatą i prosi, by go od razu zastrzelono. Sapał, pocił się, purpurowiał i bladł na przemian, aż wreszcie runął powalony atakiem serca. Przy okazji upadł też plan niewiernego męża – ten pojął co tak naprawdę się dzieje, zadzwonił po pogotowie i oddał się w ręce policji, ratując Zarazkowi życie, które planował odebrać.

Dwaj drobni oszuści planowali utopić Zarazka w kanale miejskim, ten jednak ocalił siebie, bohatersko klinując swoje ciało w otworze studzienki kanalizacyjnej. Takich przypadków było mnóstwo. Zarazek wierzył w swoje szczęście, inteligencję, odwagę i zdolność do błyskawicznej oceny sytuacji. Aż do dziś.

Wygramolił się z dymiącego bmw, otarł czoło i ocenił rozmiar zniszczeń. Obok, wsparta o sprasowaną karoserię chwiała się Ruda. Uwadze Zarazka nie uszło, że pot seksownie perli się na jej piersiach. Jakby specjalnie dla niego.

Bmw dosłownie staranowało radiowóz. Auta zakleszczyły się ze sobą. Jeden policjant mamrotał coś z głową na kierownicy, drugi leżał na chodniku. Zginął? Jest nieprzytomny? Nie wiadomo. Strach zapłonął w piersi Zarazka. Co teraz będzie? Powinien się zgłosić. Wykonywał swoje obowiązki służbowe. Na pewno zostanie zrozumiany i wysłuchany.

A potem popatrzył na Rudą. Taka piersiasta, dobra i niewinna. Pieniądze o których wspominała stanowią szansę na lepsze życie, na które zasłużyła, a którego jej odmówiono. Nie można do tego dopuścić. Zarazek postanowił działać. Nie dla siebie, lecz dla niej. No dobrze, dla ich wspólnej przyszłości.

– Nie martw się, kochana – powiedział. – wyciągnę cię z tej kabały.

– Kim ty kurwa człowieku jesteś? – wyszeptała Ruda.

Zarazek wiedział kim jest, a przede wszystkim kim za chwilę będzie. W innych czasach wypadek wzbudził by zainteresowanie licznych przechodniów. Zbiegliby się, kręcili komórkami całe zajście i, o zgrozo, próbowali pomagać. Zarazek znał się na ludziach i wiedział, że od bezinteresownej pomocy lepszy jest nawet nóż pod żebro. Teraz jednak nikt się nie zainteresował. Ulica była pusta.

Podniósł policjanta z chodnika. Zdjął mu koszulę, spodnie, podniósł czapkę. Zabrał broń, szmatę, wszystko. Policjant rozruszał się trochę, oddychał i świszczał. Zarazek wiedział doskonale co musi zrobić. Znajdzie Martę. Dowie się, dlaczego musiała go zdradzić i ukarze człowieka, który stał za tym szwindlem. Odzyska pieniądze i razem z Rudą odjadą ku zachodzącemu słońcu. Tak właśnie będzie.

Przebrał się w mundur policyjny. Koszulę mógł zapiąć tylko na jeden, trzeszczący guzik.

W tym czasie Ruda próbowała zapalić papierosa.

– Królewno, uciekajmy – powiedział Zarazek.