Rozdział 22

Ronald Pancerny przepracował swoje w CBA i jak sam uważał, miał pewną wiedzę odnośnie do radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Część tej cennej wiedzy uzyskał od kolegów, resztę zaczerpnął z filmów sensacyjnych, które bardzo lubił. Opowiadały o ekscytującym życiu, które nieoczekiwanie stało się jego udziałem. Owszem, siedział tutaj zupełnie bezbronny. Zabił syna znanego mecenasa. Ten mecenas słynął z braku skrupułów i przed chwilą zdzielił Ronalda Pancernego w gębę.

Było więc źle, lecz nie beznadziejnie. Ronald wiedział, że można się wykaraskać z każdych kłopotów.

Musi nawiązać więź z mecenasem Lekiem. Niech się odsłoni. Pokaże siebie z jak najlepszej strony. Wówczas w mecenasie Leku uruchomi się empatia i ona, ta empatia właśnie, w cudowny sposób uchroni Ronalda Pancernego przed zarobieniem kulki między oczy.

– Ja nawet nie wiem, co powiedzieć – wydukał Ronald Pancerny. – Taka tragedia. Takie nieszczęście. Ja próbowałem własną piersią tego chłopaka zasłonić. Może dlatego, że z żoną nie mamy dzieci. A bardzo byśmy chcieli. Staraliśmy się wiele lat, pan na pewno to zrozumie. Ja w życiu bym do takiej sytuacji jak ta nie dopuścił i mam silne, szczere poczucie, że wszyscy tutaj jesteśmy jej ofiarami. To znaczy tego grubasa. I dziwki. Całe zło przez grubasów i dziwki, tak właśnie myślę. Proszę pana, gdyby każdy trzymał apetyt i chuja na wodzy, świat zaraz byłby lepszym miejscem, nie sądzi pan?

Pytanie zawisło w powietrzu. Twarz mecenasa Leka była blada i nieruchoma jak nagrobny marmur. Do hotelowego pokoju wszedł wysoki mężczyzna z teczką. Nosił czarne spodnie, czarny krawat i białą koszulę bez rękawów. Wyglądał zupełnie jak jeden z mormonów, których Pancerny w dawnych, dobrych czasach widywał na mieście. Tyle że mormoni poruszali się parami, a ten gość był jeden. Miał może trzydzieści lat i zimne oczy.

– No i proszę, przyszedł pan Pucybut. Pogadacie sobie – zapowiedział mecenas Lek i spojrzał na struchlałego Pancernego. – To znaczy ty sobie pogadasz. Pan Pucybut ma pełno zalet, lecz elokwencji próżno wśród nich szukać.

Pan Pucybut ruszał się, jakby był nakręcany. Namoczył papier toaletowy i starannie starł stolik. Na lśniącym blacie położył walizkę. Z walizki wydobył młotek, obcęgi, trzy różne noże, piłę o mocnym stalowym ostrzu, dłuto, sekator, kastet i brzytwę. Wszystko to ułożył obok siebie, w równej odległości. Obok umieścił talerzyk zabrany spod szklanki, sięgnął po papierową torebkę i wysypał z niej kuleczki marcepanowe. Zmiął torbę, odłożył walizkę i usiadł.

– Pan Pucybut uwielbia marcepan. I zawsze przy nim pracuje – rzekł mecenas Lek.

Jakby na potwierdzenie tych słów pan Pucybut zjadł marcepanową kuleczkę. Podniósł obcęgi i odłożył. Z młotkiem zrobił to samo. I tak dalej. Aż zatrzymał się na sekatorze.

– Kto zabił mojego syna? – zapytał mecenas Lek.

Pan Pucybut wstał, sięgnął po linkę i skrępował Pancernemu nadgarstki oraz kostki. Strach odebrał mowę Ronaldowi. Oni tylko żartują, prawda? Wyciągnęli te wszystkie straszne narzędzia, żeby go postraszyć. Tylko troszeczkę. Gorączkowo układał wypowiedź, która miała go wyzwolić z tej kabały. Chciał powiedzieć o swojej żonie, o Annie Pancerny i o tym, że chciał ją jedynie uszczęśliwić. Ania zasługiwała na to, co najlepsze. Ania była wyniosła, piękna i wiecznie niezadowolona. Jej niezadowolenie również było piękne. Ukradł dla Anny. Uciekł dla Anny. Właśnie to miał powiedzieć, gdy pan Pucybut odciął mu kciuk sekatorem.

– Kto zabił mojego syna? – mecenas Lek powtórzył swoje pytanie, a Ronald Pancerny, szarpany bólem którego istnienia wcześniej nie znał ani nie przeczuwał, zredukowany tylko do tego bólu, do ognia pędzącego z dłoni do czaszki, pogubił wszystkie słowa i wydobył z siebie to jedno, jakie zdołał wykrztusić.

– Ania…