Rozdział 23

– Kto? – powtórzył pytanie Lek, nieco zdziwiony.

– Moja żona… Anna… Pancerny – zawył Pancerny, bo na nic więcej nie było go stać. Przed obcięciem kciuka pan Pucybut związał go bardzo starannie, więc biedny Ronald nie mógł zrobić nic poza wyciem.

– No nie sądzę, ale zaraz sprawdzimy. Panie Pucybut, proszę kontynuować, zobaczymy czy zmieni zdanie – odparł Lek.

Pucybut uciął Pancernemu palec wskazujący tej samej dłoni.

Aby nie słuchać jęków i wycia, Lek wyszedł na korytarz, wyciągnął telefon i ponownie zadzwonił do swojego znajomego majora z ABW.

– To znowu ja. Lokalizacja telefonu Anny Pancerny z ostatnich dwunastu godzin i bieżąca. Bez dyskusji, majorze, nie mam na to czasu.

Wrócił do pokoju, gdzie nieprzytomny Ronald pozbawiony był już wszystkich palców u lewej dłoni. Pan Pucybut założył mu na rękę stazę uciskową, odcięte palce umieścił zaś na lodzie, w niewielkiej, przenośnej lodówce, którą przyniósł ze sobą oprócz walizeczki.

– I co? – zapytał Lek.

– To on. Mówi, że chłopak przyszedł tu z rudą kurwą, na jej polecenie rzucił się na niego, typ strzelił w samoobronie.

– Kłamie?

– Proszę mnie nie obrażać, mecenasie. Przy mnie nikt nie kłamie. Tylko zatrzymało mu się krążenie. Szok. Mamy parę minut, zanim będzie po chłopie.

– Obudź go.

Pucybut wyciągnął z walizki dwie strzykawki, jedną zwykłą, drugą wyposażoną w igłę grubą i bardzo długą. Odsłonił pulchną pierś Pancernego, palcami precyzyjnie wyznaczył miejsce wkłucia, po czym wbił długą igłę w serce Ronalda i nacisnął tłok.

Poruszone 0,1-procentowym roztworem adrenaliny, a jednocześnie tyleż razy złamane serce Ronalda Pancernego powróciło do bicia, do pompowania krwi przez zapchane cholesterolowymi złogami tętnice.

Pancerny otworzył oczy i pomyślał: jak to dobrze, że ten koszmar już się skończył. Od tej pandemii sny są takie straszne: puste ulice, walizka, pieniądze, kurwa, zabójstwo, a na koniec Lek i ten potworny człowiek, obcinający mu palce jeden za drugim. Tylko dlaczego jest związany? Spojrzał rękę i poczuł ból. Nie miał ani jednego palca u lewej dłoni.

Pucybut tymczasem znalazł żyłę w prawym przedramieniu Pancernego i tam wstrzyknął zawartość drugiej strzykawki.

– Co to jest? – zapytał Lek.

– Morfina. Żeby nie krzyczał za bardzo.

Telefon mecenasa zrobił ciche „ping” – to major z ABW przysłał dane lokalizacyjne telefonu Anny Pancerny.

Lek przewinął ekran smartfona, szybko przeanalizował informacje.

– Oczywiście wcale jej tu nie było – wzruszył ramionami – ale to już wiemy. Zabiłeś mojego syna, Ronald. Niestety nie masz dzieci, więc nie mogę ich skrzywdzić, ale skrzywdzę wszystkich, których kochasz. Najpierw pojedziemy po twoją żonę, która, jak widzę, właśnie ucieka z Warszawy. A potem… Powiedz mi, Ronald, czy twoi rodzice żyją? Bo nie miałem czasu sprawdzić.

– Nie żyją, nie, nie… – zajęczał Pancerny przez łzy, pogrążając się w morfinowym haju.

– Czy pan Pucybut ma cię raz jeszcze zapytać? – indagował przyjaźnie mecenas.

Pucybut żwawo sięgnął po obcęgi.

– Nie, nie, przepraszam, przepraszam, żyją oboje, tak, tak, mieszkają na Natolińskiej, w Śródmieściu – płakał Pancerny.

– Dobrze. To najpierw pojedziemy po twoją żonę, zajmiemy się nią po drodze, a potem wszyscy razem złożymy wizytę twoim rodzicom.

– Mecenasie… – Pan Pucybut podniósł rękę, jakby zgłaszał się do odpowiedzi.

– Słucham pana, panie Pucybut.

– To, zdaje się, byłoby nielegalne zgromadzenie, w świetle rozporządzenia ministra zdrowia z dnia dwudziestego czwartego marca bieżącego roku.

– Ależ ja mam bardzo żywotną potrzebę, panie Pucybut, dla której muszę opuścić moje miejsce stałego zamieszkania – uśmiechnął się Lek. – Poza tym tylko my dwa wyjdziemy z tego zgromadzenia żywi. Przyjechałeś vanem?

Pan Pucybut skinął głową. Bardzo lubił pracować z mecenasem Lekiem. Cenił sobie jego opanowanie i profesjonalizm.

– Bierz go, jedziemy.

Zeszli na dół. Pan Pucybut wrzucił chlipiącego Pancernego do obszernej paki białego, oklejonego reklamą firmy ogrodniczej vana, następnie siadł za kierownicą. Lek zajął miejsce obok, z telefonem wskazującym na bieżąco położenie Anny Pancerny w ręku.

Ruszyli.