Rozdział 24

Mieszkańcom Warszawy, którzy ryzykując życie, zdecydowali się na opuszczenie domów ukazał się osobliwy widok. Na przystanku autobusowym miotał się ogromny, tłusty mężczyzna wciśnięty w za mały mundur policyjny. Spodnie niemal pękały mu na udach, a czapka bez przerwy zsuwała się na purpurowe, jakby nabrzmiałe czoło. Mężczyzna ten, być może przebieraniec albo uciekinier z domu dla obłąkanych, bez przerwy sprawdzał rozkład, zerkał w stronę pustej jezdni, zaciskał usta i unosił ku niebu pięści wielkie i białe jak patisony. Obok rudowłosa panna z wielkim silikonowym biustem udowadniała czynem, że za nic ma zakaz palenia. Nieliczni warszawiacy przystawali na widok tych dwojga. Starsi pukali się w głowy bądź kreślili koślawe krzyże w powietrzu, młodsi kręcili tę osobliwą parę smartfonami i wrzucali filmiki w internet.

Detektyw Zarazek, bo to o nim oczywiście mowa, przeklinał złośliwość losu w swojej dobrej duszy. Przez cały dzień widział autobusy i tramwaje pędzące ulicami Warszawy, jakby przyszłość tego smutnego miasta, a może i świata, zależała od wożenia zarażonego powietrza, w którym kiszą się nieliczni, skwaszeni pasażerowie. Czy wszystko sprzysięgło się przeciw niemu? Diabeł istniał naprawdę i merdał czarnym ogonem w planach detektywa Zarazka? W innych okolicznościach zamówiłby taksówkę. Niestety, jak większość prawych i szlachetnych osób, Zarazek był bez grosza. Na szczęście jego wielki sojusznik, rozum, odnalazł wyjście z sytuacji.

Wyjściem tym okazał się szczupły Hindus, który zawzięcie pedałował z kanciastym plecakiem Uber Eats na plecach. Zarazek planował zatrzymać go wyciągniętą dłonią, wykorzystując potęgę swojej sylwetki, niestety źle obliczył odległość i tempo jazdy roweru. Hindus nadział się na miękką, lecz nieustępliwą pięść Zarazka i teraz siedział na chodniku, łypiąc przerażonymi oczami. Jego postrach szos rąbnął o asfalt.

– Rekwiruję ten pojazd w imieniu prawa! – huknął Zarazek. Hindus splótł dłonie na głowie i zaczął lamentować w swoim języku. Zarazek podniósł rower, położył z powrotem, oblizał się, wrócił do Hindusa, zdjął mu plecak i przerzucił przez ramię. Hindus wydał z siebie bolesne westchnienie, jakby uszła z niego cząstka duszy. Zarazek dla odmiany odzyskał wigor. Wgramolił się na rower i zawołał wesoło do Rudej:

– Hej, mała, jedziemy!

Dziewczyna wahała się chwilę. Cóż, jazda na rowerze z facetem, który właśnie staranował samochód policyjny, wydawała się równie dobrym pomysłem co kaszlenie na wszystkich wokoło. No ale ten facet był jedyną szansą na odzyskanie walizki z pieniędzmi. Ruda umościła się przed Zarazkiem. Ruszyli. Zarazek dzielnie pedałował przez Warszawę. Rower uginał się pod ciężarem ich dwojga. Trochę trwała ta jazda. Marta mieszkała na dalekiej Sadybie.

Jeździli pół godziny w kółko, nim Zarazek znalazł właściwy adres. W końcu skąd miał wiedzieć, gdzie mieszka jego asystentka? Był przeznaczony do rzeczy wyższych. Ściemniało się. Marta zajmowała niewielki domek przy cichej ulicy. Okolica sprawiała wrażenie opuszczonej. Okna domu Marty były ciemne, a drzwi zamknięte. Zarazek położył rower na chodniku. Chciał zrobić to cicho, lecz nie wyszło. Patrzył na dom, podpierając się pod boki.

– Umiesz się dostać do środka? – zapytała Ruda, z niewielką nadzieją w głowie.

– Oczywiście – odparł zadowolony z siebie Zarazek – ale najpierw załatwmy sprawy najpilniejsze. Z pewnością jesteś bardzo głodna…

Nim Ruda zdążyła odpowiedzieć, podekscytowany Zarazek zrzucił plecak z logo Uber Eats i otwarł go, ciekaw, co czeka w środku. Usiadł po turecku na chodniku i zachęcił Rudą, by zrobiła to samo. Zdjął czapkę i oblizał palce. Zawsze tak robił, kiedy nie mógł ich umyć.

Pościgi, strzelaniny i miliony traciły znaczenie postawione wobec perspektywy posiłku. Tej właśnie prostej prawdzie służył detektyw Zarazek. Otworzył kartonowe pudełko i natychmiast zaczął jeść.

Trafiła się capricciosa z podwójnym serem.