Rozdział 25

Jechały siódemką na północ, minęły właśnie lotnisko w Modlinie, Marta prowadziła. Anna siedziała obok, nerwowa i niepewna.

– Powinnyśmy się pozbyć tego auta, może już je zgłoszono jako kradzione – powiedziała.

– Tylko jak my teraz sprawimy sobie nowe? – zafrasowała się Marta, na co Anna wskazała na mieszczący się na wyniosłym słupie billboard, ogłaszający wszem i wobec, iż u jego stóp mieści się komis samochodowy Zbig Car Plus.

Właściciel Zbig Car Plus, szczurkowaty typ imieniem Zbigniew, wyglądał jakby przeniósł się tu prosto z giełdy samochodowej wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Miał nawet skórzany kołczan prawilności, noszony zupełnie nieironicznie.

Marta oświadczyła, że potrzebują kupić auto od ręki, za gotówkę, musi być zarejestrowane w Polsce, jak najmłodsze i bezawaryjne. Zbig podrapał się po szczeciniastym policzku, nad maseczką, którą nosił ściągniętą pod brodą. Ręką w pożółkłej, gumowej rękawiczce odpalił szluga, zmierzył wzrokiem niebieskie audi, którym obie panie zajechały na jego plac i powiedział, że on tu salonowych wozów raczej nie sprzedaje… Marta była jednak nieugięta. Zbigowi nie podobał się też plik pięćsetek, kto to panie pięćsetkami płaci, ale kiedy dostał ich dwa pliki po sto, to przestał wydziwiać. Zapytał co z tą audicą, Marta odparła, że to nie jego rzecz, ktoś tu po nią przyjedzie i niedługo później obie panie wyjechały z komisu niepozornym, czarnym oplem, wartym najwyżej pięćdziesiąt tysięcy.

Kierowały się dalej na północ.

Ta biała furgonetka jedzie za nami już od dobrego kwadransa – powiedziała Marta, spoglądając w lusterko.

– To na pewno nic takiego – uspokajała ją Anna, jednak kiedy wskaźnik temperatury silnika zawędrował na czerwone pole a spod maski zaczęło dymić, Marta uznała, że nie ma wyboru i skręciła nagle na pusty, przydrożny parking, pod zamkniętą teraz restauracją o lekceważącej geografię nazwie „Góralska chata”.

Furgonetka, oklejona reklamą firmy ogrodniczej, zjechała za nimi.

–  Nie wysiadaj – powiedziała Marta, przyglądając się furgonetce w lusterku.

Wysiedli z niej dwaj mężczyźni. Żaden z nich nie wyglądał na ogrodnika, jeden odziany elegancko, drugi niczym przemierzający warszawskie ulice mormoński misjonarz. Mormon żuł jakieś cukierki, elegant dziarsko ruszył w ich stronę.

– O kurwa, to jest mecenas Lek! – jęknęła Anna, otworzyła drzwi i wyskoczyła z samochodu.

– Kurwa, mówiłam, żebyś nie wysiadała, warknęła Marta i wysiadła również. Słyszała kiedyś to nazwisko

– Panie mecenasie, co za spotkanie, jak to możliwe… – zaczęła Anna niepewnie, ale człowiek o aparycji mormona przerwał jej uderzając ją bez ostrzeżenia pięścią w szczękę ciosem, który znokautowałby nawet boksera wagi ciężkiej. Anna padła nieprzytomna.

Elegant przyjrzał się Marcie.

– Nie wiem kim jesteś – powiedział. – Ani co robisz z tą szmatą. Nazywam się Lek, mecenas Lek. Słyszalaś o mnie?

–  Słyszałam – potwierdziła, zaciskając zęby.

– Świetnie. To jest pan Pucybut. Ja jestem złym człowiekiem, owszem, ale pan Pucybut to dopiero bestia, rozumiesz?

Pan Pucybut uśmiechnął się, skrępował nieprzytomnej Annie nogi i ręce zaciskowymi trytytkami, po czym podszedł do Leka.

–  Tą też, panie mecenasie? – zapytał, przegryzając marcepan.

Jego wyobraźnia pracowała już na pełnych obrotach, tyle pięknych chwil czekało go z tymi dwiema kobietami, które niedługo będą bardzo cierpieć z jego świętych rąk.

–  Zaczekaj – uspokoił go Lek. – To jest moment, w którym pan Pucybut wyciąga pistolet, grozi ci, a ty grzecznie dajesz sobie skrępować ręce i zapraszamy cię do naszej furgonetki, gdzie pan Pucybut na oczach pana Ronalda Pancernego zada pani Annie Pancerny nieludzkie cierpienia, aby pomścić śmierć mojego nieudanego syna Józia. Ja zaś się zastanawiam, czy ta sprawa dotyczy cię, dziewczyno, czy cię jednak nie dotyczy. Może pan Pucybut nie musi wyciągać pistoletu, a ty możesz po prostu odjechać w swoją stronę. Więc zastanów się, co odpowiesz.

Marta nic nie odpowiedziała. Wyciągnęła po prostu zza siebie rękę z policyjnym paralizatorem i wystrzeliła dwie elektrody w pana Pucybuta. Resztę zrobił prąd elektryczny, powalając pana Pucybuta na ziemię. Lek patrzył na to z niedowierzeniem.

–  To było bardzo głupie… – zaczął, ale nie skończył, gdyż Marta kopnęła go w głowę, może niezbyt efektownym, ale bardzo skutecznym, okrężnym kopnięciem, z którego jej trener muay thai bez wątpienia byłby dumny.

Lek padł na ziemię jako, po Annie i Pucybucie, trzeci.

– Nigdy więcej nie mów „szmata” o kobiecie, chuju — wysyczała Marta, zmieniając kartridż w taserze. Miała ich jeszcze kilka.

– Pomocy! Tu jestem! Pomocy! – wrzasnął z furgonetki Ronald Pancerny.