Rozdział 26

Ludzi można poznać po tym w jaki sposób jedzą pizzę. Sposób spożycia mówi o nas wszystko. Dla przykładu, Ruda brała drobne kęsy i z lubością skubała ranty, zupełnie jak królik. Natomiast Zarazek wpychał sobie do ust cały, zrolowany kawałek. Mało brakowało, a keczup by mu uszami poszedł. Rantem jednak wzgardził, albowiem dbał o linię.

– No dobrze, księżniczko, musimy jakoś wejść do środka – detektyw Zarazek podniósł się znad kartonu. Dostrzegł lęk w oczach dziewczyny i rzucił pocieszająco. – wszystko będzie dobrze. Jestem w końcu znanym detektywem.

Znany detektyw najpierw sprawdził drzwi wejściowe. Trafnie rozpoznał brak alarmu i przez moment rozważał nawet otwarcie ich z buta. Pomyślał jednak, że rozum jest najlepszym z wytrychów i obszedł dom dookoła. Na tyłach znalazł uchylone okno. Ruda szła za nim. Poprosił, aby go podsadziła. Najlepsze byłoby siodełko. On, Zarazek, choć przeznaczony był do rzeczy najwyższych, miał pewne problemy z odrywaniem się od ziemi. Ruda nawet nie próbowała protestować. Przyklęknęła i splotła w dłonie, prosząc świętą Marię Magdalenę by but detektywa był w miarę czysty, żeby Zarazek nie wdepnął wcześniej w coś paskudnego.

Prośby Rudej zdały się na nic, a na domiar złego Zarazek wpakował się w nowe kłopoty. Owszem, wybił się całkiem nieźle, chwycił krawędzi parapetu i podciągnął się tak, że głowę i barki zdołał wsadzić do domu Marty. Reszta jednak nie chciała przejść. Zarazek próżno wciągał brzuch i wypuszczał powietrze, na darmo uwalniał gazy, zapierał się, szarpał, klął i kopał. Utkwił na dobre, z głową w salonie Marty i tłustymi nogami machającymi w powietrzu.

– Wyciągnij mnie! – zawołał na Rudą. – tylko delikatnie! Mam odparzenia!

– Mózg sobie chyba odparzyłeś! – warknęła Ruda. – no dobrze, tylko przestań kopać!

Zarazek posłuchał i zastygnął smętnie w oknie. Niestety, wysiłki Rudej zdały się na nic. Ciągnęła, szarpała, zaś Zarazek tkwił jak tkwił, niby szczur chory na puchlinę wodną. Ruda w końcu dała za wygraną.

– Zaraz coś wymyślę – powiedziała. – poczekaj tutaj.

Ruda poszła, zaś Zarazek został w oknie, bo co też innego miał zrobić? Opanowanie, z którego słynął, zaczęło go zawodzić. Znów machał nogami i złorzeczył Bogu, zaciskając przy tym pięści. Darł się też na Rudą i przeklinał Martę, że wpakowała go w taką kabałę. Był dla niej dobry, a ona co? Lekkomyślnie wpakowała się w kłopoty. Lamentowanie szybko umordowało Zarazka. Zawisł bezradny w oknie. Wodził wzrokiem po salonie Marty.

Marta mieszkała skromnie. Miała trochę książek, mnóstwo kwiatów i mały telewizor. Puste półki jakby czekały na zapełnienie. Bystre oko Zarazka zauważyły kartony po chińskim jedzeniu i otwartą butelkę wina. Obok, na drewnianej ławie stało oprawione zdjęcie. Była na nim Marta i jeszcze ktoś, kogo Zarazek z tej odległości nie potrafił rozpoznać.

Do pokoju wpadł promień światła. Stanęła w nim Ruda.

– Jak tu weszłaś? – zapytał zdumiony Zarazek.

– Normalnie, drzwiami. Użyłam spinki do włosów.

– Wiesz co… ty masz zadatki na prawdziwego detektywa. Może kiedyś cię zatrudnię?

– Wolałabym pracować u Heroda w przedszkolu – powiedziała Ruda. – może lepiej cię stąd wyciągnę…

Szarpanie Zarazkiem niewiele dało. Ruda przyglądnęła się detektywowi, jego czerwonej twarzy i miękkim ramionom.

– Po cholerę pakowałeś się tam w kurtce? Teraz będę musiała cię wypchnąć…

– Wypchnąć?

– Ogłuchłeś? Normalnie. Przesunę ten stół pod ścianę, oprę się tyłkiem o stół, a ciebie popchnę nogami – tłumaczyła, pokazując przy okazji co i jak. – jakoś to pójdzie… to znaczy ty pójdziesz. To jak, gotowy?

Minęła długa chwila, nim Zarazek zrozumiał o co chodzi. Nieśmiało protestował. Zwiesiłby głowę, gdyby już nie była zwieszona. Zgodę na rozpoczęcie operacji wyraził melancholijnym sapnięciem. Ruda zrobiła tak jak zapowiadała. Oparła się tyłem o stół. Stopy złożyła na ramionach Zarazka.

– Gotowy?

– Tak! Nie! To znaczy czekaj! – wołał Zarazek.

– Co znowu?

– Możesz mi pokazać to zdjęcie, co stoi na ławie? Tam, obok wina…

Ruda niechętnie spełniła tę prośbę. Zarazek wybałuszył oczy.

Fotografia przedstawiała Martę w czułym uścisku z Anną Pancerny.

– Czy ty… – zaczął Zarazek, ale nie dokończył. Ruda pchnęła go nogami ze wszystkich sił. Okno odkorkowało się z jękiem, po którym zabrzmiał odgłos upadku.