Rozdział 27

Mecenas Lek i pan Pucybut, z rękami i nogami skrępowanymi za pomocą trytytek siedzieli obok Ronalda Pancernego na pace białego vana.

– O kurwa – powiedziała Anna, patrząc na tych trzech mężczyzn i pocierając stłuczoną szczękę.

Obie z Martą stały przy bocznych, przesuwnych drzwiach furgonetki.

–  Musimy jechać do szpitala – płakał Ronald. – On mi obciął wszystkie palce w lewej dłoni. Ale schował je do lodówki. W tym kuferku. W szpitalu na pewno będą mogli mi je przyszyć.

Anna spojrzała na niego z pogardą.

–  Mógłbyś przynajmniej takich głupstw nie wymyślać… – powiedziała.

Ronald w odpowiedzi przewrócił się na brzuch, pokazując prowizorycznie zabandażowany kikut lewej dłoni, ręce bowiem związane miał za plecami.

Anna otwarła szeroko oczy, po czym odwróciła się i zwymiotowała.

– Macie kłopot – powiedział mecenas Lek. – Wiecie kto ja jestem? Jestem mecenas Lek.
– Już to słyszałam – powiedziała Marta.

Była jednocześnie spokojna i podniecona.

Spokojna bo lata treningu i pracy nad sobą nauczyły ją panować na emocjami, podejmować decyzje na zimno, racjonalnie, mimo buzującej adrenaliny. Spokojna również dlatego, że w tylną kieszeń dżinsów włożyła małego walthera, odebranego ubranemu jak mormon zbirowi. Lubiła broń, broń wyrównywała szanse. Była wicemistrzynią Polski w muay thai, znokautować wątłego prawnika kopnięciem to jedno, ale w starciu z ważącym dwa razy tyle co ona chłopem sprawy mogły pójść różnie — tymczasem z pistoletem w dłoni była równa każdemu. Z taserem zresztą też.

Była więc spokojna, ale była też podniecona. Całe życie przygotowywała się mentalnie i fizycznie na Wielką Przygodę. Oto zaś i ona, którą Marcie dane będzie przeżyć u boku miłości jej życia, zgiętej w tej chwili w pół i szarpanej torsjami, ale jednak.

Otarła usta Annie i podała jej butelkę wody ze zgrzewki, którą przezorny pan Pucybut woził w furgonetce.

– Jestem mecenas Lek i jestem naprawdę potężnym człowiekiem – powiedział mecenas Lek. – Radzę wam natychmiast mnie uwolnić. Inaczej będziecie miały przejebane. Obie.

– Już mamy – zauważyła Marta.

Anna chwyciła ją za ramię. Była przerażona, miotała się, Marta to rozumiała, nie każdy był przygotowany do Wielkiej Przygody tak dobrze jak ona.
– Marta, czy ty wiesz kto to jest…? – zajęczała. – Musimy go natychmiast uwolnić. To jest mecenas Lek. Oni obcięli Ronaldowi palce!

– Wam też obetniemy, jeśli natychmiast mnie nie uwolnicie – wysyczał Lek, który nie lubił mieć skrępowanych dłoni, chyba że chodziło o sytuacje nieco bardziej erotyczne, niż ta w której się właśnie znalazł.

– Myślę, że on nie kłamie – Marta zwróciła się do Anny. – Zadarłyśmy właśnie z bardzo potężnym człowiekiem. Który obciął twojemu mężowi palce. Albo kazał obciąć. Za to, że twój mąż zabił mu syna, w co, znając twojego męża, trudno uwierzyć, ale jednak myślę, że on nie kłamie.

– Boże, Boże, co my teraz zrobimy? – Anna była na granicy histerii.

Marta jeszcze raz w milczeniu przeanalizowała wszystkie fakty. Lubiła swoje palce. Nie lubiła zaś wcale bardzo potężnych ludzi, szczególnie mężczyzn. Nie lubiła ludzi, którzy jej grożą, szczególnie wtedy, kiedy mogą swoje groźby zrealizować. Wniosek z tej analizy był jasny, wyciągnęła więc walthera z tylnej kieszeni dżinsów, przeładowała i strzeliła dwukrotnie, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, strzeliła i dwukrotnie trafiła, przestrzeliwując głowy mecenasa Leka i pana Pucybuta.

Ronald Pancerny krzyczał ze strachu.

– Ale śmiesznie jakoś upadli – powiedziała Marta, patrząc na oba wykrzywione trupy. Wiedziała, że to cytat z filmu, ale wcale jej to nie przeszkadzało, bo rzeczywiście upadli śmiesznie i w sumie zawsze chciała to powiedzieć.

–  A co z twoim mężem? – zapytała, odwracając się do Anny i westchnęła, widząc, że ta znowu leży na ziemi, nieprzytomna.

Ronald nie przestawał krzyczeć, co Marcie nieco przeszkadzało. – Cicho, dobrze? – zwróciła się doń, pochylając się nad Anną.

Ronald przestał krzyczeć.