Rozdział 28

Detektyw Zarazek upadał w życiu wielokrotnie, wielokrotnie też obiecywał sobie, że wypracuje metodę na miękkie lądowanie. Do tego jednak nie doszło. Wyleciał z okna, wydając przy tym odgłos przypominający nieco dźwięk odkorkowywanego szampana i prasnął o ziemię całym majestatem swego ciała. W echu potężnego plaśnięcia zabrzmiało chrupnięcie. To jęknęła kruszejąca kość ogonowa Zarazka. Jej właściciel zawył boleściwie.

– Tak bardzo cierpię! Ale jestem mężczyzną i mogę to znieść – powiedział Zarazek, a dwie ciężkie łzy popłynęły po jego strapionych policzkach. Ruda wyszła przez okno ze zdjęciem w dłoniach. Stali obok domu, w niewielkim ogródku. Zarazek, zasmarkany i pochlipujący doszedł do wniosku, że Ruda powinna go przytulić. W ten sposób ułagodziłaby palący ból, który niby ognista dłoń wbijał się w tylną część Zarazka. Zarazek, miękki na zewnątrz i twardy w środku opanował tę potrzebę i skoncentrował się na zdjęciu.

Anna Pancerny i jego Marta. Marta którą szanował jako kobietę i istotę ludzką. Której ufał, zwierzał się i którą z miłością zawłaszczał. Marta i Anna na jednej fotografii, objęte i szczęśliwe, każda z drinkiem przestrzelonym słońcem, na tle wodnej plamy, która mogła być równie dobrze Morzem Śródziemnym jak i dopływem Narwi, co gorsza beztroskie, szczęśliwe i zbereźne. Zbereźne! To właśnie słowo rozpychało się w mądrym umyśle Zarazka. Do tej pory tylko słyszał o tych, no, lesbijkach. Myślał jednak, że żyją tylko w Holandii i na dalekim PornHube.

Czyżby Marta była jedną z tych dziwnych kobiet? A jeśli tak, to kto ją zmanipulował? Czyżby Anna Pancerny omotała jej w głowie? Zarazek słyszał o takich przypadkach. Zaczynał rozumieć to, co przeczuwał już wcześniej. Martę zmanipulowano i zaczadzono fałszywym obrazem miłości. Jego, Zarazka, zadaniem było uratowanie Marty przed Anną Pancerny i przed nią samą także. Tę myśl wypowiedział na głos, do Rudej.

– Uratowanie jej od tej walizki z kasą też by się przydało – powiedziała.

Tylko co dalej, myślał detektyw Zarazek. Panie postanowiły uciec razem, to pewne. Przypuszczalnie Anna zmusiła Martę do tego szaleńczego kroku. Co jeśli ją zabije, gdy Marta zacznie się sprzeciwiać? Gdzie one mogą być? No gdzie?

– Autem pojechały, ta twoja jebła mi i było po zawodach – przypominała Ruda.

– Po zawodach… – powtórzył jak echo Zarazek. Intensywnie myślał a jeszcze intensywniej się pocił.

– Chcesz ich znaleźć? – cisnęła Ruda. – czy twoja panna miała auto?

– No nie miała.

– Więc właśnie. Pojechały autem Józka.

– To był twój brat, prawda?  – zapytał bezrefleksyjnie Zarazek.

– Tak, brat bliźniak. Zarobił kulę w głowę. Więc to auto jest spalone. Nikt nie będzie używał samochodu po trupie. Ta druga flądra na pewno ma elegancką furę, ale co z tego. Żaden ze mnie detektyw czy tam detektywka, lecz na moje, jak obie flamy chcą prysnąć, to potrzebują nowej, dyskretnej fury. Mam rację, czy nie mam…

– Nowa, dyskretna fura… – ucieszył się Zarazek. Klasnął w dłonie z tego szczęścia i zataczając się wyraźnie za sprawą złamanej kości ogonowej, popędził w stronę ulicy, gdzie wciąż leżał rower. Pohukiwał przy tym radośnie – już wiem co robić! Po prostu sprawdzimy w komisie samochodowym!

Postawił rower na ulicy i usadowił się na nim, popiskując z bólu. Nieszczęsna Ruda ponownie umościła się przed nim.

– Do którego komisu chcesz jechać? – zapytała słabym głosem, jakby przeczuwając odpowiedź.

– Nie mam pojęcia. Musimy sprawdzić wszystkie! – obwieścił Zarazek i ciężko naparł na pedały. Zachwiał się, ale nie runął. Taki właśnie był, powolny i nieustraszony. Rower w końcu ruszył i potoczył się, powolny jak odmrażanie gospodarki, przez cichą i jasną ulicę.