Rozdział 29

–  Panie premierze…? – zapytał asystent.

Premier spał, ściągnąwszy okulary i złożywszy zmęczoną głowę na przedramionach, opartych na blacie dostojnego biurka.

– Panie premierze, przepraszam, ale… – asystent nie odpuszczał.

Miał dwadzieścia pięć lat, za sobą błyskotliwą karierę w harcerstwie i wiele lat ministrantury, miał też ciągle młodzieńcze pryszcze i pieczołowicie skrywaną nadzieję na to, że pewnego dnia sam zostanie najpierw premierem, potem prezydentem, a na koniec, kto wie, być może nawet królem Polski. Był bowiem również członkiem młodzieżówki monarchistycznej, co skrzętnie ukrywał, by nie stać się wśród kolegów przedmiotem żartów.

– Panie premierze, przepraszam… – szepnął nieco głośniej, ale maseczka, którą nosił, skutecznie stłumiła szept.

W końcu aby dodać sobie odwagi dotknął szkaplerza, który nosił pod koszulą, a następnie delikatnie, jakby dotykał bóstwa, potrząsnął premierowskim ramieniem.

– Co…?!? – premier zerwał się, podniósł, nałożył okulary.

– Panie premierze, pan kazał… – spróbował nieśmiało asystent.

– Zdejmij, idioto, to cholerstwo z głupiej gęby, przecież tu nie ma dziennikarzy – huknął premier.

– Ale panie premierze, minister zdrowia mówi…

– Zdejmuj i gadaj po co mnie budzisz, gamoniu.

Asystent zdjął maseczkę i premier ujrzał pryszcze, które wykwitały na młodej twarzy chłopaka pomiędzy rzadkimi włosami zarostu, tak przypominającymi brodę, jak polskie sądy wymiar sprawiedliwości. Pożałował, że kazał ściągnąć. Może minister jednak ma rację, może po prostu ludzie tak szkaradni powinni nosić te maseczki już na stałe?

– Panie premierze, ja… – asystent zaczął znowu.

– Przestań mi premierować, nędzo ludzka, mów o co chodzi.

– No więc panie premierze, miałem się skontaktować z mecenasem Lekiem — wydusił w końcu.

– Miałeś. No i?

– Nie da się skontaktować z mecenasem.

Premier przewrócił oczami. Na jego strudzonych barkach spoczywała nie tylko odpowiedzialność za cały kraj, za swoje decyzje odpowiadał nie tylko przed historią, nie tylko przed wyborcami, ale, co najgorsze, przede wszystkim przed mściwym, złośliwym staruszkiem, którego boli sztuczne kolano, który nie kocha nikogo i gardzi wszystkimi poza swoją sekretarką, niczym Czyngis Chan partyjnej intrygi uwielbia zostawiać za sobą pożogę, który tak, jak Henryk V odtrącił Falstaffa, nie wahał się odtrącić swych najbliższych przyjaciół gdy tylko zdobył upragnioną władzę…

Swoją drogą, zamyślił się premier, jak różnie mogą się starzeć ludzie. Przecież mecenas Lek jest rówieśnikiem mściwego staruszka, studiowali nawet na jednym roku, a czy patrząc na sprężystego, dziarskiego, nie stroniącego od kobiet i alkoholu Leka ktokolwiek nazwałby go staruszkiem?

–  Panie premierze, bo ja nie wiem, co mam teraz… – przerwał mu te rozważania asystent.

– Teraz to masz patrzeć, jak to się robi – odparł premier, bo wiedział, że czego nie zrobi sam to w końcu nigdy nie zostanie zrobione, a przynajmniej nie zostanie zrobione właściwie. Wyciągnął prywatny telefon, wybrał prywatny numer Leka wiedząc, że od premiera Lek telefon odbierze, nawet gdyby musiał w tym celu zwlec się z jakiejś baby.

– Halo…? – powiedział kobiecy głos w słuchawce.

Premier westchnął ciężko. Kraj płonie, dziadzio chce wyborów w maju, gospodarka się wali, a mecenas Lek co robi? Oddaje się spółkowaniu. To jednak oburzające. Gdyby mecenas był wierzący, to byłby jednak poważniejszym człowiekiem.

– Premier mówi. Daj mi Leka do telefonu, panienko – powiedział, nie ukrywając wściekłości.

– Yyy… Mecenas Lek nie może teraz… Bo… No… – wydukał kobiecy głos.

– No do kroćset! Nie wiem co wy tam teraz robicie, ale ma do mnie zadzwonić! Natychmiast! – warknął do słuchawki premier i rozłączył się.

Tymczasem Marta nieco straciła rezon. Odebrała telefon mecenasa, bo dzwonił numer opisany jako „Pinokio” i była naprawdę zaskoczona, kiedy w słuchawce usłyszała znajomy głos.

– Kto to był? – zapytała Anna Pancerny, dochodząca powoli do siebie po dwóch omdleniach.

– To był… No, to był premier – szepnęła Marta.

Anna Pancerny zemdlała po raz trzeci.

Ronald, skrępowany na pace furgonetki, płakał z bólu, bo morfina przestawała działać, mecenas Lek i pan Pucybut nadal zaś nie żyli.