Rozdział 3

Ronald Pancerny nie poznawał się w lustrze. 

Czy to świat się zmienił czy on sam? 

Zanim w to lustro spojrzał, spodziewał się zobaczyć w nim przystojnego, rosłego pięćdziesięciolatka, przynajmniej jeśli chodzi o wiek biologiczny, tak mówiła mu przymilna rehabilitantka, bo jednak według peselu, to może i dziesięć lat więcej. Miało więc zwierciadło odbić obraz gładko ogolonego pana w wieku co najwyżej średnim, w dużych, modnych okularach z oprawami ze złotego drutu, z uśmiechem perfekcyjnym, nad którym pracowało kilku specjalistów, spodziewał się że gdy podniesie dłoń do twarzy, aby przeczesać gęste od przeszczepów, siwe włosy, to na nadgarstku zobaczy drogi, złoty zegarek, na palcu sygnet, a może nawet dwa, na pewno również złote. 

Tak naprawdę codziennie rano spodziewał się zobaczyć w lustrze tego mężczyznę, codziennie widywał w nim jednak siebie, Ronalda Pancernego, człowieka o twarzy tak pozbawionej właściwości, że sam siebie zwykle nie poznawał, ponieważ nawet w jego pamięci obraz własnej twarzy zacierał się natychmiast. 

Nie było włosów, sygnetów ani zegarków, była lśniąca łysina, nalane policzki i małe, smutne, ale jednak świńskie oczka, świecące pośrodku twarzy niepodobnej do nikogo, a wieńczącej wątłe i słabowite ciało. 

Oto ja, pomyślał ze smutkiem Ronald Pancerny. 

Oto ja, Ronald Pancerny, myślał dalej, oto ja, dyrektor pionu finansowego Centralnego Biura Antykorupcyjnego, oto ja, który skradłem pięć milionów złotych z funduszu operacyjnego tegoż biura, z zamiarem dowiedzenia mej małżonce iż jestem jej warty, a następnie wyjazdu z tego smutnego kraju, zakupu skromnej nieruchomości na Teneryfie i oddawaniu się tam przyjemnościom ducha i ciała, albowiem zakładałem, że kogoś, kto okazał się jednak tak przedsiębiorczym spryciarzem, żona w końcu zechce dopuścić do gotyckich wyniosłości jej ciała. 

Ronald usiadł na łóżku, łóżko było niewygodne, pokój był brzydki i z widokiem na takie obszary Woli, na które naprawdę nie ma po co patrzeć, hotel był tani i brudny, zwykle używany celem najmu naprawdę krótkotrwałego, Ronald zaś mościł się w nim już od dwóch dni, zamawiając do pokoju paskudne jedzenie za pomocą telefonu pamiętającego czasy, w których porucznik Borewicz śledził w tych samych pokojach szpiegów z RFN, cinkciarzy i peerelowskie kurwy. 

Telewizor chodził bez przerwy, przerażając Ronalda coraz bardziej. 

Wszystko miał zaplanowane. Kwiaty dla żony. Czystą bieliznę. Nowy dezodorant i perfum męski marki Chanel. Nawet włosy łonowe przystrzygł elegancko, bo koledzy twierdzili, że tak teraz wypada. Mial fałszywe paszporty. Dwa bilety na Teneryfę. Katalog tamtejszego biura pośrednictwa nieruchomości. Umówioną wizytę w kantorze, w którym zamierzał zbyć złotówki i nabyć inne waluty oraz trochę złota, a na którego właściciela miał haka, bo kolega z firmy wyznał mu przy wódce, że waluciarza ów niemałego formatu w kieszeni, jest w istocie szwagrem szefa i z pomocą tego szefa oraz paru deweloperów wyczyniają machinacje tak skomplikowane i daleko sięgające, że Pancerny bał się nawet o nich myśleć, ale do transakcji waluciarza przekonać zdołał. 

A teraz co? W niemym telewizorze paski w TVN24 przyprawiały go o drgawki. 

Zamknięte granice. Zakaz lotów. Znikąd ratunku. Pandemia. 

Pod łóżkiem leżała walizka z gotówką, nagle niezbyt użyteczna. Bo przecież jeśli nie ucieknie, to go złapią i coż mu wtedy po pieniądzach? 

Hotelowy pokój był matnią. 

Ronald Pancerny przegryzał zleżałą sałatkę cezar z namokłymi grzankami, popijał białym winem z małych buteleczek i wspominał. 

Wspominał jak na studiach prawniczych poznał żonę swą Annę z Drohoborzeckich herby Trąby, której rodzina zaakceptowała dziwaczny wybór matrymonialny córki tak, jak akceptuje się hemoroidy.

Wspominał, jak to się w Lidze Republikańskiej krzyczało przeciwko Kwachowi, jak potem były lata chudsze, jak potem się za pierwszego PiSu z wydziału zasobów lokalowych Urzędu Dzielnicy Bemowo przeszło do CBA i jaki był tam wtedy wojowniczo-jakobiński klimat, jak potem po cichu w pionie finansowym przeczekał peowskie lata i jak potem wszystko rozkwitło.

Wszystko, poza pensją Ronalda. 

Wokół wszyscy robili biznesy. Warszawa rosła, wieżowce prężyły się jak Ronaldowi coś się kiedyś prężyło, co od dawna już nie, służby, partie, developerzy, prawnicy, wszyscy zarabiali i to jak zarabiali. Samochody z luksusowych wypożyczalni, dziewczyny takie, że Ronald bał się nawet na nie wzrok podnieść, restauracje, Malediwy, wszyscy się paśli, tylko nie Ronald i im więksi stawali się wszyscy, tym bardziej Ronald się kurczył, szczególnie w oczach żony Ronalda, której kiedyś wydawało się, że dokonuje wyboru nieoczywistego niczym inwestycja w spółkę z branży, która dopiero czeka na swój boom, jednak z każdym rokiem, w którym nie mogła się koleżankom odwzajemnić nową torebką, jej wiara w Ronalda słabła. 

Ronald więc postanowił, że teraz jego kolej. Ronald Pancerny pokaże jakim naprawdę jest mężczyzną, jaki potencjał w nim drzemie. 

I pokazał. Uziemiony w hotelowym pokoju z pięcioma milionami złotych w gotówce.