Rozdział 31

Major Zapałka siedział w swoim pokoju z nogami na blacie biurka, popijał herbatę ze szklanki i przeglądał plotki w internecie, kiedy drzwi otwarły się z hukiem i do pokoju majora wpadła sekretarka, i to nie byle jaka, bo szefa departamentu, pani Jadwisia, osoba potężniejsza być może niż sam szef. Major ściągnął pospiesznie nogi ze stołu i rozpaczliwie usiłował zamknąć przeglądarkę, jednak zdjęcia roznegliżowanej aktorki w maseczce, podglądniętej rzekomo przez paparazzi podczas jogi na balkonie, nie umknęły surowemu oku pani Jadwisi.

– Polecenie jest! Z samej góry! – warknęła.

– Z jak bardzo samej góry? – zapytał major, natychmiast przerażony.

– Z najgórniejszej!

– Ale, że z Nowogrodzkiej…? – pytał major dalej, przerażony coraz bardziej.

– No nie, trochę niżej – zreflektowała się. – Ujazdowskie. Chodzi o tego całego mecenasa Leka. Trzeba go po cichu znaleźć, bo zniknął, a wiadomo, że ty masz z nim sztamę.

Majora oblał zimny pot, poczuł, że robi mu się na przemian zimno i gorąco. Wolałby, żeby szef departamentu i pani Jadwisia nie wiedzieli na czym dokładnie polega jego sztama z mecenasem Lekiem.

– No już, biegusiem – ponagliła majora surowa pani. – Tam na dole czeka jakiś smarkacz od premiera. Razem macie znaleźć Leka i przyprowadzić do kancelarii, na Ujazdowskie.

Zapałka wstał, westchnął, ogarnął kopyto, blachę, klucze, służbowy telefon z aplikacją śledzącą, powstrzymał się przed zasalutowaniem pani Jadwisi, pożegnał się więc tylko uprzejmym ukłonem i odblokowując kolejne drzwi kartą służącą za przepustkę, wyszedł przed siedzibę Agencji.

Na parkingu stała czarna skoda superb, przed którą sterczał jak chuj w torcie, czyli zupełnie nie na miejscu, wyrostek w źle dopasowanym garniturze i w maseczce z wyhaftowanym orłem w koronie, takiej zwykłej, złotej. Wszystko w jego aparycji, jak również służbowe auto z kierowcą przemawiało za tym, iż to on właśnie jest smarkaczem od premiera.

– Proszę maseczkę założyć! – stęknął na widok majora Zapałki młody asystent premiera

– Jebnij się w łeb – uprzejmie doradził mu major. – Wsiadaj, jedziemy.

Major usiadł z przodu, zmierzył wzrokiem kierowcę z SOP.

– Od kiedy masz prawko? Nie rozbijesz nas? Bomby umiesz wyłączyć, jakbyś załączył przypadkiem? – zapytał.

– Pierdol się, kolego – odparł strapiony kierowca. W rzeczy samej prawko miał od niedawna, a i rządową limuzynę na włączonych bombach zdarzyło mu się przed domem premiera zatrzasnąć.

Major wzruszył ramionami, wyciągnął telefon, zlokalizował telefon mecenasa Leka. – Coś tu śmierdzi. – powiedział do siebie.

Asystent premiera wsiadł z tyłu, za majorem.

Być może to jest misja, która pozwoli mu wreszcie się wykazać, dowieść, jak szczerą miłością do ojczyzny goreje jego serce, pomyślał. Oto jego misja specjalna. Oto jest niczym 007, jest agentem rządu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej do specjalnych poruczeń, ten nieprzyjemny major z ABW będzie teraz wykonywał jego rozkazy, razem odnajdą mecenasa i dostarczą go premierowi. – Jedź na Modlin – polecił major kierowcy – Wiesz gdzie to jest?

Kierowca strapił się jeszcze bardziej, bowiem wiedział tylko mniej więcej. Jeszcze dwa lata temu w Kłodzku wlepiał pijaczkom mandaty, wbił więc słowo „Modlin” w nawigację rządowej skody. Major westchnął ciężko.

Ruszyli. Asystent premiera wizualizował sobie swój sukces, zgodnie z tym, czego nauczył się na kursie przedsiębiorczości dla młodych katolików.

– Jesteś zwycięzcą! – powtarzał sobie pod nosem.

– Co ty tam mamroczesz pod tą szmatką, młody? – zapytał Zapałka.

– Nie będzie mi pan wydawał rozkazów! Jestem przedstawicielem premiera Rzeczpospolitej! – wybuchnął asystent i natychmiast uzmysłowił sobie, że major wcale nie wydał mu rozkazu, a jedynie zadał pytanie.

Zapałka rozbawiony aż odwrócił się w fotelu, aby dokładnie przyjrzeć się przedstawicielowi premiera Rzeczpospolitej.

– No, no, no, widzę, że tu ktoś buławę marszałkowską nosi w plecaku. Ślicznie. Synuś, zjedź mi tutaj pod Żabkę, niech mi ten przedstawiciel premiera Rzeczpospolitej po fajki skoczy.

Kierowca zjechał pod Żabkę, trochę wymuszając pierwszeństwo i hamując gwałtownie. – Nie idę po żadne fajki! – bronił się rozpaczliwie asystent.

– Kolego – major znowu odwrócił się do młodego polityka. – Lecisz tam na jednej nodze po czerwone marlboro, albo za trzydzieści sekund wbijam się na Twój telefon i do wszystkich twoich kontaktów rozsyłam co fajniejsze zdjęcia przyrodzenia, które tam trzymasz.

Major blefował, zarówno w zakresie swoich możliwości, jak rownież w kwestii wiedzy o zdjęciach przyrodzenia, jednak asystent nie mógł tego wiedzieć, zdjęcia przyrodzenia w telefonie posiadał zaś istotnie, otarł więc łzę z oka i poszedł po fajki.