Rozdział 32

Pan Jaszczur, widziany z perspektywy detektywa Zarazka jawił się jako człowiek pełen zalet. Nie tylko doskonale się ubierał (do butów z krokodylej skóry nosił białe skarpetki i dres najszlachetniejszej próby, z trzema paskami) ale też pił mnóstwo alkoholu i dotrzymywał słowa. Z takimi diamentami w narodzie Polska może być bezpieczna o swoją przyszłość i wyjście z pandemii, pomyślał Zarazek. Razem z Rudą jechał właśnie zdezelowanym, lecz całkiem sprawnym fiatem punto. Dał im go pan Jaszczur, tak jak obiecał. Porządny chłop. Wypił z Zarazkiem małpkę wiśniówki i zasnął na fotelu w swoim biurze, pod kalendarzem z gołą dziewczyną przybitym do boazerii.

Zarazek miał nieortodoksyjny stosunek do jazdy po pijaku. Owszem, niektórzy pijani kierowcy wieźli śmierć, lecz niektórzy – tak jak on – ratunek. Zresztą po pijaku zawsze jeździ się ostrożniej, pomyślał Zarazek podjeżdżając pod knajpę „Kolorowa”. Był to lokal ponury i ciemny, jak sama nazwa wskazywała, ciśnięty na pobocze drogi krajowej, niski, przykryty przygasłym szyldem i otoczony przez samochody. Zarazek zaparkował aż żwir spod kół trysnął, obszedł auto pomagając wysiąść Rudej i krokiem rycerza ruszył w stronę wejścia. Nacisnął klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Zastukał, zadzwonił. Nic. Tylko wąsata twarz mignęła w okienku.

– Trudno – westchnął Zarazek. – ślepy trop…

– Daj mi to zrobić – Ruda odsunęła go jak wielki, miękki i niepotrzebny przedmiot. Zadzwoniła i ustawiła się naprzeciw okna, eksponując walory, które przyniosły jej powodzenie w zawodzie. Wąsata twarz ponownie wyrosła za szybą. Brwi, złączone ze sobą, podobne do włochatej glisty uniosły się pod czuprynę.

– Jesteśmy od Włodka! – powiedziała Ruda.

Kwadrans później Ruda i Zarazek siedzieli w świecie, który miał się skończyć, a jednak istniał i kwitł jak plamy wątrobowe. Przy rozświetlonym barze chłopy zapijały wódkę piwem w grubych kuflach, długie stoły lśniły od szkła i uginały się od zakąsek. Gości było chyba ze dwudziestu i można by sądzić, że „Kolorowa” zgromadziła pod swym niskim dachem cały przekrój społeczeństwa, łaknącego bibki na nielegalu. Wódkę walili młodzi brodacze w kraciastych koszulach i ich panny wydziarane w kolorowe sowy, lisy i postacie z „Muminków”. Byli staruszkowie z kępkami siwych włosów w uszach, krzepcy kierowcy o brzuchach jak piłki lekarskie, ze czterech drabów, takich co czapki z daszkiem zdejmują tylko w kościele, no ale mądry Zarazek przysiadł się do gościa w skórzanej kurtce, ze srebrną bransoletą uwieszoną na włochatym nadgarstku.

– Cudownie tak się odstresować – rzekł Zarazek. – ja zawsze mówię, że najważniejsze to żyć i cieszyć się tym życiem, nie?

– Acha – burknął Zbigniew, właściciel Zbig Car Plus, bo to do niego właśnie przysiadł się Zarazek. Stuknęli się. Zbigniew przełknął zawartość swojego kieliszka z wyraźnym wysiłkiem. Mrugnął. W oko wpadła mu Ruda.

– Bolało jak spadałaś z nieba? – zapytał. Ruda wbiła wzrok w sufit.

– Jaka to okazja? – zapytał Zarazek.

– A co ty książkę piszesz?

– Skąd. Nie znajdziesz chuja nad pisarza – obwieścił Zarazek. – ja porządny facet jestem. Tylko pytam, no…

– Pary z gęby nie puszczę… Albo chuj! Słuchaj ty mnie, dwie bladzie dziś przyjechały. Sprzedałem im opla, płaciły jak za maybacha…

– Jaki to był opel? Numery pamiętasz? – cisnął Zarazek. W przekrwionych oczach Zbigniewa pojawiło się coś, co można by wziąć za oznakę myślenia. Przekrzywił głowę i wbił wzrok w Zarazka. Kącikami ust przelewała mu się wódka.

– Kochany, pomóż nam… – do rozmowy wtrąciła się Ruda. – ten tutaj miś został potwornie okradziony. I ja jestem taka sama… doprawdy nie wiem jak sobie poradzimy… te dwie zimne kobiety… Nie zrobiłbyś dla mnie tej maleńkiej przysługi… – tak nawijała, tak nachylała się nad stołem i wydymała usta, tak polała raz i drugi, aż pan Zbigniew, zaczarowany i zalany, nabazgrał numer rejestracyjny opla na serwetce. Ruda natychmiast wepchała ją w stanik.

– Dziękuję, kwiatuszku – zaszczebiotała Ruda i pociągnęła Zarazka ku wyjściu. Zarazek nie bardzo chciał iść. Bardzo spodobała mu się „Kolorowa”, a flaszka w kuble z lodem to już najbardziej. Jaki Ronald Pancerny? Jakie uciekinierki? Przecież poszukiwania mógłby prowadzić także tutaj. Ruda podniosła go niemal siłą.

Już wychodzili, gdy z końca stołu podniosła się męska, ogromna postać. Oskarżycielski palec mierzył w Zarazka. Mocny głos huknął:

– Ty skurwysynu!