Rozdział 33

– Ty skurwysynu! – powtórzył doktor, albowiem to on był właścicielem głosu, który zburzyłby mury Jerycha, gdyby taka zachodziła konieczność. Poznał Zarazka od razu, mimo policyjnego munduru, który detektyw miał na sobie, a który w przedziwny, niezrozumiały, a być może nawet cudowny sposób umknął uwadze wszystkim zgromadzonym w nielegalnej knajpie, sam detektyw również jakby zapomniał o swym niecodziennym przebraniu.

– Pan doktor! – ucieszył się Zarazek i unosząc Rudą ze sobą, ruszył ku drzwiom rączym kłusem, uznał bowiem, że Kolorowa właśnie nieco straciła na uroku.

– Ten skurwysyn miał pozytywny wynik na covid! Zaraża ludzi! – ryknął doktor, zrywając się zza stołu, obalając flaszki i szklanki. – Brać go! Musimy go ująć!

Zgromadzona w Kolorowej publiczność nie podzielała społecznego zacięcia doktora Ziemowita Siermiężnego, więc przejęta nagłym przerażeniem rzuciła się wszędzie, w każdą stronę, byle jednak dalej od detektywa, który z kłusa przeszedł do cwału, wypadł z Kolorowej i dotarł do swojego punto.

Doktor zmierzał jednak za nim, wcale nie wolniej niż biec potrafił detektyw, być może chorobliwie otyły, ale przecież jednak w znakomitej formie. Zarazek dopadł auta, wskoczył za kierownicę, Ruda pomknęła ku siedzeniu pasażera, Zdzisław o dziwo trafił kluczykiem do stacyjki, zaś auto o dziwo odpaliło za pierwszym razem. Doktor był już przy samochodzie, jednak detektyw zablokował drzwi.

Już nie śpieszyło mu się odjeżdżać. Czuł się bezpieczny w zamkniętym aucie, czuł też, że świat oferuje mu teraz chwilę triumfu, a obecność Rudej tylko go ku temu triumfowaniu pchała, w końcu pokaże jej jakiego formatu jest mężczyzną, nie tylko w sensie fizycznym.

– No i co teraz, co mi zrobisz, konowale, hę? – zadrwił z doktora. – Myślisz, że stary Zarazek dał się nabrać na tę waszą bajeczkę o wirusach?

Doktor Ziemowit Siermiężny stanął przed maską punto, zagradzając mu drogę wyjazdu. – Jedź, idioto – jęknęła Ruda, chwytając Zarazka za pulchną dłoń. – Przejedź go nawet albo omiń, ale jedź!

– Moment, kochana, posłuchaj, bo to ważne, teraz jest dobry moment – detektywa niełatwo było zrazić. – Panie doktorze. Nie ma żadnego wirusa. To jest spisek, który ma na celu zniszczenie substancji biologicznej naszego wielkiego narodu. Ci z klubu Bilderberg chcą sprawdzić, jak łatwo jest sterroryzować społeczeństwo i…

Doktor Siermiężny nie słuchał. Schylił się, chwycił obiema dłońmi zderzak z punto i rycząc niczym tur wyrwał go, razem z tablicą rejestracyjną i światłami przeciwmgielnymi, obnażając kawałek chłodnicy i przednie nadkola, po czym cisnął kawałem plastiku za siebie, jakby odrzucał pustą butelkę po koli.

– Jedź, człowieku, jedź! – ryknęła Ruda gromko.

– Panie doktorze – Zarazek mówił dalej, pochylając się nad kierownicą by utrzymać z doktorem kontakt wzrokowy, wiedział bowiem, że to ważne, kiedy próbuje się kogoś przekonać do swoich racji. – Panie doktorze, czy pan słyszał, że na Białołęce mieszka facet, którego szwagier ma kuzyna w ministerstwie i ten kuzyn słyszał, że jak będą wszystkich szczepić, to tak naprawdę będą czipować, żeby sterować mózgami?

Doktor nie słuchał mądrości Zarazka, nie bardzo je zresztą było na zewnątrz samochodu słychać, za to wczepił się łapami jak bochny w maskę punto i ją też zerwał, rycząc wściekle i odrzucił za siebie.

Tego było detektywowi dość.

–  Z niektórymi ludźmi jednak nie można niczego perswazją załatwić. Trzymaj się. – rzucił do Rudej i postanowił, że przejedzie złego doktora. Wrzucił więc jedynkę, zamknął oczy, puścił sprzęgło i wcisnął gaz.

Silnik zawył, wskoczył na wysokie obroty, punto nie ruszyło jednak do przodu.

Kiedy Zarazek otworzył oczy, ujrzał, że straszny doktor pochylił się, chwycił mocarnymi dłońmi przedni pas samochodu, wypiąwszy potężne pośladki i ugiąwszy kolana niczym na zawodach w martwym ciągu, zaparł się, stęknął, wypuścił powietrze i uniósł cały przód auta, i tak go trzymał. Koła mieliły powietrze.

Ruda krzyczała.

– Daj spokój, królowo. Po co ten lament? – uspokoił ją Zarazek. – Przecież się zmęczy zaraz, puści i se spokojnie pojedziemy.

W tym momencie dziurawy asfalt placu przed Kolorową, jej bure ściany i pierwsze liście na drzewach na niebiesko oświetliły mrugające bomby pojazdu uprzywilejowanego. Czy była to policja, pogotowie ratunkowe, straż pożarna, czy może borowiki z samym na przykład prezydentem, tego detektyw jeszcze nie stwierdził, niemniej uznał, iż nie jest to dobry znak.