Rozdział 35

Major Zapałka zapłakał, lecz tylko wewnętrznie. Na zewnątrz nie okazał żadnych emocji, poza wzrokiem może nieco zbaraniałym. Stał i gapił się na lekarza.

Dlaczego zawsze mam takiego pecha, zapytał sam siebie.

Dlaczego to ja musiałem trafić na tego przeklętego Leka, którego kazali mi zwerbować, co mi się oczywiście udało, bo jestem świetny, tyle, że zaraz po werbunku okazało się, że to raczej pan mecenas mnie, nie ja jego.

Dlaczego teraz, ze wszystkich olbrzymów świata, ten musiał okazać się akurat tym zasranym Siermiężnym, lekarzem z TVNu. I jakim cudem mógł go nie poznać…? Może dlatego, że w telewizji Siermiężny zwykle występował w maseczce…

– Nazwisko, stopień, numer legitymacji! – wrzasnął telewizyjny lekarz, przerywając te rozważania.

Zapałka uznał, że pora wycofać się do samochodu.

Siermiężny włączył Zooma w telefonie.

– Łączę się z TVN24! Zaraz będziemy na żywo! Specjalny raport!

Zapałka wsiadł do skody. Asystent premiera siedział już na tylnym siedzeniu i bardzo płakał.

Pierwszy etap poszukiwań można uznać za niepowodzenie – pomyślał major.

– Na jaki chuj pan major się tu w ogóle zatrzymywał? – zapytał kierowca z SOPu życzliwie. – Przecież ta apka śledząca pokazywała zupełnie inną lokalizację telefonu mecenasa Leka.

Właśnie, na jaki chuj ja się tu w ogóle zatrzymywałem? – w duchu zapytał sam siebie major. – Przecież apka śledząca pokazywała zupełnie inną lokalizację. Wejrzał w siebie i nie znajdował na to trudne pytanie żadnej odpowiedzi.

– To jest najwyraźniej rządowa limuzyna, proszę państwa! – krzyczał do Zooma na telefonie pan doktor Ziemowit Siermiężny, przyciskając telefon do szyby samochodu. – Tu są, proszę, niebieskie światła! A ten funkcjonariusz kaczystowskiego reżimu uderzył mnie pistoletem! To jest dyktatura, proszę państwa! Faszyzm!

W telefonie widniała zdziwiona twarz prowadzącego program TVN24.

No i dlaczego mnie to musi spotykać, zapytał się w duchu Zapałka, zasłaniając jednocześnie twarz połą marynarki. Dlaczego z wszystkich funkcjonariuszy to ja musiałem wpierdolić się w tę awanturę.

– To może już byśmy stąd pojechali, co? – zapytał rządowy kierowca.

– Tak, jedźmy… – zgodził się Zapałka, czując, że intelektualnie opada z sił.

Ruszyli.

Doktor biegł za nimi póki starczyło mu tchu w wielkim ciele, wyciągając przed sobą telefon transmitujący na żywo do studia TVN24 obraz tak roztrzęsiony, że w efekcie w całej Polsce kilkadziesiąt osób doznało epilepsji.

Na placu przed Kolorową Zdzisław Zarazek i Ruda spojrzeli po sobie, opuścili ręce. – Królowo, zapraszam do naszej karocy – powiedział detektyw.

Ruda nie oponowała. Gdzieś głęboko, w jej skamieniałym od trudnego życia sercu, zaczynała się tlić maleńka iskierka sympatii do tego ociężałego, zarówno fizycznie jak umysłowo, a jednak przecież jakoś poczciwego mężczyzny.

Aby iskierkę tę zdusić, przypomniała sobie walizkę z pieniędzmi, to jednak nie pomogło.

Wsiedli do okaleczonego punto, ominęli dyszącego ciężko doktora i ruszyli w pogoń za rządową skodą, słusznie przeczuwając iż może ona doprowadzić ich do walizki z pieniędzmi, Anny Pancerny i niewiernej asystentki.