Rozdział 36

Ronald Pancerny z wolna dochodził do wniosku, że ostatnie dni nie przebiegają zgodnie z jego planem. Mówiąc precyzyjnie, różnica pomiędzy tym, o czym marzył, a co trzymał, jest mniej więcej taka, jak pomiędzy kinderbalem a nalotem dywanowym.

Miał wieść beztroski żywot bogacza, gdzieś daleko w towarzystwie kochającej żony. Beztroski zmienił się jakimś cudem w bezpalcego. Owszem, jechali gdzieś daleko, ale żona okazała się niekochająca. On, Ronald Pancerny leżał na pace jakiegoś obcego samochodu, w kałuży własnej, gęstej krwi, a bolało tak, że Ronald oddałby jeszcze kilka palców, by ból ustąpił.

No i trupy. Nie zapominajmy o tych dwóch milusińskich.

Mecenas Lek i pan Pucybut turlali się po pace, jakby ciągle żyli. Działo się tak przy każdym skręcie. Ich zimne twarze i nieruchome dłonie (każda o pięciu palcach)  ocierały się o zakrwawione ciało Ronalda Pancernego. Ronaldowi wydawało się, że czuje zapach śmierci, choć były to tak naprawdę drogie perfumy Leka i miętówki pana Pubcybuta.

Okazało się, że istnieje coś silniejszego niż strach i ból. Była to wola życia. Ta nagle wbiła się w głowę Pancernego tak, że zadzwoniło w skroniach. Pancerny chciał żyć, bez ręki, bez obu, nawet bez fiuta, z którego i tak nie miał zbyt wielkiego pożytku. Może nawet trafić do więzienia. Niech wyślą go do Sztumu. Niech wydłubią mu oczy i wsadzą kartofle w ich miejsce. Było mu wszystko jedno, byle nie tracić życia, tej jedynej rzeczy, którą wciąż miał, ciśnięty na pakę furgonetki.

Przeżyję, przysiągł sobie Ronald i zamarł ze strachu, bo samochód wziął zakręt. Zwolnił i zaczął się trząść. Musieli zjechać z autostrady. Wkrótce samochód skręcił ponownie, jechał jeszcze wolniej i podskakiwał jakby jechali przez wykopki. Ronald przeraził się – dojeżdżają do swojego celu. Zabiją go… Przestanie być potrzebny. A może nigdy nie byłem potrzebny, pomyślał Ronald Pancerny i znalazł w tym pocieszenie.

– Gdzie ja jestem. – głos należał do Anny. Ronald słyszał ją, choć nie widział.

– Spałaś. To dobrze. – powiedziała Marta.

– Nic nie jest dobrze. Gdzie my jesteśmy? Co ty robisz… Tego nie było w planie!

– Kochanie. Plan się zmienił. A ty musisz mi zaufać.

Dziewczyny rozmawiały. Ronald wytężał słuch. Wyglądało na to, że Anna jest skołowana i przestraszona. Marta sprawiała wrażenie konkretniej i surowej. W tonie jej głosu przebrzmiewało coś niepokojąco radosnego.

– Zrozum, słonko, to miała być czysta akcja. Tymczasem na pace leży sztywny Lek i frajer co za nim nóż nosił, co jest cholernie daleko od jakiejkolwiek czystości. Dorzućmy do tego, że razem z tymi misiaczkami leży jeszcze ta pizda z chujem, co ją wpuściłaś między nogi. Trzeba uporządkować ten bałagan nim ruszymy dalej. Zgadzasz się ze mną?

– Zgadzam.

– Kochasz?

– Bez ciebie bym upadła na prostej drodze. A z tobą każda droga… jest prosta – powiedziała Anna. Jak słowa, które znała i powtarzała z pamięci.

Samochód stanął. Ronald usiłował pojąć co właśnie usłyszał. Kochanie? Pizda z chujem? Co to znaczy? Tylne drzwi samochodu otworzyły się i stanęła w nich Marta. Poświeciła na trupy, na Ronalda i zamknęła drzwi z powrotem.

– Dokąd idziesz? – zapytała Anna. Wciąż siedziała w szoferce. – Nie zostawiaj mnie.

– Nie mów, że się boisz. No już, już. Przepraszam. Idę tylko na chwilę. Sprawdzę drogę do jeziora… Nie chcesz tam jechać na podstawie googla, prawda, słonko?

Odeszła. Ronald Pancerny poczekał aż kroki Marty ucichną, policzył do dziesięciu, do dwudziestu, i do dziesięciu znowu. Potem uderzył głową w drzwi furgonetki. Zawołał imię swojej żony.

– Czego chcesz? – zapytała Anna.

Ronald Pancerny powiedział słowa, które, jak liczył, mogły ocalić mu życie.