Rozdział 37

Premier wybiegł nieomalże z niepozornego budynku na Nowogrodzkiej i usiadł na tylnym siedzeniu służbowego bmw. Odetchnął. Ręce mu drżały. Przypomniał sobie ile zarabiał w banku i jak mu się wtedy żyło.

– I na co mi była ta Polska… – szepnął do siebie, a w uszach ciągle dźwięczały mu groźby i obelgi, którymi obrzucił go pan prezes, ani na chwilę nie przestając głaskać kota, niczym bondowski Blofeld, tak jakby całe ciało pana prezesa pozostawało spokojne, a tylko na jego szczycie kapitel ciała głowa podskakiwał i miotał się, syczał, krzyczał i szeptał, a premier wiedział, że żadna groźba płynąca z panaprezesowych ust, żadna obietnica strasznego losu, zapomnienia, weryfikacji, śledztwa, Trybunału nie jest groźbą czczą, za każdą stoi żelazna wola gotowa ją spełnić.

– Jedziemy, panie premierze? – zapytał kierowca.

– Pojedziemy jak powiem, że jedziemy. Radio włącz – warknął premier, bo tyle akurat mógł, zbesztać swojego kierowcę. Z tego powodu brakowało mu pod ręką tego asystenciny harcerzyka, którego tak wdzięcznie można było upokarzać, odreagowując upokorzenia własne.

W radio minister zdrowia powiedział, że nie wie, dlaczego spada liczba wykonywanych testów.

– Cholera, szkoda, że nie wie, może zapytałby ministra zdrowia…? – próbował zażartować kierowca.

Premier odpowiedział mu milczeniem i spojrzeniem ciężkim, odbitym przez wsteczne lusterko. Kierowca skulił się w fotelu. Kiedyś, w dawnych czasach, woził tego luzaka z Gdańska, z nim można było przynajmniej o piłeczce pogadać…

Premier przypomniał sobie jak przed pandemią, ze studia fotograficznego mieszczącego się zaraz obok siedziby pana prezesa wychodzili kolorowi ludzie, dziewczyny, których twarze czasem nawet kojarzył z jakiegoś tam Kundelka, przypalający im papierosy i zlepiający złamane serca styliści, agentki z trzema telefonami w rękach i wielkimi torbami pełnymi tajemnic, dziewczyny od makijażu, fotografowie, asystenci, wszyscy opierali się o ceglany mur po drugiej stronie ulicy, gadali, robili jakieś zdjęcia, tacy wszyscy ulotni, kolorowi, cali w tatuażach i ubraniach, jakie premier widywał na ulicy jeszcze w latach osiemdziesiątych, w wielkich okularach o drucianych oprawach, ich życie takie błahe, lajki na na socialach, influencerki zachwalające kosmetyki do wygładzania skóry albo strasznie brzydkie buty. Premier przypomniał sobie, jak wtedy mijał ich, kazał zwalniać kierowcy, przejeżdżali obok nich powoli, przyglądał się im zza ciemnej szyby limuzyny i myślał, jak różna jest egzsytencja ich i jego, Atlasa, na swych barkach niosącego odpowiedzialność przed Bogiem i historią za losy tego wspaniałego, chociaż czasem niedomagającego kraju, którym była Polska.

– A tego tam, ministranta z TVNu, jak płakał nad konstytucją na lajwie na Facebooku, to pan premier widział? – kierowca ponownie próbował skruszyć lody, bo wiedział, że sympatia premiera to najlepsza droga do awansu w SOPie.

Premier przypomniał sobie tę piękną scenę i rzeczywiście poweselał odrobinę, ale potem przypomniał sobie o nadchodzącym głosowaniu. Wyciągnął telefon, zadzwonił do asystenta.

– Macie go? – zapytał.

– Panie premierze – odpowiedział mu w słuchawce drżący głos asystenta. – zapewniam, iż powołaliśmy z majorem Zapałką z ABW zespół pod moim kierownictwem, który podjął już działania ukierunkowane na doprowadzenie do wstępnego rozpoznania sytuacji, w której miejsce pobytu mecenasa Leka zostanie stwierdzone z całkowitą pewnością i zespół ten działa w trybie nadzwyczajnym oraz możemy już powiedzieć, chyba, że pierwsze efekty działań zespołu powołanego celem podjęcia działań mających na celu ustalenie miejsca pobytu mecenasa Leka są już widoczne jak na dłoni, to znaczy wiemy gdzie jest, a przynajmniej gdzie znajduje się telefon…

– Przestań mnie przedrzeźniać, bezczelny gówniarzu! – wrzasnął premier, a asystent natychmiast się rozpłakał, albowiem nigdy nie ośmieliłby się przedrzeźniać premiera, próbował jedynie odpowiadać w tej wzniosłej, uroczystej manierze, z jaką premier zwykł był odpowiadać na pytania dziennikarzy.

– I przestań beczeć! – krzyczał dalej premier. – Jutro jest głosowanie w sprawie tych wyborów! Tylko mecenas Lek ma haki na wszystkich! Na wszystkich, rozumiesz? Nawet na pana prezesa ma haki! Na każdego! Na mnie nie ma, bo ja mam krystaliczny życiorys, ale poza mną na każdego ma, nawet na twoją starą i cały ten jej neokatechumenat! Myślisz, że ja nie wiem co się tam u nich odpierdala? A jutro jest głosowanie i jak nie przyciśniemy tych zdrajców, to będzie kapa, rozumiesz, albo ich przyciśniemy, albo jesteśmy w dupie, do tego potrzebny nam jest mecenas Lek i jego archiwum, rozumiesz? Nie ma czasu! Może nawet trzeba będzie cisnąć pana prezesa, rozumiesz, mecenas Lek nawet z tym dałby radę!

Premier rozłączył się, nie czekając na odpowiedź szlochającego asystenta. Ludzi trzeba jednak nieustannie motywować do działania.

Oczywiście, że nie ośmieliłby się przycisnąć prezesa, a nawet gdyby się ośmielił, to Lek nigdy nie pozwoliłby mu dysponować jego hakami, jednak w lusterku złapał pełne podziwu i szacunku spojrzenie kierowcy, które sprawiło mu przyjemność.

Przynajmniej kierowca mnie szanuje, pomyślał premier.