Rozdział 38

– Jesteś pewna, że ona naprawdę cię kocha? – zapytał Ronald Pancerny. Odpowiedziało mu milczenie. Mówił dalej, zasłuchany w brzmienie własnego głosu i pieśń krwawiących kikutów po własnych palcach. – Jak długo ją znasz? Widzisz, w co cię wpakowała? Tak miała wyglądać wasza wielka przygoda?

– Zamknij się – odpowiedziała Anna. Słabo i jakoś nerwowo.

– Duszno mi – jęknął Ronald Pancerny.

– Świetnie. Oszczędzaj oddech póki możesz.

Ronald rozważał przez chwilę sens tych słów, ogarnęła go groza i natychmiast zaczął myśleć o czymś innym. Czy można umrzeć na krwawienie z obciętych palców? Co, jeśli wda się zakażenie? Ronald widział na filmach takie rzeczy, gdzie jakiś odważny nieszczęśnik zostawał ranny, po czym dobrzy ludzie obcinali mu rękę albo nogę. Co można jednak obciąć człowiekowi, któremu już palce obcięto? Co potem się robi? Ronald syknął, całkiem jak ciało przypiekane ogniem.

– Ja to wszystko zrobiłem dla ciebie, Aniu – jęczał Pancerny. – ukradłem te pieniądze, żebyś wreszcie miała to wszystko, na co zasługujesz. Tu może przesadzam, bo zasługujesz na dużo więcej niż pięć milionów złotych, ale tylko tyle było do ukradzenia, więc ukradłem co mogłem. Kochanie moje. Dziubku, kwiatuszku. Rzuciłem dla ciebie stare życie i chciałem dać nowe…

– Niedługo będę miała nowe życie.

– Ja wiem, że to moja wina. Za mało się starałem. Dlatego musiałaś poszukać innej miłości…

– Ty nic nie wiesz o miłości!

Ronald zamknął się na chwilę. Może rzeczywiście nic nie wiedział? Rozumiał już, dlaczego Anna miesiącami nie dopuszczała go do sekretów swego gotyckiego ciała – do ostrołuków piersi i galerii królewskiej między dwiema strzelistymi kolumnami. Odpowiedź krążyła gdzieś w okolicy i potrafiła zabić kopniakiem z półobrotu. Cokolwiek Ronald planował, musiał się spieszyć.

– Otwórz drzwi, proszę. Ja chyba umieram.

– W takim razie niedługo będzie ci wszystko jedno.

– Ja… ja chciałbym móc popatrzeć na ciebie jeszcze raz – chlipnął Ronald Pancerny. Łzy, cesarz wśród wytrychów podziałały i Anna niechętnie rozsunęła drzwi furgonetki. Milczeli przez chwilę, mąż i żona. On bez palców, związany na pace, ona zmarznięta i przestraszona. Ronald rozglądał się, usiłując dociec gdzie się znajduje.

Samochód stał na drodze gruntowej, otoczony czarną ścianą lasu. Gwiazdy, jaśniejsze niż w mieście, mrugały nad kotłowaniną bezlistnych gałęzi. Z daleka dochodził szum samochodów, przejeżdżających autostradą. Cykały świerszcze. Ronald Pancerny wytężył słuch. Ktoś chodził gdzieś tam, w ciemności między drzewami. Trzasnął patyk przygnieciony butem. Jęknęło młode drzewko. Coś chlupnęło.  Ronald Pancerny wstrzymał oddech. Chlupnięcie zabrzmiało ponownie.

Znajdowali się w środku lasu. Obok był jakiś cholerny akwen wodny. Rzeka, ale najprawdopodobniej jezioro.

– Ona zabije nas wszystkich – szepnął Ronald Pancerny – Aniu kochana, oboje jesteśmy martwi, jeśli niczego nie zrobimy. Zabije nas oboje i ucieknie z pieniędzmi.

– Nie. Moja Marta nigdy by tego nie zrobiła.

– Tych dwóch zabiła bez zmrużenia oka. Myślisz, że z nami będzie się certolić? Posłuchaj, skarbie. Na naszą dawną miłość…

– Nie była znowu taka wielka. – przypomniała Anna.

– Więc ja będę się streszczał – przytaknął Pancerny. – ona cię użyła, żeby dotrzeć do pieniędzy. Skoro je ma, przestałaś być potrzebna. W tym jeziorze, niedaleko, znajdą się nie dwa, nie trzy, ale cztery ciała. Zabije cię i ucieknie. Czego jeszcze nie rozumiesz?

– Nie Marta. Nie ona. – powiedziała Anna, tak jakoś słabo i niepewnie. Rozejrzała się. Gdzieś, z głębi lasu dały się słyszeć kroki.

– Ona tu wraca! – pisnął Pancerny. – Już znalazła miejsce, gdzie porzuci nasze trupy. Szybko, Aniu kochana, musimy coś zrobić!

Tak właśnie błagał Ronald Pancerny. Anna odczuwała senność, zmęczenie i chłód. Oraz strach. Rzeczywiście, jej mąż miał rację przynajmniej w jednym. Ta ucieczka miała wyglądać zupełnie inaczej.

Popatrzyła na niego, na dwa trupy obok. Na krew i pieniądze w walizce.

Ronald domagał się decyzji, więc zdecydowała.