Rozdział 39

Tak pięknie rośnie Polska, rozwija się, myślał asystent premiera, wpatrując się w krajobraz przesuwający się za oknem skody. Tam gdzie kiedyś były pola, wyrastają podmiejskie osiedla ciasno upakowanych domków, tak jak kiedyś, za króla Ćwieczka a może Rzemyczka, jakiś pański ekonom podzielił chłopskie łany, tak dzisiaj wyniosłe mury z bramą na pilota otaczają grodzone osiedla pośrodku niczego.

Kiedyś było tak szaro, medytował dalej nad swoją ojczyzną asystent premiera, tak szaro było, tak opowiadali mu rodzice. Za peerelu, kiedy Polska znajdowała się pod sowiecką okupacją, a pod każdym domem stał bolszewicki tank, wtedy przy drogach nie wyrastały takie piękne, kolorowe billboardy, na których nieskromnie czasem odziane niewiasty zachęcały dumnych Polaków do zakupu wózków widłowych.

No i właśnie drogi, jak rozwijają się te wstęgi szos przez depresyjne równiny Mazowsza, przez morenowe pagórki Mazur, coraz to nowe, szersze i lepsze, a samochodów, coraz to nowocześniejszych i piękniejszych, tylko przybywa i przybywa. Nigdy Polska nie miała się lepiej, niż pod rządami formacji, z którą związałem się na dobre i na złe, jak wierny żołnierz ze swym pułkownikiem, myślał asystent. Nigdy Polacy nie mieli więcej powodów do dumy ze swej wspaniałej historii, nigdy nie byli bogatsi, silniejsi i piękniejsi, niż teraz.

–  No, ale teraz to się kurwa skończy. – powiedział major Zapałka, nie odrywając oczu od ekranu telefonu z aplikacją śledzącą telefon mecenasa Leka, asystent premiera zaś zorientował się, że swoje myśli wypowiadał niestety na głos.

– Skąd oni was takich kurwa biorą. – kontynuował Zapałka. – Wszyscyście jak z jednej fabryki. Założę się, że byłeś w ZHR, co? I w oazie. I potem przysysacie się jeden z drugim do cycka jakiegoś działacza z pierwszej partyjnej linii i on was ciągnie, jak rekin podnawki, a wam się kurwa wydaje, że będziecie co, robić wielką Polskę katolicką, a kończy się na radach nadzorczych w spółkach skarbu państwa, romansem z zamężną koleżanką, z którego potem spowiadacie się drżącymi głosikami u zaprzyjaźnionego spowiednika i potem chlańsko na ogniskach, gdzie po wódzie puszczają wam wodze i opowiadacie sobie kombatanckie historie, jakbyście dwadzieścia lat z hitlerowcami po lasach walczyli, a tymczasem chodziło tylko o manifestację pod domem Jaruzelskiego.

Asystentowi premiera znowu zaczęło zbierać się płacz, ale postanowił, że więcej nie okaże słabości. Wolał nawet nie zgadywać, skąd Zapałka to wszystko o nich wie. – Zatrzymali się nad jakimś jeziorem. – powiedział major. – Za dwa kilometry zjedziesz w prawo, w gruntową drogę.

– Szefie, ten punciak z oderwanym przodem ciągle siedzi nam na ogonie. – odparł kierowca, patrząc w lusterko.

To ciekawe, pomyślał Zapałka. Świat pełen jest dziwów. Dalej nie rozumiał, dlaczego zjechali na parking pod Kolorową, dlaczego teraz uczepił się ich ten grubas z kurwą w zdemolowanym przez strasznego doktora z TVNu fiacie, wszystko to z jednej strony bez sensu, a z drugiej układające się w jakiś wzór, jakby jego i ich czynami i decyzjami kierowała jakaś przedziwna, niedostępna mu, ale jednak wewnętrznie konsekwentna logika. Czy coś może łączyć grubasa i kurwę z mecenasem Lekiem? Dlaczego jadą za nimi? Dlaczego, gdy do mecenasa dzwoni premier, to jego telefon odebrała jakaś baba? Dlaczego zajechali na to zadupie? Gdyby Lek chciał uciec z Polski, zrobiłby to za pomocą prywatnego odrzutowca, dlaczego szlaja się po tych zadupiach?

Kierowca z SOP zjechał tam, gdzie major mu polecił, uderzając jednocześnie miską olejową o wyrastające zaraz przy zjeździe na gruntową drogę kamienie. Major Zapałka westchnął. Czyż wszystko w tym kraju nie wyglada tak jak wygląda dlatego właśnie, że wszędzie są niewłaściwi ludzie na niewłaściwych miejscach?

Wjechali w las. Telefon mecenasa Leka nagle zniknął z aplikacji śledzącej, wylogował się z sieci.

– Pewnie wrzucił go do jeziora. – powiedział Zapałka, wpatrując się w ekran. Kierowca zerknął mu przez ramię.

– No, nad samym jeziorem. Na pewno wrzucił do wody. – potwierdził inteligentnie.

– Uwaga! – wrzasnął asystent premiera.

Kierowca podniósł oczy na drogę zbyt późno i skręcił w ostatnim momencie. Z naprzeciwka pędziła biała furgonetka, droga była zbyt wąska żeby mogli się minąć, a jednak się minęli, furgonetka trzymając się drogi, zaś rządową skodę rządowy kierowca zręcznie i z trzaskiem osadził maską na pniu mocarnego, prasłowiańskiego bez wątpienia, dębu.

– Wspaniale. – stoicko orzekł Zapałka. – Idziemy piechotą. Musimy sprawdzić to miejsce, gdzie ten telefon się zalogował po raz ostatni.

Asystent premiera prawie nie mógł złapać tchu, ale wysiadł z rozbitego samochodu, za nim kierowca i major, który wyciągnął broń i latarkę, której jednak na razie nie zapalał, albowiem księżyc był w pełni, noc zaś pogodna.

Na niewielką polanę nad wodą dotarli po kilku minutach marszu, zachowując ciszę niczym komandosi na misji we wrogim terenie. Na polanie, na pniu zwalonego drzewa siedziała wysoka, szczupła dziewczyna i szlochała, zanosiła się wprost płaczem, raz za razem wybierając jakiś numer w telefonie, który najwyraźniej nie odpowiadał. W ręku trzymała pistolet.

Major Zapałka podniósł do góry zaciśniętą pięść gestem znanym z filmów wojennych. Cała trójka przyczaiła się na skraju lasu, poza zasięgiem wzroku dziewczyny. Wtedy w lesie dało się słyszeć warkot silnika nadjeżdżającego samochodu i na polanę, podskakując na wertepach wtoczyło się okaleczone punto. Dziewczyna zerwała się na równe nogi, ściskając pistolet i ocierając jednocześnie łzy, z punciaka wyskoczył zaś dziarsko detektyw Zdzisław Zarazek i zakrzyknął:

– Aha! I tu cię mam, ptaszyno zdradziecka!