Rozdział 4

Stosunek detektywa Zarazka do zawodu, który uprawiał był skomplikowany, a nawet mylący. Nie należał do ludzi specjalnie upartych i konsekwentnych, za to łatwo gubił się w gąszczu własnych, błędnych decyzji i nietrafionych wyborów. Owszem, nieźle opanował sztukę nierzucania się w oczy, w zamian jednak rzucał się w nos.

Zarazek został detektywem łaknąc oddania kobiet. Pamiętał dobrze filmy z Humphreyem Bogartem, Richardem Widmarkiem albo Robertem Mitchumem oglądane w dzieciństwie na ruskim Rubinie i zaskakującą łatwość, z jaką ci faceci zaciągali pierwszorzędne damy do łóżka. Zdobył licencję, założył biuro, zatrudnił Martę, która z niepojętych przyczyn jakoś nie chciała mu się oddać i natychmiast popędził do Pawilonów na tyłach Nowego Świata, gdzie jego zdaniem można było wyrwać najprzedniejszą młódkę. Kieszenie wypychały mu świeżo wydrukowane wizytówki. Pokazywał je dziewczynom, mówił, że prowadzi niesłychanie poważną sprawę, śledzi go CIA, Mossad i mafia jednocześnie, a następnie proponował udział w wielkiej kryminalnej przygodzie. Ta miała zacząć się od pocałunku, skończyła się jednak u dentysty, gdzie Zarazek musiał wstawić sobie dwa nowe zęby. Traf chciał, że jedna z dziewczyn trenowała krav-magę.

Niezrażony Zarazek utrzymywał, że brak powodzenia u kobiet stanowi wynik ślepoty tychże i piętrowej kumulacji pecha. Zawodowo grzązł w śledzeniu niewiernych małżonków, poszukiwał alimenciarzy i zaginionych psów, raz nawet wysłano go po papugę. Znalazł ją po trzech dniach morderczych poszukiwań. Wredne ptaszysko siedziało na parapecie i dziobało Zarazka po rękach, gdy gramolił się po piorunochronie. Spadał długo, albowiem piętro było trzecie.

Dlatego Zarazek trząsł się z podekscytowania na myśl o nowym zleceniu, o Annie Pancernej i jej zaginionym mężu. Nie było w tym przesady. Jego wielki brzuch falował w rytm nerwowego oddechu, drżały pękate łydki, a wszystkie cztery podgardla detektywa Zarazka kołysały się miarowo i nieco melancholijnie. Zarazek wciąż popijał whisky, gdyż wierzył święcie, że droga do wielkości zaczyna się od promila w organizmie i zerkał przez ramię Marty klikającej w komputer. Zarazek nie znał się na tych wszystkich wynalazkach, co mają te dziwne ekrany. Wierzył w bliskość, szczerą rozmowę i swój nieodparty urok.

– Ten Pancerny wygląda na poważną figurę. Rządowa posada – powiedziała Marta po czym wyjaśniła Zarazkowi czym mniej więcej zajmował się poszukiwany. Ciężko było nawet o zdjęcie. Jeśli był na portalach społecznościowych to nie pod swoim nazwiskiem. Zarazek przyswoił te informacje i pokiwał głową, jakby przytakiwał samemu sobie, siebie samego chwalił i zachęcał do czynu. Wiedział już dlaczego Anna przyszła do niego. Jej mąż był dzianym i ważnym facetem. Z takiego nikt nie zrezygnuje bez ważnego powodu.

Takim powodem, zdaniem detektywa Zarazka, był detektyw Zarazek.

Musiał się tylko sprawdzić. Pokazać, że potrafi.

Narzucił skórzaną kurtkę. Jego zdaniem doskonale pasowała do dresu.

– Zajdź mi do końca Internetu za tym ancymonem – poinstruował Martę . – Coś musi być. Czuję w kościach! Musi!

– Ej, a dokąd ty lecisz?

Zarazek zatrzymał się w progu swego biurka – oczy lśniły mu jak u chciwca wpatrującego się w złoto.

– Jak to gdzie. Prowadzę śledztwo!

– A gdzie ty biedaku chcesz to śledztwo prowadzić? Nie lataj po mieście, bo złapiesz tę koronę czy inną francę. Zresztą dokąd pójdziesz, pytam?

Gdyby Zarazek miał lakierki, to by z nich strzelił.

– A gdzie prawdziwy detektyw zaczyna śledztwo? Choroba mi nie straszna – wskazał na dopitą niemal flaszkę – ja się porządnie zdezynfekowałem!