Rozdział 40

Detektyw Zarazek był zły na Martę. Wściekłość w jego puchatej duszy walczyła z wielkodusznością. Owszem, Marta bardzo go zawiodła. Rozumiał jednak, że ta okropna zdrada podyktowana była niczym więcej jak słabością kobiecego serca. Prawdziwy mężczyzna akceptuje taki stan rzeczy i nigdy nie będzie się nań złościł. Zresztą, Marta musiała już dostrzec ogrom własnego błędu, powiedział sobie Zarazek. Co jej przyszło z tej całej ucieczki? Siedzi i ryczy w środku lasu jak łania z nogą we wnykach.

Wybaczę jej, obiecał sobie Zarazek. Oczywiście, ta żmija, wydra, ten Judasz z cyckami musi ponieść konsekwencje swojej zdrady. Niech będą długie i bolesne. Marta przepłynie przez ocean cierpienia, przeprosi ślicznie, a Zarazek wybaczy jej i być może nawet przywróci do pracy, tym razem na bezpłatny staż, nie na żadną śmieciówkę.

Tylko jeden drobiazg mącił spokój Zdzisława Zarazka. Był nim pistolet w dłoniach Marty.

– Odłóż to, ptaszyno. Nie pogarszaj swojej sytuacji.

Marta zrobiła dziwną minę, jakby sama oberwała w głowę kopniakiem z półobrotu.

– Nie prowokuj mnie, Zdzisiek. – odpowiedziała przez łzy. – Zabieraj się stąd, bo nie ręczę za siebie.

Zarazek popatrzył prosto w lufę pistoletu. Strach nie miał dostępu do jego walecznego serca. Zresztą, nie wierzył, że Marta mogłaby strzelić. Była z nim za bardzo związana. Ponadto kobiety, zdaniem Zarazka, nadawały się do strzelania mniej więcej tak jak kutas do wyburzania pustostanów. Na pewno zapomniała odbezpieczyć czy coś, powiedział sobie i zrobił krok w kierunku Marty.

Tuż obok, w krzakach, inny wielki umysł pracował na najwyższych obrotach. Asystent premiera, skryty na skraju lasu, doskonale widział Zarazka, Martę i pistolet, srebrzysty w blasku księżyca. Asystent premiera nigdy wcześniej nie znalazł się w podobnej sytuacji, ale znał je z filmów i opowieści siwiejących funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa. Pamiętał, jak im zazdrościł. Przez całe życie chciał udowodnić swoją wartość i łaknął okazji do bohaterskiego czynu. Kucał pomiędzy kierowcą i majorem Zapałką, a spomiędzy drzew spoglądały na niego mądre, prawe oczy żołnierzy wyklętych. Niemal czuł ich krzepiącą obecność. Asystent premiera zacisnął pięści i przyzwał swojego wewnętrznego wilka. Wilk odpowiedział wyciem. W końcu pełnia była.

Tymczasem niestrudzony Zarazek wciąż zmierzał w kierunku Marty. Uniósł ręce na wysokość twarzy i kłapał palcami.

– Masz jeszcze szansę. – mówił. – Odłóż pistolet i wszystko ci wybaczę. Pójdziemy razem na policję. Użyję swoich wpływów więc może skończy się na wyroku w zawieszeniu albo pracach publicznych. O wiem! Poślemy cię na terapię, żebyś jakoś uporała się z konsekwencjami swojej zdrady!

– Wiesz co? Całe życie chciałam ci coś powiedzieć. – odparła Marta przez łzy. – Spotkałam w życiu wielu idiotów, lecz ty w kraju bałwanów byłbyś wicekrólem. Cegła przy tobie zasługuje na Nobla. Nie sposób pojąć jakim cudem ciągle żyjesz. Pamiętasz, jak blender omal nie urwał ci ręki? Gdybyś po prostu był ofermą, mogłabym to jeszcze jakoś znieść, gdyż ludzi głupich, niezdarnych i pogubionych mamy na świecie więcej niż gwiazd na niebie. Najgorsze, że ty tego nie wiesz i jesteś zachwycony sobą. Gardzisz ludźmi i nawet tego nie wiesz. A teraz stój, bo przysięgam, odpierdolę ci ten durny łeb.

– Nie ćwierkaj tak nieładnie. – rzekł Zarazek i zrobił kolejny krok do przodu.

Marta strzeliła. Zarazek posłyszał świst kuli koło ucha. Strach dosłownie wbił go w ziemię. Gdzieś za nim, o ściółkę rąbnęło coś ciężkiego.

– Następnym razem będziesz miał dziurę w głowie. – ostrzegła Marta.

Póki co, dziurę w głowie miał kierowca samochodu, który przyjechał tutaj z majorem Zapałką. Leżał z rozkrzyżowanymi ramionami i nieruchomym wzrokiem utkwionym w niebie, równie martwym co on. Asystent premiera nawet nie spojrzał na trupa. Dostrzegł swoją szansę, wybrał właściwy moment. Będzie jak major Łupaszka. Jak Faramir i Aragon razem wzięci. Kto wie, może nawet premier wreszcie zapamięta jego imię?

Popędził prosto na Martę.