Rozdział 41

Marta zawsze miała w życiu cel. Tak natura, geny i wychowanie nastroiły cały jej charakter, żelazny skądinąd, którego konsekwencją było silne i sprawne ciało, spokój ducha i sukcesy, które na drodze do każdego kolejnego celu odnosiła.

W liceum celem Marty było zwyciężanie w ringu. Wybrała muay thai, bo trening tajskiego boksu wydał jej się najcięższy ze wszystkich dyscyplin jakich próbowała, może po prostu trafiła na dobrego trenera, który nie próbował jej przelecieć, a jej sukcesy traktował jak własne. Nie znała wtedy rozkoszy większej niż głuchy odgłos nieprzytomnego ciała rywalki, walącej się na matę po efektownym nokaucie.

Wtedy jeszcze wydawało jej się, że różni się tym od swoich koleżanek, że nie interesują jej romanse i flirty, szybko jednak, na którymś ze zgrupowań, zrozumiała, że po prostu nie interesują jej romanse i flirty z mężczyznami.

Później, na studiach, Marta zdecydowała, że celem jej życia są przygody.

Nie chciała spokojnej, szerokiej ścieżki, studia, staż, praca, kredyt, mieszkanie, praca, dom, praca, dom, wakacje, praca, dom, praca, emerytura i zimny dół. Miała więc przygody. Podróżowała po Europie, Azji i Ameryce, pracowała w recepcji hotelu w Lizbonie i na farmie w Teksasie, zakochiwała się przelotnie i łamała serca, zwykle kobietom w średnim wieku, które przez całe życie marzyły o takiej przygodzie, jednak gdy poznawały Martę zaczynały dokładnie rozumieć starą przestrogę: be careful what you wish for.

Zostawały więc ze złamanymi sercami, Marta zaś z małym plecakiem wsiadała na Dworcu Kazańskim w Moskwie do plackarty, taniego wagonu pociągu kolei transsyberyjskiej i po trzech dniach wysiadała w Irkucku, w Listwiance jadła wędzone omule, kąpała się nago w lodowatym Bajkale, jechała konno i uazem przez mongolskie góry i marzła w cienkim śpiworze mroźną, górską nocą, by dwa tygodnie później wygrzewać się na plaży na Koh Tao, przeplatając to z rekreacyjnymi treningami w autentycznym tajskim gymie, w którym, bywało, była jedyną kobietą, którą za twardość pięści, łokci i piszczeli szanowali starzy trenerzy.

Czasem wracała do Polski, na parę tygodni, mieszkała kątem u znajomych jak pielgrzym, czasem u rodziców, z którymi jednak nie była w stanie wytrzymać dłużej niż parę dni. Kiedyś, dawno niewidziana koleżanka zabrała ją na strzelnicę, pokazała Marcie na czym polega sportowe strzelectwo dynamiczne i od tego dnia celem Marty stało się dynamiczne strzelectwo sportowe. Temu podporządkowała wszystko: znalazła pracę, która mogła tę kosztowną pasję finansować, wynajęła mieszkanie, uzyskała sportowe pozwolenie na broń, trenowała, rozstrzeliwała kartonowe tarcze i obalała stalowe popery, jeździła na zawody i zwyciężała. Pracowała przy tym jednocześnie jako recepcjonistka w kancelarii adwokackiej i któregoś dnia o kontuar, za którym siedziała, oparła się piękna, chociaż zimna kobieta w średnim wieku.

Marta podniosła na nią oczy i gdy wymawiała służbowe „w czym mogę służyć” poczuła, że coś w jej środku mięknie, roztapia się, jakby twardość, zdecydowanie, koncentracja i zawziętość, które odkładały się w Marcie przez te wszystkie lata, nagle zniknęły.

Anna Pancerny nie wiedziała jeszcze wtedy tego, że w dwie sekundy to ona, jej ciało, serce, głowa, stało się celem Marty.

Marta zamknęła pistolety, karabiny i strzelby w pancernej szafie. Odwołała starty w zawodach, zamiast tego poszła do fryzjera, kosmetyczki i na zakupy. Tydzień później umówiła się z Anną na pierwszą randkę i potem wydarzyło się wszystko.

Celem Marty stało się szczęście Anny i ich wspólne. Anna była miłością jej życia i Marta czuła, że nie potrzebuje już niczego więcej. Nie potrzebuje medali za zwycięstwa w zawodach muay thai ani pucharów za pierwsze miejsce w zawodach Cracow Open w konkurencji Pistolet IPSC, nie potrzebuje podróży, przygód ani adrenaliny. Wszystkim czego potrzebuje jest Anna.

Kiedy Anna zasugerowała jej, by zatrudniła się u najgłupszego detektywa Warszawy, a być może nawet najgłupszego od Gibraltaru po Ural, Marta przyjęła tę propozycję. Anna odkrywała przed Martą kolejne punkty planu i Marcie bardzo się ten plan podobał, konieczność znoszenia towarzystwa detektywa Zdzisława Zarazka była dotkliwa, ale dla Marty żadna niedogodność nigdy nie stanowiła przeszkody na drodze do celu. Kiedyś były to posiniaczone piszczele, potem ręce omdlałe od strzeleckiego treningu, teraz dokuczliwy idiota. To nieważne. Celem było jej szczęście z Anną.

Z Anną, z tchórzliwą Anną, która Martę zdradziła, zdradziła bardziej, niż Marta kiedykolwiek wyobrażała sobie, że zdradzona zostać może. Nic nie zabolało ją bardziej nigdy, a przecież znała ból.

Dlatego teraz co innego stało się jej celem.

Z lasu wyskoczył z wrzaskiem jakiś chłoptaś i biegł w jej stronę, wrzeszcząc „Chwała wielkiej Polsce!”.

Tego już za wiele, pomyślała Marta.

Chłoptaś stał się celem Marty, ale tylko na krotką chwilę. Podniosła pistolet do oczu jak na zawodach, strzeliła błyskawiczny dublet i chłopak padł twarzą w mokrą trawę.

Zdzisław Zarazek patrzył na to jak oniemiały, jak wrośnięty w ziemię, nie wydając z siebie ani pisku, więc nie zatrzymały się na nim przyrządy celownicze walthera, którego ściskała Marta, ale gdy krzyczeć zaczęła Ruda, Marta nie wahała się ani chwili, dwa strzały przez przednią szybę punto i Ruda już nie krzyczała.

Zarazek przestał patrzeć jak oniemiały, rzucił się na ziemię, przykrył głowę dłońmi i mamrotał coś pod nosem.

Wypełniał Martę święty gniew, więc kiedy z lasu na jej strzały ktoś odpowiedział ogniem, nie bała się. Jej ciało przypomniało sobie kurs strzelectwa taktycznego, na który nie było ją stać, więc trochę wbrew sobie, nieokreślonymi obietnicami przyszłej być może randki, omotała prowadzącego te kursy byłego gromowca, który stracił dla niej głowę, ale nauczył ją bardzo wiele. Zareagowała odruchowo. Zmieniła pozycję, znalazła osłonę, przeładowała walthera, by mieć w rękojeści pełny magazynek. Ruszyła w las.

Major Zapałka, przerażony, ostrzeliwał się na oślep, jednocześnie wybierając numer do firmy. W końcu się połączył i krzyczał, że potrzebuje wsparcia antyrerrorystów z piątki, uzbrojona i niebezpieczna, natychmiast przyślijcie wydział piąty, Marta jednak słyszała jego krzyki.

Była Erynią, była wojną. Latarkę zamocowaną pod lufą pistoletu włączyła w ostatnim momencie, strzeliła dwa razy, dwa razy trafiła w plecy majora Zapałki, trzeci raz w głowę, podeszła trzy kroki, czwartym strzałem rozbiła telefon, który wysunął się z jego martwej ręki.

Przekroczyła martwe ciało, nie poświęcając mu więcej uwagi. Wróciła na polanę. Jej celem była zemsta. Potem niech świat spłonie.

Detektyw Zarazek ciągle leżał na ziemi, z twarzą w trawie, chronił głowę dłońmi i mamrotał jak mantrę jedyną modlitwę, jaką był sobie w stanie przypomnieć:

–  Za kibicowski trud, za święte barwy twe, za ten syreni gród, Legio wygraj dzisiaj ten mecz.