Rozdział 42

Zdzisław Zarazek leżał z rękami na głowie, w zapłakane oczy wchodziła ziemia, zaś przed nimi przewijało się może nie całe życie, lecz jego najszczęśliwsze chwile. Ten piękny, słoneczny dzień kiedy w ubikacji podejrzał Bombową Malwinę z szóstej B. Drugie miejsce w konkursie jedzenia karkówki na czas, bez popijania. Pierwsza udana ucieczka samochodowa przed policją po pijaku. Tyle wspaniałych chwil i nie doświadczę żadnej następnej? Czy moje młode życie musi już się kończyć? Pytał siebie, zaś na głos powtarzał wciąż, jak modlitwę:

– …Legio wygraj dziś ten mecz…

Na karku poczuł chłód lufy. Głos, który zabrzmiał był jeszcze zimniejszy.

– Zawsze byłam za Polonią.

A więc tak to się skończy… Detektyw Zarazek może i bał się śmierci, ale uważał się za prawdziwego mężczyznę i wiedział, że potrafi ją znieść. Śmierć jakoś da się przeżyć. Przypomniał sobie jak konali wielcy starożytni. Pluli w piach na widok zabójców. Truciznę gryźli, jakby to była viagra. Oto wzór, za którym powinien podążać. Tak pomyślał, po czym załkał, krztusząc się ściółką.

– Nie zabijaj mnie błagam, tak bardzo przepraszam, zrobię wszystko co chcesz.

Marta nie odpowiedziała. Nie strzeliła również. Uznał to za dobry znak.

– Pomyśl o naszych wspólnych chwilach – chlipał dalej Zarazek. – pamiętasz jak wywróciłem się na flaszce i prasnąłem głową o laptop? Tak okropnie się śmiałaś, bo on był w leasingu. Nie wiem nawet co cię bawiło, ten upadek czy sprośne slowo „leasing”. Ile spraw rozwiązaliśmy razem? Byłem ci przewodnikiem i nauczycielem. Zapomniałaś o tym? Gdzie jest moja wierna, dobra Marta?

– W dupie przy pagórku skacze na ogórku – usłyszał. Ale chłodna lufa odsunęła się od jego głowy.

– Posprzątaj to. – wskazała na martwego majora Zapałkę. Asystent premiera i kierowca znajdowali się w nie lepszej kondycji. – Wrzuć trupy do jeziora. Masz pięć minut!

Zarazek nie posiadał się z radości. Żył i miał żyć. Jego pogodny stan ducha psuły tylko te trzy ciała, dość ciężkie, nieporęczne, w każdym razie niezbyt nadające się do noszenia. Odległość pomiędzy nimi a jeziorem również nie nastrajała optymizmem. Podrapał się w brudny łeb i szczerze ocenił sytuację:

– No wiesz, tych dwóch to pewno przez trzy kwadranse jakoś przetargam, ale tego tutaj grubasa w życiu. Godzina jak nic.  – miał na myśli kierowcę – Ludzie tyją tak nieodpowiedzialnie. Nie myślą o tym, ile po śmierci sprawią kłopotu.

– Pięć minut – powtórzyła Marta. – potem zabiję cię tak czy siak. Chyba, że mam to zrobić jeszcze szybciej.

Nagle okazało się, że ciała wcale nie są takie ciężkie. Toczyły się po ziemistej drodze jakby zostało w nich jeszcze trochę życia. Po kolei, major Zapałka i jego dwaj towarzysze zniknęli pod wodą. Zarazek wystarał się o drąga i nim odepchnął całą trójkę daleko od brzegu. Kijek ten zabrał ze sobą, przerzucony przez ramię jak karabin. Tak zameldował się przed Martą.

– Wyrobiłem się w trzydzieści sekund jak nic!

Czy w oczach Marny błysnęła łza? A może tylko mu się zdawało? Jeśli tak, z pewnością żałowała swoich złych uczynków.

– Robota nie skończona – warknęła Marta.

– Tamci już pływają jak karasie.

Marta uniosła pistolet. Jej oczy jakby nagle wyschły.

– Weź jeszcze truchło tej rudej kurwy. Byłeś tak durny, że ją tu przywiozłeś, czyż nie?

Zarazek skwapliwie pokiwał głową i sunąc nogami skierował się do zdezelowanego punto. Rzeczywiście, Ruda zginęła, a on o tym zapomniał. Żal ścisnął jego otłuszczone serce. Życie opuściło to młode ciało a krew przestała krążyć w tych fantastycznych piersiach. Księżniczka powędrowała do pałacu snów. Nagle, perspektywa własnej śmierci wydała się Zarazkowi całkiem atrakcyjna. Przecież Ruda czekała na niego z mokrym łonem na łonie Abrahama.  Łono na łonie, pomyślał wesoło Zarazek. Otworzył punciaka. Ruda leżała ciśnięta na fotel, przedziurawiony kulami. Zarazek chwycił ją za łydki. Ostre paznokcie raptem wbiły mu się głęboko w kark.

– Ja żyję – wyszeptała Ruda.