Rozdział 43

Premier spojrzał na zegarek. Miał wolne dwie godziny do rozpoczęcia negocjacji na Nowogrodzkiej. Powinno wystarczyć żeby wpaść do domu, ucałować małżonkę i chwilę porozmawiać z licznym potomstwem. Wezwał więc samochód, poluzował krawat i już miał wychodzić, kiedy do gabinetu, bez pukania, wpadł asystent, przez premiera zwany Drugim.

Od pierwszego, którego premier wysłał na poszukiwanie mecensa Leka, różnił się wszystkim. Drugi nie miał pryszczy ani skłonności do płaczu, był smagły, wysoki i przystojny. Nigdy nie należal do kółka monarchistycznego, nie był nawet nigdy harcerzem, co w otoczeniu premiera było rzadkością, nie marzył o wielkiej Polsce, ani nawet o średniej, czy zupełnie malutkiej, bo jego jedynym marzeniem była własna kariera. Z tego marzenia wynikał absolutnie elastyczny światopogląd: gdyby do władzy doszła radykalna lewica, byłby maoistą, gdyby na kolejnych stopniach drabiny, po której piął się w górę, ujrzał w komitecie wyborczym pani hrabianki, to natychmiast poczułby, że w żyłach płynie mu krew senatorów i wojewodów. W towarzystwie premiera był więc umiarkowanie konserwatywnym technokratą, skutecznym, opanowanym i skoncentrowanym na wyniku, chętnie nawiązującym jednocześnie do wielkiego dziedzictwa Solidarności Walczącej.

Premier dobrze wiedział, jaki jest Drugi. Pierwszego zatrudnił, bo był człowiekiem idei, Drugiego dlatego, że potrzebował asystenta, który potrafi załatwić coś trudniejszego niż zorganizowanie spotkania z kółkiem młodych monarchistów.

– Jest problem, szefie – powiedział Drugi i premier od razu wiedział, że problem jest poważny, bo gdyby nie był, Drugi rozwiązałby go sam.

– Mów.

– Pierwszy nie odbiera telefonu. Major Zapałka z ABW, który pojechał z nim znaleźć Leka, zadzwonił do siebie i krzyczał o wsparcie, było słychać strzały. Wysłali tam już antyterrorystów helikopterem. Telefonu Leka nie da się już namierzyć. Ja to przeanalizowałem, szefie i jest podejrzenie, że może nie żyć.

Premier poczuł, jak strach ściska mu żołądek. Jak negocjować z tymi zdrajcami z Porozumienia bez haków mecenasa Leka?

– Jest coś więcej, szefie. Ja się tym już zająłem.

– Gadaj.

– Jest więcej trupów. W takim podłym hoteliku na Woli znaleźli chłopaka zastrzelonego i wyszło, że to jest syn Leka. Zastrzelony zaś z broni służbowej funkcjonariusza CBA, niejakiego Ronalda Pancernego, który zdefraudował pięć milionów złotych z funduszu operacyjnego.

– No, słyszałem o tym… – zafrasował się premier.

– Pancernego tam nie ma, ale jest dużo krwi, która nie należy do chłopaka.

Premier już wiedział, że nie pojedzie do domu. Prezes będzie wściekły, kiedy się okaże, że nie ma czym przycisnąć zdrajców. A jeśli nie ma, to wyborów dziesiątego maja też nie będzie. A to znaczy, że ten pajac może nie dostać się na drugą kadencję… A to znaczy, że trzeba będzie każdą ustawę przepychać kolanem z jakimś, jeszcze gorszym, pajacem, który na złość niczego nie będzie chciał podpisać. Prezes będzie naprawdę zły.

– Szefie… – szepnął Drugi.

– No…?

– Ja to przeanalizowałem, nie? Dokładnie.

– Gadaj! – zniecierpliwił się premier.

– Ja myślę, że to Rosjanie – powiedział Drugi cicho, lecz z pełnym przekonaniem.

Premier zastanowił się chwilę, poprawił okulary, przeciągnął się na krześle.

Drugi ma rację – pomyślał. To muszą być Ruscy.