Rozdział 44

Bywa i tak, że najpotężniejsza broń wpada w ręce głupców. Małpiszon igra z bombą atomową.

– Przerżnę cię tak, że odpadną ci nogi – powiedział Ronald Pancerny do żony. – wygrzmocę mym młotem miłości.

– Zamknij mordę, durniu jeden, bo zawrócę i zostawię cię w tym pieprzonym jeziorze – odparła Anna. Pędzili furgonetką przez opustoszałą drogę. Światła reflektorów roztapiały się w ciemności. Ciemność spowijała też głowę Anny. Inaczej mówiąc, nie potrafiła jasno myśleć. Czy postąpiła dobrze? Przecież naprawdę kochała Martę i dzięki niej odkryła głębsze, prawdziwsze oblicze miłości. Nie było to takie trudne ze względu na słabość konkurencji. Miłość oferowana przez Ronalda Pancernego miała głębokość kałuży.

No ale Anna przestraszyła się ucieczki i tego, że Marta może zrobić jej krzywdę. Teraz bała się wszystkiego – konsekwencji kradzieży i morderstw, zemsty Marty również. No ale najgorsze były te trupy. Na pace wciąż leżał mecenas Lek wraz z panem Pucybutem.

– Musimy gdzieś wyrzucić ciała – szepnęła Anna. Ronald ledwo ją usłyszał.

– Ciała? – powtórzył strwożony.

– Naprawdę chcesz z nimi się wozić? Co jeśli zatrzyma nas policja? Naprawdę muszę ci tłumaczyć tak oczywiste rzeczy – klarowała, zaś Ronald truchlał z każdym słowem. Ledwo uniknął śmierci, a miałby teraz iść do więzienia? Nigdy w życiu. Ronald naprawdę wierzył, że wszystko skończy się dobrze. Zatrzymają pieniądze. Annie odpadną nogi podczas rżnięcia. Jemu odrosną palce.

Anna zwolniła, samochód wszedł w zakręt. Zatrzymali się na szerokim parkingu po środku którego stał wstrętny budynek parterowy. Okna były ciemne. Zdezelowane litery nad drzwiami układały się w napis KOLOROWA.

– Czemu tutaj?

– A czemu nie? – Anna najwyraźniej nie miała zbyt wielkiej wiedzy na temat pozbywania się trupów. – pozbądźmy się ich wreszcie z samochodu. Na co czekasz? Do roboty!

Ronald Pancerny zakwilił i pokazał żonie własną okaleczoną dłoń. Anna warknęła.

– Jeszcze raz jęknij, a wracam nad jezioro a ty zastajesz tutaj z tymi dwoma!

Wolność jest zrozumieniem konieczności więc Ronald zabrał się do pracy. Zaczął od pana Pucybuta. Stoczył go z paki i pociągnął przez parking, do zarośli za Kolorową. Tam sturlał trupa do rowu. Pan Pucybut wyglądał jak Mormon który zasnął zapatrzony w oblicze Stwórcy. Za to Ronald Pancerny nie przypuszczał, że zmarli sprawiają więcej kłopotu niż żywi. Westchnął ciężko i wrócił po mecenasa Leka.

Mecenas był lżejszy, ale Ronaldowi pracowało się ciężej. Używał tylko jednej ręki i umordował się ponad siły przy panu Pucybucie. Anna przyglądała się jego mękom bez słowa i chęci pomocy. Nadludzkim wysiłkiem Ronald dociągał Leka do rowu na skraju lasu, tam obrócił i już chciał sturlać, gdy natrafił na twardy przedmiot w kieszeni marynarki. Zawołał Annę i Anna podbiegła.

Ronald trzymał zeszyt zapełniony eleganckim, lekko staromodnym pismem. Okrągłe literki zdawały się tańczyć ze sobą. Dało się odczuć, że ktokolwiek spisywał te słowa, czynił to z radością.

Zeszyt wypełniały imiona i nazwiska znane z telewizji i pierwszych stron gazet. Byli też celebryci, paru znanych prawników i przynajmniej pierwsza dwudziestka bogaczy z listy Wprost. Przy każdym nazwisku znajdowało się jedno, wiele mówiące słowo. Hazard. Narkotyki. Zdrada. Dzieci. Alkoholizm. Korupcja.

Do wewnętrznej strony okładki przyklejono kartę pamięci o pojemności 128 gigabajtów.

Na karcie narysowany był uśmiech.

Anna i Ronald popatrzyli na siebie i też się uśmiechnęli.

Mieli w dłoniach haki na wszystkich ważnych ludzi w Polsce.