Rozdział 5

– Właśnie, gdzie prawdziwy detektyw rozpoczyna śledztwo? – Zdzisio Zarazek zapytał samego siebie, stanąwszy na chodniku przed mało reprezentacyjnym peerelowskim biurowcem, w którym wynajmował lokal na swą działalność, czynsz płacąc niezbyt regularnie. – Gdzie prawdziwy detektyw rozpoczyna śledztwo… – powtórzył, zdając sobie sprawę, że podważa tym samym własną prawdziwość. – Prawdziwy detektyw śledztwo rozpoczyna w knajpie! – rozpromienił się, ciągle mówiąc do siebie na głos, jakby zapomniał, że podstawowym zadaniem prawdziwego detektywa jest prowadzić monolog wewnętrzny. 

Przebiegł w myślach listę knajp, w których zwykł bywać. 

Bar osiedlowy na Bemowie, zaraz pod blokiem, w którym mieszkał, odpadał, albowiem Zarazek był tam winien prawie tysiąc złotych, ponadto znieważył ostatnio właścicielkę i barmankę w jednym, gdy domagała się spłaty długu. Kiedy wezwała syna, rosłego kibica Legii, aby pomścił tę zniewagę, Zarazek sprytnie uniknął fizycznej konfrontacji, rzucając weń stołem, a następnie, unosząc swe sto trzydzieści kilogramów we wdzięcznym kłusie, umknął do zaparkowanego niedaleko bmw 3 z 1998 roku. 

Zachodził też kiedyś do Pikanterii na Saskiej Kępie, ale od kiedy zwymiotował kelnerce na buty, nie czuł się tam już komfortowo. Kelnerka zaczęła wtedy strasznie nań krzyczeć, nieco zaś wstawiony Zarazek z godnością oświadczył, że z obrzyganymi kobietami nie zwykł rozmawiać, i rzuciwszy stówkę na stolik, opuścił lokal. 

Tak naprawdę, pomyślał, powracając do właściwego detektywom sposobu ekspresji, ja wcale nie chadzam do knajp, bo siedzę głównie w domu. 

Dlaczego zaś Zdzisio Zarazek mało gdzie wychodzi? A dlatego, gdyż albowiem ponieważ żona detektywa Zarazka, Kornelia Zarazek, wychodzenia Zdzisiowego nie bardzo lubi, a Zdzisio żony swej Kornelii boi się bardziej niż globalnego ocieplenia, a globalnego ocieplenia boi się tak bardzo, że zanim wybuchła pandemia, aż nie spał ze strachu. 

Komórka w kieszeni dresowych spodni zagrała „T.N.T.” AC/DC. 

No i ściągnąłem zarazę na siebie, pomyślał ponuro Zarazek, czując, jak strach ściska mu wnętrzności. 

Odebrał. 

– Tak, kochanie? – rzekł słodkim głosem do słuchawki. – No na robocie jestem. Tak, kochanie, ja wiem, że Helcia się nudzi. Tak, kochanie, będę niedługo. No wiesz, pieniążki trzeba zarabiać, co począć. Że dziecka trzeba było nie poczynać, kotku słodki, nie mów tak, przecież to ty mi wtedy te gumy poprzebijałaś. Tak, zostawmy to. Tak, kochanie, pamiętam o papierze toaletowym, oczywiście. Tak, słodziutka, przed dziewiętnastą. Nie, ptaszyno, nic nie piłem! Jak to, ban na pleja? Ja mam przecież misję w „Wiedźminie” do skończenia, tę ze strasznym dzieckiem, przecież ci wczoraj… No i rozłączyła się kurwa kostropata, żeby ją… 

Schował komórkę do kieszeni. Raz jeszcze pomyślał, do której knajpy mógłby zajść, w której spotkałby tę właściwą jedynie wielkim miastom ludzką szumowinę, kobiety fatalne, zmęczone prostytutki po robocie, alfonsów, drobnych złodziejaszków, szlachetnego dziennikarza, gangstera o gołębim sercu i słabości do blondynek, może nawet jakiegoś podejrzanego pisarza…

I nagle już wiedział. Corso. Corso na Placu Zbawiciela. 

Zdzisio nie lubił tych okolic, wypełniali je ludzie, których wybory modowe jawiły mu się wątpliwymi, a wątłość tamtejszej młodzieży męskiej w wielkich okularach, włóczkowych czapkach, z wąsikami i dżinsami jak od Turka zawsze wypełniała serce Zdzisława smutkiem.

Ale Corso to co innego, w Corso w końcu siadywali porządni, uczciwi, normalni ludzie oraz nawet pan Marek Nowakowski, do którego ojciec Zdzisia, również Zdzisław, żywił wielki szacunek. Przekazał go synowi, nie zaraziwszy go jednak miłością do lektury. 

Zdzisio wskoczył do bety, odpalił silnik i zaklął, gdy ujrzał, że już mu się ta pomarańczowa kurwa żebraczka paliwowa na tablicy świeci – na szczęście żeby do śródmieścia dojechać, wystarczy. Popędził pustymi ulicami, pociągając po drodze z flaszki, którą zawsze trzymał w schowku obok plastikowej atrapy pistoletu, i zaparkował z wdziękiem na opustoszałym placu, pod miejscem, w którym stężenie wstrętnej Zdzisiowi młodzieży zwykle było szczególnie wysokie – zwykle, lecz nie dziś. Wyskoczył z auta, trzasnął drzwiami i popędził pod Corso, mijając smutnego żula, który raczył się na ławce wiśniówką, założywszy najwyraźniej, że w tak strasznych czasach nawet psy nie zechcą przeszkadzać uczciwemu człowiekowi pod chmurką. 

Corso było zamknięte. 

– Przecież pandemia! – Zarazek walnął się ręką w czoło. 

– Panie, jaka pandemia, przecież to już dwa lata będą, jak to zamknęli – powiedział żul. 

– To gdzie pan Nowakowski teraz chodzi? – zmartwił się Zarazek. 

Żul popatrzył na Zarazka z pogardą. 

– Pan pisarz Marek Nowakowski, wielki piewca warszawskiej ulicy, zmarł sześć lat temu, a jak pan tego nie wiesz, to nie jesteś pan godzien nazywać się warszawiakiem i stąpać dłużej po tej ziemi nasiąkłej krwią bohaterów licznych powstań oraz insurekcji! A zatem idź pan stąd!

Zdzisław jednak nie odszedł, tylko smutno zwiesił głowę i poczuł, jak całe ciało przeszywają mu dojmujący smutek i zmęczenie. Być może wypił jednak nieco zbyt wiele. Świat zadrżał w posadach i masywne, znużone ciało detektywa Zdzisława Zarazka powoli niczym dąb podcięty przez drwali runęło na warszawski bruk.