Rozdział 6

Ronald Pancerny poznał w swoim życiu wielu najróżniejszych specjalistów. Pił na przykład kiedyś z weteranem, który odsłużył piętnaście lat w Legii Cudzoziemskiej i potrafił uśmiercić człowieka jednym uderzeniem otwartej dłoni. Przekonał o tym Ronalda, pokazując mu niektóre chwyty. Ronald przeżył, choć jego zdaniem niewiele brakowało. Dla odmiany szwagier, brat Anny, brał życie na pełnej kurwie, jak sam zwykł twierdzić. Latał na paralotni, wspinał się na wieżowce bez zabezpieczenia i utrzymywał, że stoczył przynajmniej sześć walk w klatce, w tym jednym zwycięską.

Ronald poznał ekspertów od wahań akcji i walut, zdolnych pomnożyć majątek w ciągu jednej nocy, ściskał dłonie zawodowych dyrektorów którzy jak małpy przeskakiwali z płonących stołków na nowe, lepsze. Sam jednak specjalizował się w wąskiej profesji, czyli w nudzie. O tak, Ronald Pancerny do niedawna sądził, że o nudzie wie wszystko.

Znał nudę monotonnej pracy, napędzaną przekonaniem, że kolegom zza ściany wydarzają się rzeczy niecodzienne i ekscytujące. Nuda miała postać bezmyślnych programów telewizyjnych oglądanych w próżnym oczekiwaniu, że Anna zwróci na niego uwagę. Nuda wódki z nudnymi kolegami. Monotonia sobotnich zakupów. Anna zawsze bardzo powoli wybierała każdy produkt. Sprawdzała skład i datę ważności, a Ronald Pancerny przygryzał wargi, zaciskał pięści i gromił wzrokiem dzieci, budząc ich śmiech. Nudę znał jak własne palce. Tak sądził aż do dzisiaj.

Bo w czasie pandemii poznał nowy rodzaj nudy: nudę pokoju hotelowego. Nudę porno na telefonie. Nudę wina, jacka danielsa i żywca wlewanych w skurczony od lęku żołądek. Nawet ten lęk był nudny. Przecież Ronald miał mieć nowe, ekscytujące życie, tymczasem wylądował w piekle czterech ścian i skapujących godzin. Tak było. Ronald Pancerny wyjął walizkę z forsą, wytarzał się w banknotach, popłakał się i schował je z powrotem. W końcu z tej nudy zadzwonił po panienkę.

Nigdy wcześniej tego nie robił. Czasem kręcił się w okolicach Marriotta gdzie stały prostytutki. Wchodził na Roksę, wybierał ogłoszenia kobiet, które mu się podobały, zapisywał numery pod męskim imieniem i nazwiskiem, po czym nigdy nie dzwonił. Teraz postąpił inaczej. Musiał się trochę nadzwonić – pandemia zdusiła seksbiznes lepiej niż policja obyczajowa. W końcu jedna z dziewczyn odebrała. Miała ksywkę Ruda i czyniła cuda, przynajmniej wedle opisu na stronie.

Ruda przyjechała po godzinie i dokonała cudów na miarę pokoju hotelowego i zdolności seksualnych Ronalda Pancernego. Nawet mu się podobała, choć włosy miała rdzawe, a nie rude. Nosiła szpile, pończochy i prześwitującą bieliznę. Po wszystkim leżała jeszcze chwilę z ramieniem pod głową Ronalda, jakby wyczuła, że właśnie tego, niczego innego, oczekiwał. Bańka sztucznej bliskości pękła. Pancerny poczuł potężne uderzenie nudy. Wstał, wyjął trzy stówki z walizki, dał Rudej i poczłapał się umyć.

Gdy wyszedł spod prysznica, Ruda była już ubrana. Nie wiedział, jak się z nią pożegnać, więc nie pożegnał się wcale.

Nim Pancerny zamknął drzwi, Ruda zerknęła jeszcze na walizkę pod łóżkiem. Walizkę pełną pieniędzy.

Zbiegła po schodach. Nigdy nie lubiła windy. W windach są lustra.

Stanęła przed hotelem i wyjęła telefon.