Rozdział 7

– Czego, kurwa? – szczeknął do iPhone’a na głośnomówiącym Józio Pudel, wycierając nos po wciągnięciu kreski dłuższej niż lista jego grzechów. Nagrzeszył zaś Józio Pudel w życiu za trzech. 

– Na robocie byłam. 

– Jak dzwonisz, to znaczy, że cię nie zamordował, to po chuj dzwonisz? – zaskowyczał Józio. Chociaż w głębi duszy był miłym chłopcem, żywił przekonanie, że w jego profesji pewna szorstkość jest konieczna. Miał się bowiem Józio za alfonsa Rudej, co prawdą było w pewnym stopniu, ale nie do końca. 

– Czekaj, Józio, koteczku. Słuchaj. Na robocie byłam. I jest ten farfocel, nie. W tym hotelu, co ci pisałam w esemesie, że będę, jakby co. Pokój czterdzieści dwa. I ten farfocel ma walizkę pełną hajsu. Ale rozumiesz, pełniutką. Ja nie wiem, ile to jest, ale dużo. 

– Nie ruszaj się stamtąd. Jadę – warknął Pudel, jako że kwit darzył sporą sympatią, choć wcale mu go nie brakowało. 

Józio Pudel miał dwadzieścia trzy lata, prawie dwa metry wzrostu i ciało bardzo chude, o kończynach pajęczych. Nosił się jak raper z teledysku i nawet zdarzyło mu się w życiu parę linijek zrymować do różnych tłustych bitów, nie rymy jednak zapłaciły za gruby złoty łańcuch, równie złotego rolexa, ciuchy najdroższych streetwearowych marek i niebieściutkie, zaledwie trzyletnie audi S6. Za te dobra zapłaciły Józia spryt, bezwzględność i determinacja oraz ciężka praca Rudej i jej dwóch koleżanek, nad którymi Józio sprawował niezbyt czułą opiekę.

Tak przynajmniej lubił o sobie myśleć i mówić, jak o prawdziwym self-made manie, jednak Ruda dobrze wiedziała, że za wszystko zapłacili rodzice Józia, pochodził Józio bowiem ze znanej prawniczej rodziny, wcale nie nazywał się Pudel, a alfonsem został głównie na złość staremu, porzuciwszy prawo na UW po drugim semestrze. Wtedy właśnie uznał, że pierdoli mamę i tatę i nie chce już więcej tego dobra i szczęścia, i życzy sobie zasmakować prawdziwego życia, zyskać szacunek ludzi ulicy, zwłaszcza że rodzice przepisali nań studwudziestometrowe mieszkanie na Górnym Mokotowie, za które dalej płacili czynsz. Biznesem i koleżankami zarządzała Ruda, Józia trzymała jedynie dlatego, że chętnie płacił za przywilej uchodzenia za jej alfonsa i prawdziwego człowieka ulicy.

Kiedy zajechał pod podły hotelik, paliła papierosa i trzęsła się z zimna. Wyskoczył z auta. 

– To jaki jest plan? – zapytał. 

Ruda przewróciła oczami. 

– Wchodzimy tam, ty go lutujesz na ryj, bierzemy hajsy i spierdalamy, proste przecież. 

Józio aż podskoczył z uciechy.

– Ej, normalnie jak Bonnie i Clyde! Albo urodzeni mordercy. 

Ruda już szła w stronę hotelu, ale na dźwięk słowa „mordercy” wykonała na prawym obcasie zwrot i obiema rękami chwyciła Józia za szmaty. 

– Jacy mordercy, kurwa, idioto? Żadni mordercy. Lutujesz typa w ryj, bierzemy kwit, wychodzimy. Żadnych trupów. 

– Ej weź, to jest oryginalny Off-White – zaskomlał Józio Pudel, ratując bluzę przed długimi szponami Rudej. – O filmie mówiłem!

– Kinoman się kurwa znalazł. Idziemy. 

Pod drzwiami pokoju hotelowego Józia nagle opadły wątpliwości, gdyż uzmysłowił sobie, że nigdy w życiu nikogo nie uderzył – nie musiał: pieniądze tatusia załatwiały sprawy skuteczniej niż wątłe pięści Józia. 

– Słuchaj, Ruda, bo ja nie wiem. A jak on będzie silniejszy ode mnie…? Bo ja w sumie to nie bardzo się tak umiem bić – zapiszczał cichutko. 

Ruda spojrzała nań z pogardą i zapukała.