Rozdział 8

Zarazek z wolna wybudzał się ze snu. Zacisnął palce na prześcieradle. Wymacał brzeg materaca. Z zamkniętymi oczami usiłował zgadnąć, gdzie się znajduje. Stawiał na własny dom albo izbę wytrzeźwień. Oba te miejsca były mu równie wstrętne i jednako znajome.

Uniósł powieki i usiadł na łóżku. Łóżko stało przy ścianie długiego korytarza o ścianach na przemian białych i brązowych, z mnóstwem wytartych drzwi po obu stronach. Podłoga miała kolor nagrobka, a w powietrzu unosił się nieśmiertelny zapach lizolu. Łóżek było więcej. Między nimi miotały się pielęgniarki w maskach i strojach ochronnych. Wyglądają jak Marsjanie czy inni Czarnobylanie, pomyślał Zdzisław Zarazek. Zawołał:

– Siostro! Siostro!

Pierwsza pielęgniarka nawet nie spojrzała w jego kierunku, piąta westchnęła na całe to pohukiwanie, a dziesiąta obiecała, że doktor przyjdzie najszybciej, jak zdoła. Mają tutaj przecież urwanie głowy.

Doktor zjawił się po półgodzinie, choć zdaniem Zarazka minęły przynajmniej trzy czwarte wieczności. Lekarz sadził susy, jakby biegł przez rzekę po głowach krokodyli. W niczym zresztą nie przypominał sługi Hipokratesa: miał lekko dwa metry wzrostu i żuchwę, którą po wyrwaniu z czaszki można by zatłuc przynajmniej tuzin Filistynów. Nad maską w jego sinej twarzy łypały umordowane oczy.

– Co się dzieje? – zapytał doktor.

– Chciałbym właśnie wiedzieć. Obudziłem się tutaj i…

– Nie mam czasu na takie ceregiele. Widzi pan, co się tutaj wyrabia? – Doktor machnął włochatą dłonią. – Jak się pan nazywa?

– Zarazek – odparł detektyw zgodnie z prawdą.

Na te słowa, twarz doktora przeszła w purpurę. Wydał z siebie nieokreślony dźwięk, jakby brzuch mu rozpruli. Chwycił Zarazka za fraki i bez wysiłku podniósł z łóżka.

– Słuchaj, skurwysynu jeden, jestem na nogach prawie sześćdziesiąt godzin, żarłem głównie batoniki z automatu, ale pacjenci nawet ten automat mi spierdolili, więc nie rób sobie ze mnie jaj, bo jak ci jebnę, to ci się jabol z ogólniaka odbije.

– Ja naprawdę nazywam się Zarazek. Zdzisław Zarazek – szepnął detektyw i zacisnął powieki, szykując się na cios. Ten jednak nie nadszedł. Zarazek pogrzebał w kieszeni. Wydobył portfel, a z niego dowód osobisty sklejony przeźroczystą taśmą. Drżącą dłonią podał go lekarzowi.

– No dobra – sapnął doktor. – Leż tu grzecznie. Mamy obłożenie. Zaraz ktoś się tobą zajmie. Potem zrobimy testy i tak dalej.

– Na co znowu testy? – zapytał Zarazek.

Lekarz cisnął nim o łóżko i sobie poszedł. Zarazek musiał odpowiedzieć sobie sam. Chwilę to zajęło. Strach podbił mu serce tak, że rąbnęło w migdałki. Koronawirus! Zarazek natychmiast wypiął sobie kroplówkę. Wciąż miał na sobie dres. Buty leżały pod łóżkiem, tak samo jak kurtka.

Chwilę później Zdzisław Zarazek już szedł korytarzem. Wszystko, tylko nie testy. Jak większość dorosłych mężczyzn, Zarazek uważał, że przyczyną chorób nie są żadne wirusy czy komórki rakowe, lecz kontakt z przedstawicielami medycyny. Lekarz, jego zdaniem, wywoływał chorobę samym aktem diagnozy. Nie można było do tego dopuścić.

Sprawdził jeszcze kieszenie. Wymacał smartfon. Przypomniał sobie o Ronaldzie Pancernym, a zwłaszcza o jego żonie. Niepospolity umysł Zdzisława Zarazka natychmiast wszedł na wyższe obroty. Detektyw uruchomił wyszukiwarkę. Znalazł zdjęcie Ronalda, powiększył na cały ekran i skręcił do najbliższej sali. Pacjenci leżeli na łóżkach z wysokimi białymi poręczami, obłożeni przez soki owocowe w kartonach, tablety i grube zeszyty krzyżówek. Zarazek podchodził do każdego, podsuwał telefon pod nos i pytał:

– Widziałeś może tego człowieka?