Rozdział 1

W biurze panował półmrok. Żaluzje pokrywały skromne pomieszczenie deseniem pasków, w świetle wiosennego słońca cząsteczki kurzu wirowały szaleńczo, jakby świat wcale nie zatrzymał się nagle w swym biegu.

Zdzisław Zarazek siedział na swoim fotelu, odchylony w tył, stopy w nieco schodzonych adidasach oparł na blacie biurka.

– Wiesz co nas spotkało? – powiedział po dłuższym milczeniu, wypuszczając z ust potężną chmurę dymu z e-papierosa i przeciągając się na swoim krześle, aż za ciasna koszulka polo zatrzeszczała na jego dostojnym brzuchu.

– Pandemia? – odpowiedziała Marta, jego asystentka, równie piękna, co surowa, wysoka dziewczyna, której wargi na widok Zdziśka zaciskały się zawsze w kreskę wąską jak cięcie brzytwą.

– Nie, ale że nas, biuro.

– No na pewno mi ładnie wytłumaczysz co nas spotkało.

Zdzisiek westchnął ponownie.

– Chodzi mi o to, że w tej pandemi, no. No patrz. To jest jak z tym piwem z Kolumbii.

– Jakim piwem z Kolumbi, Zdzisiu? – zapytała uprzejmie Marta.

– No że ta corona.

– Corona jest z Meksyku, Zdzisiu – podpowiedziała dalej uprzejmie Marta, powoli mieszając swoją rozpuszczalną kawę.

– A to nie to samo? – zdziwił się Zdziś. – Ale słuchaj, wytłumaczę ci.

– Tak, oczywiście, że mi wytłumaczysz.

Zdziś, podniecony brzmieniem własnego głosu, ściągnął nogi z blatu biurka i uniósł się w fotelu, który zajęczał przeraźliwie, ciężar zdzisiowego ciała ledwie znosząc, tak samo jak Marta ledwie znosiła tembr zdzisiowego głosu.

– No więc ludzie przestali pić tę coronę, słyszałaś? Bo koronawirus. A to przecież bez sensu.

– Tak, Zdzisiu, słyszałam – odparła z rosnącym znużeniem.

– Bo wiesz, ten wirus przecież nie ma nic wspólnego z piwem. Nie można zarazić się wirusem pijąc piwo, tylko dlatego, że nazywa się tak samo jak wirus, nie?

– Od razu wiadomo dlaczego jesteś słynnym detektywem, Zdzisiu – odparła Marta, Zdzisia jednak życie nauczyło sarkazm ignorować z bohaterską nieomalże konsekwncją.

– No i czy ja mogłem nazywać się gorzej w takich czasach? Gorzej niż Zarazek? I jeszcze że biuro tak nazwałem…

– Zaryzykowałabym tezę, że nawet w czasach sprzed zarazy nazwa „Biuro Detektywistyczne Zdzisław Zarazek” nie była arcydziełem komunikacji marketingowej, Zdzisiu.

– E tam. W prostocie siła! A teraz taki klops.

Marta nie kontynuowała rozmowy, co stanowiło jedną z jej kilku strategii przetrwania.

– Już nikt nie przyjdzie dzisiaj, nie? – zapytał po dłuższej chwili ciszy Zdzisiek, jakby prosił o pozwolenie.

Marta wzruszyła ramionami.

– Możliwe że już nigdy nikt nie przyjdzie.

– Ty tak zawsze pesymistycznie… A mnie chodziło o to, czy byśmy się nie napili – odpowiedział Zdziś, sięgając do szuflady po butelkę niedrogiej whisky z niedrogiego supermarketu.

– Ja nie piję, Zdzisiu – odparła Marta, w duchu dodając: „a na pewno nie z tobą”.

Zdzisiek nalał sobie whisky do nieumytego kubka po kawie, zmierzył poziom płynu spojrzeniem znawcy i dolał jeszcze na palec, prawie wypełniwszy kubek, po czym pociągnął solidny łyk, plamiąc niestety i tak nieprzesadnie czystą koszulkę polo dokładnie w momencie, w którym drzwi do biura otwarły się powoli, w nich zaś pojawiła się postać na obcasach wysokich, odziana w bardzo drogą garsonkę i z torebką wartą tyle, co trzymiesięczne dochody Zdzisia, co ten, wielki znawca natury ludzkiej, zauważył natychmiast, zerwał się więc z fotela, rozlewając whisky i niezdarnie próbując schować butelkę za monitorem.

– Czy pan Zarazek? – zapytała kobieta i kiedy jej twarz wynurzyła się z cieniów korytarza, okazała się być twarzą kobiety czterdziestoletniej, pięknej leniwą urodą wygrzewającego się na słońcu kota. Zmierzyła Zarazka spojrzeniem raczej krytycznym.

Jezu, jak ona na mnie patrzy. Będzie moja! – pomyślał Zdzisiek.

Co za odrażający typ – pomyślała kobieta.

– Zdzisiu, przywitaj panią. To klientka przecież – powiedziała Marta.

Rozdział 2

Na te słowa detektyw Zdzisław ruszył przez gabinet z wyciągnięta dłonią. Krok miał ciężki i mocny, jak olbrzym, który dla czystej frajdy depcze swoich przeciwników. Wyrósł przed klientką, a ta miękko odsunęła się o krok. Popatrzyła na wyciągniętą dłoń Zarazka. Zacisnęła palce na torebce.

– Wie pan co przynosi mi ulgę w tych trudnych czasach? – zapytała, wcale nie oczekując odpowiedzi – otóż do dobrego tonu należy odpuszczanie sobie zbędnej poufałości.

– Dżentelmen we mnie zawsze wyrywa się do przodu – odparł Zdzisław Zarazek. A pomyślał: „Inteligentna, więc udaje drapieżną. Rozum najostrzejszym pazurem kobiety…”. Tymczasem klientka sama znalazła drogę do gabinetu. Marta w popłochu przecierała fotel, aby ta mogła usiąść.

– Nazywam się Anna. Anna Pancerny. Z pewnością słyszał pan o mnie. A przynajmniej o moim mężu, prawda?

– Jasne, że tak. To znaczy oczywiście – chrząknął Zdzisław, choć nie miał pojęcia o kogo chodzi. – my wiemy wszystko. Dlaczego? Dlatego, że jesteśmy najlepsi!

– Nie. Nie jesteście nawet najtańsi ani najdrożsi, ani w ogóle żadni naj. Jesteście jedyni.

– To znaczy?

Anna Pancerny wydęła usta.

– Myśli pan, że z własnej woli zasiadłabym w tym… w tak wspaniałym gabinecie? W tej czystości? W tym przepychu? Wyobraź pan sobie, że wszyscy pana koledzy z branży, każdy kto tylko mógł zawinął swój interes, siedzi cicho i drży czy mu się na kaszel nie zbiera. Tylko skończony dure… to znaczy, bardzo niestandardowo myślący człowiek mógł pozostać na stanowisku pracy. Która przecież polega na pracy z ludźmi!

Przez blade czoło Zarazka przeszła zmarszczka znamionująca proces myślowy. Umysł, wprawiony w dedukcji doszedł do wniosku, że wypowiedź Anny zawierała wielki, choć zawoalowany komplement. Ta myśl dodała mu skrzydeł i rzuciła w stronę baru.

– Czego się pani napije? Whisky? A może… whisky z lodem?

– Przejdźmy do rzeczy, dobrze?

– Pięknej kobiecie ze szklanką jeszcze piękniej – wypalił. Z korytarza dobiegł przeciągły świst. To wzdychała Marta.

– Panie Zarazek. Każda minuta spędzona tutaj kosztuje mnie nazbyt wiele. Pozostaje nadzieja, że ma pan jakieś zalety, rekompensujące to wszystko, co tutaj widzę. Więc prosto z mostu. Skoro wie pan kim jestem, to osoba mojego męża jest również panu znajoma?

– Oczywiście, że tak.

– Ronald Pancerny – upewniła się Anna.

– Królowo złota, znam go jakbym z nim wódkę pił.

– Niesłychanie mnie to cieszy. Więc, doskonale znany panu mój mąż Ronald dwa dni temu wyszedł z domu po żwirek dla kota i nie wrócił. Męża nie ma, a kot sra w gazety. Nadąża pan za mną?

– Jak huzar za młodą klaczą – rzekł Zdzisław z uśmiechem. Anna wytrzeszczyła oczy i podniosła się z fotela.

– Chyba czas już na mnie.

– Ja wszystko rozumiem. Zakręcę tak, że pani mąż wróci!

Anna odwróciła się gwałtownie.

– Nic pan nie rozumiesz! Chodzi o coś dokładnie przeciwnego. Mój mąż ma nie wrócić. Niech zniknie przynajmniej na te dwa tygodnie. Niech siedzi tam gdzie jest. Właduj go pan na kwarantannę, zaraź go pan, albo coś wyczaruj, skoro taki z pana fachura – z torebki wyszarpnęła kopertę i cisnęła nią na blat. – tu jest zaliczka. A teraz żegnam.

Jak powiedziała, tak wyszła. Trzasnęła przy tym drzwiami tak, że tynk się posypał. A Zdzisław Zarazek, detektyw z wieloletnią praktyką podniósł się znów znad swojego zagraconego biurka, sięgnął po kubek gdzie jaś wędrowniczek mieszał się z Tchibo, położył dłoń na sercu, gdzie radość tańcowała z nadzieją i rzekł do siebie, do sekretarki, może do nikogo.

– Co za dziewczyna…. Mam pewność że coś z tego będzie. – pociągnął solidnie z kubka i huknął – Martuś, słońce, sprawdzisz mi co to za miglanc, ten Ronald Pancerny ?

Rozdział 3

Ronald Pancerny nie poznawał się w lustrze. 

Czy to świat się zmienił czy on sam? 

Zanim w to lustro spojrzał, spodziewał się zobaczyć w nim przystojnego, rosłego pięćdziesięciolatka, przynajmniej jeśli chodzi o wiek biologiczny, tak mówiła mu przymilna rehabilitantka, bo jednak według peselu, to może i dziesięć lat więcej. Miało więc zwierciadło odbić obraz gładko ogolonego pana w wieku co najwyżej średnim, w dużych, modnych okularach z oprawami ze złotego drutu, z uśmiechem perfekcyjnym, nad którym pracowało kilku specjalistów, spodziewał się że gdy podniesie dłoń do twarzy, aby przeczesać gęste od przeszczepów, siwe włosy, to na nadgarstku zobaczy drogi, złoty zegarek, na palcu sygnet, a może nawet dwa, na pewno również złote. 

Tak naprawdę codziennie rano spodziewał się zobaczyć w lustrze tego mężczyznę, codziennie widywał w nim jednak siebie, Ronalda Pancernego, człowieka o twarzy tak pozbawionej właściwości, że sam siebie zwykle nie poznawał, ponieważ nawet w jego pamięci obraz własnej twarzy zacierał się natychmiast. 

Nie było włosów, sygnetów ani zegarków, była lśniąca łysina, nalane policzki i małe, smutne, ale jednak świńskie oczka, świecące pośrodku twarzy niepodobnej do nikogo, a wieńczącej wątłe i słabowite ciało. 

Oto ja, pomyślał ze smutkiem Ronald Pancerny. 

Oto ja, Ronald Pancerny, myślał dalej, oto ja, dyrektor pionu finansowego Centralnego Biura Antykorupcyjnego, oto ja, który skradłem pięć milionów złotych z funduszu operacyjnego tegoż biura, z zamiarem dowiedzenia mej małżonce iż jestem jej warty, a następnie wyjazdu z tego smutnego kraju, zakupu skromnej nieruchomości na Teneryfie i oddawaniu się tam przyjemnościom ducha i ciała, albowiem zakładałem, że kogoś, kto okazał się jednak tak przedsiębiorczym spryciarzem, żona w końcu zechce dopuścić do gotyckich wyniosłości jej ciała. 

Ronald usiadł na łóżku, łóżko było niewygodne, pokój był brzydki i z widokiem na takie obszary Woli, na które naprawdę nie ma po co patrzeć, hotel był tani i brudny, zwykle używany celem najmu naprawdę krótkotrwałego, Ronald zaś mościł się w nim już od dwóch dni, zamawiając do pokoju paskudne jedzenie za pomocą telefonu pamiętającego czasy, w których porucznik Borewicz śledził w tych samych pokojach szpiegów z RFN, cinkciarzy i peerelowskie kurwy. 

Telewizor chodził bez przerwy, przerażając Ronalda coraz bardziej. 

Wszystko miał zaplanowane. Kwiaty dla żony. Czystą bieliznę. Nowy dezodorant i perfum męski marki Chanel. Nawet włosy łonowe przystrzygł elegancko, bo koledzy twierdzili, że tak teraz wypada. Mial fałszywe paszporty. Dwa bilety na Teneryfę. Katalog tamtejszego biura pośrednictwa nieruchomości. Umówioną wizytę w kantorze, w którym zamierzał zbyć złotówki i nabyć inne waluty oraz trochę złota, a na którego właściciela miał haka, bo kolega z firmy wyznał mu przy wódce, że waluciarza ów niemałego formatu w kieszeni, jest w istocie szwagrem szefa i z pomocą tego szefa oraz paru deweloperów wyczyniają machinacje tak skomplikowane i daleko sięgające, że Pancerny bał się nawet o nich myśleć, ale do transakcji waluciarza przekonać zdołał. 

A teraz co? W niemym telewizorze paski w TVN24 przyprawiały go o drgawki. 

Zamknięte granice. Zakaz lotów. Znikąd ratunku. Pandemia. 

Pod łóżkiem leżała walizka z gotówką, nagle niezbyt użyteczna. Bo przecież jeśli nie ucieknie, to go złapią i coż mu wtedy po pieniądzach? 

Hotelowy pokój był matnią. 

Ronald Pancerny przegryzał zleżałą sałatkę cezar z namokłymi grzankami, popijał białym winem z małych buteleczek i wspominał. 

Wspominał jak na studiach prawniczych poznał żonę swą Annę z Drohoborzeckich herby Trąby, której rodzina zaakceptowała dziwaczny wybór matrymonialny córki tak, jak akceptuje się hemoroidy.

Wspominał, jak to się w Lidze Republikańskiej krzyczało przeciwko Kwachowi, jak potem były lata chudsze, jak potem się za pierwszego PiSu z wydziału zasobów lokalowych Urzędu Dzielnicy Bemowo przeszło do CBA i jaki był tam wtedy wojowniczo-jakobiński klimat, jak potem po cichu w pionie finansowym przeczekał peowskie lata i jak potem wszystko rozkwitło.

Wszystko, poza pensją Ronalda. 

Wokół wszyscy robili biznesy. Warszawa rosła, wieżowce prężyły się jak Ronaldowi coś się kiedyś prężyło, co od dawna już nie, służby, partie, developerzy, prawnicy, wszyscy zarabiali i to jak zarabiali. Samochody z luksusowych wypożyczalni, dziewczyny takie, że Ronald bał się nawet na nie wzrok podnieść, restauracje, Malediwy, wszyscy się paśli, tylko nie Ronald i im więksi stawali się wszyscy, tym bardziej Ronald się kurczył, szczególnie w oczach żony Ronalda, której kiedyś wydawało się, że dokonuje wyboru nieoczywistego niczym inwestycja w spółkę z branży, która dopiero czeka na swój boom, jednak z każdym rokiem, w którym nie mogła się koleżankom odwzajemnić nową torebką, jej wiara w Ronalda słabła. 

Ronald więc postanowił, że teraz jego kolej. Ronald Pancerny pokaże jakim naprawdę jest mężczyzną, jaki potencjał w nim drzemie. 

I pokazał. Uziemiony w hotelowym pokoju z pięcioma milionami złotych w gotówce. 

Rozdział 4

Stosunek detektywa Zarazka do zawodu, który uprawiał był skomplikowany, a nawet mylący. Nie należał do ludzi specjalnie upartych i konsekwentnych, za to łatwo gubił się w gąszczu własnych, błędnych decyzji i nietrafionych wyborów. Owszem, nieźle opanował sztukę nierzucania się w oczy, w zamian jednak rzucał się w nos.

Zarazek został detektywem łaknąc oddania kobiet. Pamiętał dobrze filmy z Humphreyem Bogartem, Richardem Widmarkiem albo Robertem Mitchumem oglądane w dzieciństwie na ruskim Rubinie i zaskakującą łatwość, z jaką ci faceci zaciągali pierwszorzędne damy do łóżka. Zdobył licencję, założył biuro, zatrudnił Martę, która z niepojętych przyczyn jakoś nie chciała mu się oddać i natychmiast popędził do Pawilonów na tyłach Nowego Świata, gdzie jego zdaniem można było wyrwać najprzedniejszą młódkę. Kieszenie wypychały mu świeżo wydrukowane wizytówki. Pokazywał je dziewczynom, mówił, że prowadzi niesłychanie poważną sprawę, śledzi go CIA, Mossad i mafia jednocześnie, a następnie proponował udział w wielkiej kryminalnej przygodzie. Ta miała zacząć się od pocałunku, skończyła się jednak u dentysty, gdzie Zarazek musiał wstawić sobie dwa nowe zęby. Traf chciał, że jedna z dziewczyn trenowała krav-magę.

Niezrażony Zarazek utrzymywał, że brak powodzenia u kobiet stanowi wynik ślepoty tychże i piętrowej kumulacji pecha. Zawodowo grzązł w śledzeniu niewiernych małżonków, poszukiwał alimenciarzy i zaginionych psów, raz nawet wysłano go po papugę. Znalazł ją po trzech dniach morderczych poszukiwań. Wredne ptaszysko siedziało na parapecie i dziobało Zarazka po rękach, gdy gramolił się po piorunochronie. Spadał długo, albowiem piętro było trzecie.

Dlatego Zarazek trząsł się z podekscytowania na myśl o nowym zleceniu, o Annie Pancernej i jej zaginionym mężu. Nie było w tym przesady. Jego wielki brzuch falował w rytm nerwowego oddechu, drżały pękate łydki, a wszystkie cztery podgardla detektywa Zarazka kołysały się miarowo i nieco melancholijnie. Zarazek wciąż popijał whisky, gdyż wierzył święcie, że droga do wielkości zaczyna się od promila w organizmie i zerkał przez ramię Marty klikającej w komputer. Zarazek nie znał się na tych wszystkich wynalazkach, co mają te dziwne ekrany. Wierzył w bliskość, szczerą rozmowę i swój nieodparty urok.

– Ten Pancerny wygląda na poważną figurę. Rządowa posada – powiedziała Marta po czym wyjaśniła Zarazkowi czym mniej więcej zajmował się poszukiwany. Ciężko było nawet o zdjęcie. Jeśli był na portalach społecznościowych to nie pod swoim nazwiskiem. Zarazek przyswoił te informacje i pokiwał głową, jakby przytakiwał samemu sobie, siebie samego chwalił i zachęcał do czynu. Wiedział już dlaczego Anna przyszła do niego. Jej mąż był dzianym i ważnym facetem. Z takiego nikt nie zrezygnuje bez ważnego powodu.

Takim powodem, zdaniem detektywa Zarazka, był detektyw Zarazek.

Musiał się tylko sprawdzić. Pokazać, że potrafi.

Narzucił skórzaną kurtkę. Jego zdaniem doskonale pasowała do dresu.

– Zajdź mi do końca Internetu za tym ancymonem – poinstruował Martę . – Coś musi być. Czuję w kościach! Musi!

– Ej, a dokąd ty lecisz?

Zarazek zatrzymał się w progu swego biurka – oczy lśniły mu jak u chciwca wpatrującego się w złoto.

– Jak to gdzie. Prowadzę śledztwo!

– A gdzie ty biedaku chcesz to śledztwo prowadzić? Nie lataj po mieście, bo złapiesz tę koronę czy inną francę. Zresztą dokąd pójdziesz, pytam?

Gdyby Zarazek miał lakierki, to by z nich strzelił.

– A gdzie prawdziwy detektyw zaczyna śledztwo? Choroba mi nie straszna – wskazał na dopitą niemal flaszkę – ja się porządnie zdezynfekowałem!

Rozdział 5

– Właśnie, gdzie prawdziwy detektyw rozpoczyna śledztwo? – Zdzisio Zarazek zapytał samego siebie, stanąwszy na chodniku przed mało reprezentacyjnym peerelowskim biurowcem, w którym wynajmował lokal na swą działalność, czynsz płacąc niezbyt regularnie. – Gdzie prawdziwy detektyw rozpoczyna śledztwo… – powtórzył, zdając sobie sprawę, że podważa tym samym własną prawdziwość. – Prawdziwy detektyw śledztwo rozpoczyna w knajpie! – rozpromienił się, ciągle mówiąc do siebie na głos, jakby zapomniał, że podstawowym zadaniem prawdziwego detektywa jest prowadzić monolog wewnętrzny. 

Przebiegł w myślach listę knajp, w których zwykł bywać. 

Bar osiedlowy na Bemowie, zaraz pod blokiem, w którym mieszkał, odpadał, albowiem Zarazek był tam winien prawie tysiąc złotych, ponadto znieważył ostatnio właścicielkę i barmankę w jednym, gdy domagała się spłaty długu. Kiedy wezwała syna, rosłego kibica Legii, aby pomścił tę zniewagę, Zarazek sprytnie uniknął fizycznej konfrontacji, rzucając weń stołem, a następnie, unosząc swe sto trzydzieści kilogramów we wdzięcznym kłusie, umknął do zaparkowanego niedaleko bmw 3 z 1998 roku. 

Zachodził też kiedyś do Pikanterii na Saskiej Kępie, ale od kiedy zwymiotował kelnerce na buty, nie czuł się tam już komfortowo. Kelnerka zaczęła wtedy strasznie nań krzyczeć, nieco zaś wstawiony Zarazek z godnością oświadczył, że z obrzyganymi kobietami nie zwykł rozmawiać, i rzuciwszy stówkę na stolik, opuścił lokal. 

Tak naprawdę, pomyślał, powracając do właściwego detektywom sposobu ekspresji, ja wcale nie chadzam do knajp, bo siedzę głównie w domu. 

Dlaczego zaś Zdzisio Zarazek mało gdzie wychodzi? A dlatego, gdyż albowiem ponieważ żona detektywa Zarazka, Kornelia Zarazek, wychodzenia Zdzisiowego nie bardzo lubi, a Zdzisio żony swej Kornelii boi się bardziej niż globalnego ocieplenia, a globalnego ocieplenia boi się tak bardzo, że zanim wybuchła pandemia, aż nie spał ze strachu. 

Komórka w kieszeni dresowych spodni zagrała „T.N.T.” AC/DC. 

No i ściągnąłem zarazę na siebie, pomyślał ponuro Zarazek, czując, jak strach ściska mu wnętrzności. 

Odebrał. 

– Tak, kochanie? – rzekł słodkim głosem do słuchawki. – No na robocie jestem. Tak, kochanie, ja wiem, że Helcia się nudzi. Tak, kochanie, będę niedługo. No wiesz, pieniążki trzeba zarabiać, co począć. Że dziecka trzeba było nie poczynać, kotku słodki, nie mów tak, przecież to ty mi wtedy te gumy poprzebijałaś. Tak, zostawmy to. Tak, kochanie, pamiętam o papierze toaletowym, oczywiście. Tak, słodziutka, przed dziewiętnastą. Nie, ptaszyno, nic nie piłem! Jak to, ban na pleja? Ja mam przecież misję w „Wiedźminie” do skończenia, tę ze strasznym dzieckiem, przecież ci wczoraj… No i rozłączyła się kurwa kostropata, żeby ją… 

Schował komórkę do kieszeni. Raz jeszcze pomyślał, do której knajpy mógłby zajść, w której spotkałby tę właściwą jedynie wielkim miastom ludzką szumowinę, kobiety fatalne, zmęczone prostytutki po robocie, alfonsów, drobnych złodziejaszków, szlachetnego dziennikarza, gangstera o gołębim sercu i słabości do blondynek, może nawet jakiegoś podejrzanego pisarza…

I nagle już wiedział. Corso. Corso na Placu Zbawiciela. 

Zdzisio nie lubił tych okolic, wypełniali je ludzie, których wybory modowe jawiły mu się wątpliwymi, a wątłość tamtejszej młodzieży męskiej w wielkich okularach, włóczkowych czapkach, z wąsikami i dżinsami jak od Turka zawsze wypełniała serce Zdzisława smutkiem.

Ale Corso to co innego, w Corso w końcu siadywali porządni, uczciwi, normalni ludzie oraz nawet pan Marek Nowakowski, do którego ojciec Zdzisia, również Zdzisław, żywił wielki szacunek. Przekazał go synowi, nie zaraziwszy go jednak miłością do lektury. 

Zdzisio wskoczył do bety, odpalił silnik i zaklął, gdy ujrzał, że już mu się ta pomarańczowa kurwa żebraczka paliwowa na tablicy świeci – na szczęście żeby do śródmieścia dojechać, wystarczy. Popędził pustymi ulicami, pociągając po drodze z flaszki, którą zawsze trzymał w schowku obok plastikowej atrapy pistoletu, i zaparkował z wdziękiem na opustoszałym placu, pod miejscem, w którym stężenie wstrętnej Zdzisiowi młodzieży zwykle było szczególnie wysokie – zwykle, lecz nie dziś. Wyskoczył z auta, trzasnął drzwiami i popędził pod Corso, mijając smutnego żula, który raczył się na ławce wiśniówką, założywszy najwyraźniej, że w tak strasznych czasach nawet psy nie zechcą przeszkadzać uczciwemu człowiekowi pod chmurką. 

Corso było zamknięte. 

– Przecież pandemia! – Zarazek walnął się ręką w czoło. 

– Panie, jaka pandemia, przecież to już dwa lata będą, jak to zamknęli – powiedział żul. 

– To gdzie pan Nowakowski teraz chodzi? – zmartwił się Zarazek. 

Żul popatrzył na Zarazka z pogardą. 

– Pan pisarz Marek Nowakowski, wielki piewca warszawskiej ulicy, zmarł sześć lat temu, a jak pan tego nie wiesz, to nie jesteś pan godzien nazywać się warszawiakiem i stąpać dłużej po tej ziemi nasiąkłej krwią bohaterów licznych powstań oraz insurekcji! A zatem idź pan stąd!

Zdzisław jednak nie odszedł, tylko smutno zwiesił głowę i poczuł, jak całe ciało przeszywają mu dojmujący smutek i zmęczenie. Być może wypił jednak nieco zbyt wiele. Świat zadrżał w posadach i masywne, znużone ciało detektywa Zdzisława Zarazka powoli niczym dąb podcięty przez drwali runęło na warszawski bruk.

Rozdział 6

Ronald Pancerny poznał w swoim życiu wielu najróżniejszych specjalistów. Pił na przykład kiedyś z weteranem, który odsłużył piętnaście lat w Legii Cudzoziemskiej i potrafił uśmiercić człowieka jednym uderzeniem otwartej dłoni. Przekonał o tym Ronalda, pokazując mu niektóre chwyty. Ronald przeżył, choć jego zdaniem niewiele brakowało. Dla odmiany szwagier, brat Anny, brał życie na pełnej kurwie, jak sam zwykł twierdzić. Latał na paralotni, wspinał się na wieżowce bez zabezpieczenia i utrzymywał, że stoczył przynajmniej sześć walk w klatce, w tym jednym zwycięską.

Ronald poznał ekspertów od wahań akcji i walut, zdolnych pomnożyć majątek w ciągu jednej nocy, ściskał dłonie zawodowych dyrektorów którzy jak małpy przeskakiwali z płonących stołków na nowe, lepsze. Sam jednak specjalizował się w wąskiej profesji, czyli w nudzie. O tak, Ronald Pancerny do niedawna sądził, że o nudzie wie wszystko.

Znał nudę monotonnej pracy, napędzaną przekonaniem, że kolegom zza ściany wydarzają się rzeczy niecodzienne i ekscytujące. Nuda miała postać bezmyślnych programów telewizyjnych oglądanych w próżnym oczekiwaniu, że Anna zwróci na niego uwagę. Nuda wódki z nudnymi kolegami. Monotonia sobotnich zakupów. Anna zawsze bardzo powoli wybierała każdy produkt. Sprawdzała skład i datę ważności, a Ronald Pancerny przygryzał wargi, zaciskał pięści i gromił wzrokiem dzieci, budząc ich śmiech. Nudę znał jak własne palce. Tak sądził aż do dzisiaj.

Bo w czasie pandemii poznał nowy rodzaj nudy: nudę pokoju hotelowego. Nudę porno na telefonie. Nudę wina, jacka danielsa i żywca wlewanych w skurczony od lęku żołądek. Nawet ten lęk był nudny. Przecież Ronald miał mieć nowe, ekscytujące życie, tymczasem wylądował w piekle czterech ścian i skapujących godzin. Tak było. Ronald Pancerny wyjął walizkę z forsą, wytarzał się w banknotach, popłakał się i schował je z powrotem. W końcu z tej nudy zadzwonił po panienkę.

Nigdy wcześniej tego nie robił. Czasem kręcił się w okolicach Marriotta gdzie stały prostytutki. Wchodził na Roksę, wybierał ogłoszenia kobiet, które mu się podobały, zapisywał numery pod męskim imieniem i nazwiskiem, po czym nigdy nie dzwonił. Teraz postąpił inaczej. Musiał się trochę nadzwonić – pandemia zdusiła seksbiznes lepiej niż policja obyczajowa. W końcu jedna z dziewczyn odebrała. Miała ksywkę Ruda i czyniła cuda, przynajmniej wedle opisu na stronie.

Ruda przyjechała po godzinie i dokonała cudów na miarę pokoju hotelowego i zdolności seksualnych Ronalda Pancernego. Nawet mu się podobała, choć włosy miała rdzawe, a nie rude. Nosiła szpile, pończochy i prześwitującą bieliznę. Po wszystkim leżała jeszcze chwilę z ramieniem pod głową Ronalda, jakby wyczuła, że właśnie tego, niczego innego, oczekiwał. Bańka sztucznej bliskości pękła. Pancerny poczuł potężne uderzenie nudy. Wstał, wyjął trzy stówki z walizki, dał Rudej i poczłapał się umyć.

Gdy wyszedł spod prysznica, Ruda była już ubrana. Nie wiedział, jak się z nią pożegnać, więc nie pożegnał się wcale.

Nim Pancerny zamknął drzwi, Ruda zerknęła jeszcze na walizkę pod łóżkiem. Walizkę pełną pieniędzy.

Zbiegła po schodach. Nigdy nie lubiła windy. W windach są lustra.

Stanęła przed hotelem i wyjęła telefon. 

Rozdział 7

– Czego, kurwa? – szczeknął do iPhone’a na głośnomówiącym Józio Pudel, wycierając nos po wciągnięciu kreski dłuższej niż lista jego grzechów. Nagrzeszył zaś Józio Pudel w życiu za trzech. 

– Na robocie byłam. 

– Jak dzwonisz, to znaczy, że cię nie zamordował, to po chuj dzwonisz? – zaskowyczał Józio. Chociaż w głębi duszy był miłym chłopcem, żywił przekonanie, że w jego profesji pewna szorstkość jest konieczna. Miał się bowiem Józio za alfonsa Rudej, co prawdą było w pewnym stopniu, ale nie do końca. 

– Czekaj, Józio, koteczku. Słuchaj. Na robocie byłam. I jest ten farfocel, nie. W tym hotelu, co ci pisałam w esemesie, że będę, jakby co. Pokój czterdzieści dwa. I ten farfocel ma walizkę pełną hajsu. Ale rozumiesz, pełniutką. Ja nie wiem, ile to jest, ale dużo. 

– Nie ruszaj się stamtąd. Jadę – warknął Pudel, jako że kwit darzył sporą sympatią, choć wcale mu go nie brakowało. 

Józio Pudel miał dwadzieścia trzy lata, prawie dwa metry wzrostu i ciało bardzo chude, o kończynach pajęczych. Nosił się jak raper z teledysku i nawet zdarzyło mu się w życiu parę linijek zrymować do różnych tłustych bitów, nie rymy jednak zapłaciły za gruby złoty łańcuch, równie złotego rolexa, ciuchy najdroższych streetwearowych marek i niebieściutkie, zaledwie trzyletnie audi S6. Za te dobra zapłaciły Józia spryt, bezwzględność i determinacja oraz ciężka praca Rudej i jej dwóch koleżanek, nad którymi Józio sprawował niezbyt czułą opiekę.

Tak przynajmniej lubił o sobie myśleć i mówić, jak o prawdziwym self-made manie, jednak Ruda dobrze wiedziała, że za wszystko zapłacili rodzice Józia, pochodził Józio bowiem ze znanej prawniczej rodziny, wcale nie nazywał się Pudel, a alfonsem został głównie na złość staremu, porzuciwszy prawo na UW po drugim semestrze. Wtedy właśnie uznał, że pierdoli mamę i tatę i nie chce już więcej tego dobra i szczęścia, i życzy sobie zasmakować prawdziwego życia, zyskać szacunek ludzi ulicy, zwłaszcza że rodzice przepisali nań studwudziestometrowe mieszkanie na Górnym Mokotowie, za które dalej płacili czynsz. Biznesem i koleżankami zarządzała Ruda, Józia trzymała jedynie dlatego, że chętnie płacił za przywilej uchodzenia za jej alfonsa i prawdziwego człowieka ulicy.

Kiedy zajechał pod podły hotelik, paliła papierosa i trzęsła się z zimna. Wyskoczył z auta. 

– To jaki jest plan? – zapytał. 

Ruda przewróciła oczami. 

– Wchodzimy tam, ty go lutujesz na ryj, bierzemy hajsy i spierdalamy, proste przecież. 

Józio aż podskoczył z uciechy.

– Ej, normalnie jak Bonnie i Clyde! Albo urodzeni mordercy. 

Ruda już szła w stronę hotelu, ale na dźwięk słowa „mordercy” wykonała na prawym obcasie zwrot i obiema rękami chwyciła Józia za szmaty. 

– Jacy mordercy, kurwa, idioto? Żadni mordercy. Lutujesz typa w ryj, bierzemy kwit, wychodzimy. Żadnych trupów. 

– Ej weź, to jest oryginalny Off-White – zaskomlał Józio Pudel, ratując bluzę przed długimi szponami Rudej. – O filmie mówiłem!

– Kinoman się kurwa znalazł. Idziemy. 

Pod drzwiami pokoju hotelowego Józia nagle opadły wątpliwości, gdyż uzmysłowił sobie, że nigdy w życiu nikogo nie uderzył – nie musiał: pieniądze tatusia załatwiały sprawy skuteczniej niż wątłe pięści Józia. 

– Słuchaj, Ruda, bo ja nie wiem. A jak on będzie silniejszy ode mnie…? Bo ja w sumie to nie bardzo się tak umiem bić – zapiszczał cichutko. 

Ruda spojrzała nań z pogardą i zapukała. 

Rozdział 8

Zarazek z wolna wybudzał się ze snu. Zacisnął palce na prześcieradle. Wymacał brzeg materaca. Z zamkniętymi oczami usiłował zgadnąć, gdzie się znajduje. Stawiał na własny dom albo izbę wytrzeźwień. Oba te miejsca były mu równie wstrętne i jednako znajome.

Uniósł powieki i usiadł na łóżku. Łóżko stało przy ścianie długiego korytarza o ścianach na przemian białych i brązowych, z mnóstwem wytartych drzwi po obu stronach. Podłoga miała kolor nagrobka, a w powietrzu unosił się nieśmiertelny zapach lizolu. Łóżek było więcej. Między nimi miotały się pielęgniarki w maskach i strojach ochronnych. Wyglądają jak Marsjanie czy inni Czarnobylanie, pomyślał Zdzisław Zarazek. Zawołał:

– Siostro! Siostro!

Pierwsza pielęgniarka nawet nie spojrzała w jego kierunku, piąta westchnęła na całe to pohukiwanie, a dziesiąta obiecała, że doktor przyjdzie najszybciej, jak zdoła. Mają tutaj przecież urwanie głowy.

Doktor zjawił się po półgodzinie, choć zdaniem Zarazka minęły przynajmniej trzy czwarte wieczności. Lekarz sadził susy, jakby biegł przez rzekę po głowach krokodyli. W niczym zresztą nie przypominał sługi Hipokratesa: miał lekko dwa metry wzrostu i żuchwę, którą po wyrwaniu z czaszki można by zatłuc przynajmniej tuzin Filistynów. Nad maską w jego sinej twarzy łypały umordowane oczy.

– Co się dzieje? – zapytał doktor.

– Chciałbym właśnie wiedzieć. Obudziłem się tutaj i…

– Nie mam czasu na takie ceregiele. Widzi pan, co się tutaj wyrabia? – Doktor machnął włochatą dłonią. – Jak się pan nazywa?

– Zarazek – odparł detektyw zgodnie z prawdą.

Na te słowa, twarz doktora przeszła w purpurę. Wydał z siebie nieokreślony dźwięk, jakby brzuch mu rozpruli. Chwycił Zarazka za fraki i bez wysiłku podniósł z łóżka.

– Słuchaj, skurwysynu jeden, jestem na nogach prawie sześćdziesiąt godzin, żarłem głównie batoniki z automatu, ale pacjenci nawet ten automat mi spierdolili, więc nie rób sobie ze mnie jaj, bo jak ci jebnę, to ci się jabol z ogólniaka odbije.

– Ja naprawdę nazywam się Zarazek. Zdzisław Zarazek – szepnął detektyw i zacisnął powieki, szykując się na cios. Ten jednak nie nadszedł. Zarazek pogrzebał w kieszeni. Wydobył portfel, a z niego dowód osobisty sklejony przeźroczystą taśmą. Drżącą dłonią podał go lekarzowi.

– No dobra – sapnął doktor. – Leż tu grzecznie. Mamy obłożenie. Zaraz ktoś się tobą zajmie. Potem zrobimy testy i tak dalej.

– Na co znowu testy? – zapytał Zarazek.

Lekarz cisnął nim o łóżko i sobie poszedł. Zarazek musiał odpowiedzieć sobie sam. Chwilę to zajęło. Strach podbił mu serce tak, że rąbnęło w migdałki. Koronawirus! Zarazek natychmiast wypiął sobie kroplówkę. Wciąż miał na sobie dres. Buty leżały pod łóżkiem, tak samo jak kurtka.

Chwilę później Zdzisław Zarazek już szedł korytarzem. Wszystko, tylko nie testy. Jak większość dorosłych mężczyzn, Zarazek uważał, że przyczyną chorób nie są żadne wirusy czy komórki rakowe, lecz kontakt z przedstawicielami medycyny. Lekarz, jego zdaniem, wywoływał chorobę samym aktem diagnozy. Nie można było do tego dopuścić.

Sprawdził jeszcze kieszenie. Wymacał smartfon. Przypomniał sobie o Ronaldzie Pancernym, a zwłaszcza o jego żonie. Niepospolity umysł Zdzisława Zarazka natychmiast wszedł na wyższe obroty. Detektyw uruchomił wyszukiwarkę. Znalazł zdjęcie Ronalda, powiększył na cały ekran i skręcił do najbliższej sali. Pacjenci leżeli na łóżkach z wysokimi białymi poręczami, obłożeni przez soki owocowe w kartonach, tablety i grube zeszyty krzyżówek. Zarazek podchodził do każdego, podsuwał telefon pod nos i pytał:

– Widziałeś może tego człowieka?

Rozdział 9

Pistolet glock 19 jest pistoletem zupełnie zwykłym. Można powiedzieć: bez właściwości. W świecie broni palnej to ekwiwalent opla astry w świecie motoryzacji. Nie zachwyci nikogo, ale nadaje się w zasadzie do wszystkiego, nie jest ani bardzo mały, ani bardzo duży, w magazynku mieści piętnaście nabojów, czyli akurat tyle, ile powinien mieścić pistolet, obsługuje się go prosto i intuicyjnie, bez żadnych komplikacji, po prostu naciska się na spust i po każdym naciśnięciu spustu pocisk kalibru 9 mm opuszcza lufę z prędkością pozwalającą tej grudce metalu zrobić to, do czego ją przeznaczono, to znaczy skrzywdzić człowieka.

Taki właśnie glock 19 przysługiwał Ronaldowi Pancernemu jako broń służbowa. Był w końcu Pancerny funkcjonariuszem CBA i oprócz zdefraudowanych pięciu milionów przywłaszczył sobie również ten służbowy pistolet, który ściskał teraz w drżących, spoconych dłoniach, celując w Rudą i Józia Pudla.

Oboje stali pod ścianą, z uniesionymi rękami.

– Chcieliście mnie okraść, skurwysyny…! Z moich pieniędzy! – wrzasnął Ronald, aby dodać sobie animuszu i zyskać na czasie, bo w zasadzie nie wiedział, co powiedzieć ani co zrobić. Poza tym było mu głupio, że chwilę wcześniej uwierzył w historyjkę o zgubionym szkle kontaktowym.

– Akurat twoich – inteligentnie odpowiedziała Ruda.

– Ale ej, nie było mowy o żadnych pistoletach… – zaskowyczał szeptem Józio Pudel, który nie bardzo lubił, żeby do niego celować.

– No i co teraz? – zapytała Ruda.

– Teraz stąd wyjdziecie i nigdy nie wrócicie, a ja daruję wam życie! – wrzasnął ponownie Ronald.

– Ej, ale to jest dobry rym! – zauważył Józio Pudel. – Nigdy nie wrócicie, ja darowałem wam życie, które sobie pędziliście skrycie, na wakacjach w Splicie, albo na orbicie, co wy tam palicie…

Ronald wytrzeszczył oczy.

– O czym ten człowiek w ogóle… Nieważne. Wypierdalać stąd! – wrzeszczał dalej, tym razem jednak tak bardzo napiął przeponę, że ręcznik, do tej pory osłaniający lędźwie Ronald, zsunął się i oczom Rudej i Pudla Ronald objawił się w całym swoim przepychu człowieka prowadzącego raczej siedzący tryb życia.

– Nigdzie nie idziemy – powiedziała Ruda. – Przecież nas nie zastrzelisz.

– Zastrzelę! – jęknął Ronald, zasłaniając przyrodzenie lewą ręką, i zrozumiał, że istotnie, nie jest do końca gotów zastrzelić Rudą i jej towarzysza.

Ruda opuściła ręce.

– No to strzelaj – rzuciła wyzywająco, wiedząc, że oferma nie strzeli.

Ronald Pancerny ponownie chwycił pistolet w obie ręce i mocniej zacisnął palce na rękojeści, gestem, który widział w stu filmach sensacyjnych. Aktorzy zawsze tak śmiesznie przebierają palcami, trzymając te pistolety. Nie wiedział, co robić, ze służbowej broni w życiu wystrzelił dokładnie dziesięć razy na szkoleniu i nie było to miłe wspomnienie.

Ruda uśmiechnęła się pogardliwie.

– Bierz go, Pudel.

Józio Pudel wcale nie miał ochoty „brać” Ronalda, ale wiedział dobrze, że Rudej nie należy się sprzeciwiać, gdyż nie wierzy ona w bezstresowe wychowanie i zdarzyło jej się nieraz korygować zachowanie Józia metodami, do których nigdy nie uciekali się jego rodzice.

Rozmawiał też kilka razy z prawdziwymi gangsterami, którzy chętnie pokazywali mu swoje klamki i tłumaczyli, że kopyto może mieć każdy, ale nie każdy gotów jest nacisnąć spust. Do tego trzeba mężczyzny.

Na pewno nie mieli na myśli kogoś takiego, pomyślał Józio Pudel i skoczył w stronę nagiego Ronald, ten zaś zamknął oczy i nacisnął spust.

Pudel był martwy, zanim jeszcze upadł, krew z rozbitej pociskiem czaszki rozlała się po podłodze lepką kałużą.

Rozdział 10

Detektyw Zarazek poruszał się skokami, zgarbiony jak złodziej z kreskówki. Ostatni raz gnał tak jakieś trzydzieści kilogramów temu, kiedy uciekał przed kanarami, z marnym zresztą skutkiem. Jego zdaniem praca detektywa zakładała raczej leniwą obserwację oraz efektowne pojedynki na pięści, w których zawsze zajmował wysokie, drugie miejsce.
Bieganie odbierało godność. Biegać mógł jakiś krawężnik albo tępy Bruce Willis. Zarazek był jednak prawdziwym mężczyzną i dzielnie znosił wszelkie trudności. Biegł nie tylko dlatego, że miał mnóstwo chorych do obskoczenia. Gdzieś w głębi korytarza mignęła potężna sylwetka znajomego doktora i detektyw, w którym rozsądek zawsze górował nad odwagą, uznał, że unikanie tego olbrzyma będzie zmyślnym posunięciem.
Okno wychodziło na zapełniony parking, łyse drzewa i dalekie czteropiętrowe bloki. Ulicą przemknął autobus i dwa samochody policyjne. Dzień był piękny. Piękno zawsze rozczulało Zarazka, może dlatego, że bardzo się sobie podobał.
Odwrócił się od okna i podszedł do pierwszego lepszego pacjenta. Był to starszy facet z czerwonym nosem i wąsem zbrązowiałym od papierosów. W spracowanych dłoniach ściskał telefon komórkowy z małym ekranem i wielkimi klawiszami. Zarazek wyciągnął swojego eleganckiego smartfona – niech dziadek zobaczy, jak technologia poszła do przodu. Dziadek jakoś niespecjalnie się zachwycał. Wręcz przeciwnie: skulił się i zakopał się w pościeli, nad brzegiem kołdry łypały przekrwione oczy.
– Widziałeś tego człowieka? – zapytał Zarazek.
Nie doczekał się odpowiedzi. Dwaj inni pacjenci w tej sali zachowali się podobnie, ze wszystkich sił zasłaniali się przed Zarazkiem. Detektyw przestraszył się, że ma jakąś bliznę na twarzy czy coś jeszcze gorszego, przejrzał się w smartfonie, wyglądał jednak całkiem normalnie – usta miały konsystencję tortu, a wały nadoczodołowe i policzki zakleszczały oczy w wąskich kraterach.
Wyszedł na korytarz i czym prędzej wskoczył do następnej sali. Ogromny doktor zmierzał szybkim krokiem w jego kierunku. Zarazek zrozumiał, że musi za wszelką cenę uniknąć konfrontacji, miał bowiem pewność, że w bezpośrednim starciu mógłby skrzywdzić lekarza, czego z wrodzonej dobroci serca pragnął uniknąć.
W następnej sali pacjenci znów odsuwali się od Zarazka, a jeden z niepojętych przyczyn wybiegł na zewnątrz, wrzeszcząc wniebogłosy. Zarazek aż podłubał w nosie ze zdziwienia. Przestraszył się, że awantura ściągnie tutaj olbrzyma – i co wtedy? Musiał podjąć nadzwyczajne środki zaradcze. Podszedł do wyjątkowo wiekowego i umęczonego pacjenta, oznajmił, że działa dla dobra większej sprawy, i zdjął mu maskę z twarzy. Pacjent szarpał się, lecz słabo, spuentował ową szamotaninę gwałtownym charknięciem i zamknął oczy.
– Dziękuję panu ślicznie! – powiedział Zarazek, zakładając maskę. – Oddam, jak tylko przestanie być potrzebna.
Kontynuował swą doniosłą misję. Zaczepiał kolejnych pacjentów i pytał o mężczyznę na zdjęciu w telefonie. Pacjenci odpowiadali jakby chętniej i już nie próbowali skryć się pod materacem. Tylko ogromny lekarz ciągle podążał za Zarazkiem, rozglądając się ponad głowami pacjentów i pielęgniarek. Wreszcie zajrzał do sali, gdzie leżał pacjent ogołocony z maseczki. Wypadł stamtąd natychmiast, wrzasnął coś i potruchtał przez korytarz. Zarazek zgarbił się na tyle, na ile pozwolił mu brzuch i również przyspieszył.
Wciąż podsuwał telefon przed kolejne udręczone twarze i pytał:
– Widziałeś go? Widziałeś?
Prawdziwy mężczyzna nigdy nie porzuca misji. Jest jak wściekły pies, jak rekin rozszarpujący surfera. Zarazek spojrzał za siebie. Lekarz już nie szedł, tylko biegł, purpurowy ze złości. Pora na mnie, pomyślał Zarazek.
W tej właśnie chwili ktoś chwycił go za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Rzekł chrapliwie, jakby żuł żwir:
– Widziałem tego faceta. W hotelu, gdzie pracowałem. Dwa dni temu przyjechał, wczesnym popołudniem. Wiem, bo w piątek poczułem się źle i przywieźli mnie tutaj…

Rozdział 11

Ronald Pancerny był pewien, że to wszystko mu się śni. To przecież nie może być prawda. To wszystko jest nie do uwierzenia. Walizka z pięcioma milionami złotych, które skradł z funduszu operacyjnego CBA ktoś taki jak on, Ronald, który w życiu nie przekraczał prędkości na drodze i nie dostał nawet mandatu za złe parkowanie, a kiedyś na imprezie prawnie zemdlał ze strachu, kiedy dowiedział się, że na balkonie palona jest – nielegalna przecież! – marihuana.
Walizka z pięcioma milionami jednak leży pod łóżkiem.
I dalej, to musi być sen. Prostytutka, którą zamówił do pokoju ktoś taki jak on, Ronald, który wcale nie miał śmiałości do kobiet, bardzo wstydząc się swojego pulchnego, bladego ciała o wąskich ramionach i szerokim, nawykłym do biurowego fotela zadzie, które to ciało widział aż nazbyt wyraźnie w hotelowym lustrze, boleśnie obnażone przed wzrokiem Rudej. Kiedy wychodziła, Ronald pomyślał nawet, że poczuł do tej fachowej dziewczyny pewien afekt, że może ona widzi w nim mężczyznę, jakim tak naprawdę jest i jakiego nigdy nie widziała w nim jego żona. Poczuł to jeszcze mocniej, gdy wróciła, lecz gdy otworzył jej drzwi, bardzo boleśnie został zdradzony, gdy zrozumiał, że chodziło jej tylko o pieniądze.
To musi być sen.
Do tego broń, z której właśnie wystrzelił, głuchnąc prawie od huku zwielokrotnionego przez ściany ciasnego pokoju, łuska na podłodze i trup tego dziwnego, patykowatego mężczyzny, z którego przestrzelonej głowy nie przestaje ciec krew. On, Ronald Pancerny, który wzdragał się zabić nawet komara, nie jadał mięsa i na Facebooka wrzucał dużo memów przeciwko myśliwym – on zabójcą? W samoobronie, ale jednak?
To nie może być prawda. To musi być sen.
I do tego jeszcze ta pandemia, ludzie w domach pozamykani, przemykający ulicami w maseczkach i lateksowych rękawiczkach, na dodatek w telewizji przemawia ten minister z PiS-u, a więc polityk, który mówi pełnymi zdaniami, mającymi nie tylko podmioty i orzeczenia, ale nawet treść i sens, coś takiego się nie zdarza, sen to być musi.
– No to masz przejebane – zauważyła filozoficznie Ruda.
– Zamknij się…! – jęknął wciąż niedowierzający rzeczywistości Ronald i spróbował potrząsnąć groźnie bronią, szachując nią tę niegodną kobietę, która tak bardzo nadużyła okazanego jej zaufania. Groźba wyszła jednak dość żałośnie, bo oprócz pistoletu zatrzęsły się Ronaldowi również inne rzeczy, co ujrzał w lustrze i z oczu pociekły mu łzy.
– Zaraz psiarnia przyjedzie, obsługa na pewno już dzwoni – blefowała dalej Ruda, wiedząc, że nikt po psy nie zadzwonił, kiedy bowiem wchodzili z Pudlem na piętro, hotel wyglądał już na opuszczony przez gości, obsługę i Boga.
Józio Pudel bardzo ją rozczarował. Nie żeby miała co do niego złudzenia, mężczyźni rozczarowywali ją od kiedy pamiętała, od kiedy tatuś rozbił jej na głowie lalkę Barbie, którą dostała na komunię, liczyła jednak, że dla kogoś, kto tak pragnie gangsterskiego życia, obrabowanie pulchnego urzędasa będzie łatwym pierwszym krokiem w karierze przestępcy.
Nie czas jednak na rozważania o naturze ludzkiej, pomyślała. Trzeba działać.
– Nie doceniłam cię – powiedziała.
– Właśnie…! Nikt mnie nie docenia! Przez całe życie! – pisnął przez łzy Pancerny.
– Teraz widzę, kim naprawdę jesteś. Mężczyzną z prawdziwego zdarzenia. Pomyliłam się.
Pancerny otarł łzy wierzchem lewej dłoni. Czy to możliwe, żeby ta zdradziecka prostytutka miała rację? Oto przecież on, Ronald, nie tylko zrabował pięć milionów niezbyt teraz przydatnych złotych, ale na dodatek nie pozwolił ich sobie odebrać. Być może ten mężczyzna, groźny bandyta ściskający w dłoni służbowy pistolet, cały czas gdzieś drzemał w środku Ronalda i dopiero teraz się wybudził, dopiero teraz Ronald będzie mógł pokazać, ile naprawdę jest wart.
Oczyma duszy ujrzał siebie i Rudą, polskich Bonnie i Clyde’a czasów pandemii, jak przemierzają opustoszałe ulice czerwonym kabrioletem, który na pewno gdzieś można dostać, więc przemierzają Polskę, a może i Europę, piękni i okrutni, przeciwko czasom, przeciwko mieszczańskim przesądom, zamawiają zestawy w McDonaldzie, wcale za nie nie płacąc, rozbijają posterunki graniczne, urodzeni mordercy, romantyczni buntownicy, koniec z wegetarianizmem, być może w grę wchodziłyby nawet jakieś narkotyki!
Teraz rozumiał: cóż za idiotycznym pomysłem było chcieć zrobić wrażenie na tej kostycznej, oschłej kobiecie, jaką była jego żona. Nigdy nie okazywała mu szacunku, który widział teraz w wielkich zielonych oczach Rudej. On, Ronald Pancerny, zasługiwał na kobietę z krwi i kości, namiętną, gorącą, pełną wewnętrznego ognia.
Pociągnął nosem, opuścił pistolet.
– Ucieknijmy razem – powiedział.
Chciałabym kiedyś spotkać faceta, który nie jest idiotą, pomyślała Ruda.
– Myślałam, że już nigdy tego nie powiesz – odparła.
Słowa jej nie wybrzmiały jeszcze dobrze, kiedy drzwi do pokoju otwarły się z hukiem i stanęła w nich potężna, zwalista postać.
– Aha! I po nitce do kłębka – powiedział triumfalnie Zdzisław Zarazek i zakaszlał sucho, nie zasłaniając wcale ust.

Rozdział 12

„Boże, jaka ona jest piękna”, pomyślał Zarazek i zakaszlał ponownie, tym razem z zachwytu.

Przed sobą miał mężczyznę, którym był, jak się trafnie domyślił, sam Ronald Pancerny. Ów mężczyzna cały dygotał, a pistolet trzymany w mokrych dłoniach wymierzył w niespodziewanego gościa. Obok leżał sobie trup. Była też walizka pełna forsy, lecz Zarazek widział Rudą i tylko Rudą. Dosłownie wypełniała sobą pokój hotelowy. Ta figura modelki. Ta niewinna buzia. Zarazek nabrał powietrza i doszedł do wniosku, że Ruda jest więcej niż po prostu piękna. Wydała mu się najpiękniejszą kobietą na świecie.

Zachwycająca, lecz skromna. Pewna swojej urody, lecz elegancko ubrana. Takie właśnie skojarzenia gniotły się w gorejącej głowie detektywa Zarazka. Nie rozumiał tylko jednego: co taka dama, niewątpliwie członkini wyższych sfer, zapewne aktorka albo nawet socjolożka, robi w tym ponurym hotelu? Z zamyślenia wyrwał go nerwowy głos.

– Rączki, rączki – rozkazał Ronald Pancerny.

Zarazek ciągle gapił się na dekolt Rudej i wyobrażał sobie, co też mógłby zrobić ze swoimi rękami. Uniósł je bardzo wolno. Przy okazji uniosła się też koszulka, odsłaniając biały, obwisły brzuch z czarnym klejnotem pępka pośrodku.

– Kim jesteś? – Ronald Pancerny potrząsnął pistoletem.

Zarazek nawet nie spojrzał w jego kierunku.

– Nie bój się, księżniczko. Uratuję cię – wyszeptał.

– Co, kurwa? – wykrztusiła Ruda.

– Nigdy w życiu nie spotkałem nikogo tak pięknego. – Zarazek zrobił krok w jej kierunku. – Proszę wybaczyć śmiałość, ale… ja nawet nie wiem, jak nazwać to, co teraz czuję. Jestem oczarowany. Onieśmielony. Za jedną chwilę w pani towarzystwie oddałbym życie…

– Tak w sumie biorę dwie stówki za full serwis – poinformowała Ruda.

– Ej! Ja tu jestem! – rozdarł się Pancerny. – Rączki, mówię! Ani kroku dalej! Zarazek przystanął i wreszcie poświęcił Pancernemu dłuższe spojrzenie.

Owszem, Pancerny miał broń i wyglądało na to, że jest gotów wystrzelić. Przynajmniej do takiego wniosku skłaniał widok faceta z dziurą w głowie. Zarazek wiedział jednak, że w takich sytuacjach najważniejszy jest spokój. I moc autorytetu. Twarda, zdecydowana postawa powstrzyma każdą kulę. Przynajmniej tak sądził.

– Po prostu porozmawiajmy. Pan Pancerny, prawda? Jestem prywatnym detektywem – przedstawił się i wyjaśnił: – Wynajęła mnie pańska żona…

– No to pięknie. Tylko jej tutaj brakowało. Jeszcze krok, a strzelę panu w głowę.

Zarazek zrobił kolejny krok, zasłaniając sobą Rudą. Nie padł żaden strzał. Pancerny tylko potrząsał pistoletem.

– Nie wrócę do niej! – krzyczał. – Nie ma mowy! Masz pan jej to powiedzieć!

– W rzeczy samej o to chodzi – ucieszył się Zarazek. – Niech pan nie wraca do niej pod żadnym pozorem. Takie właśnie jest moje zadanie. Mam dopilnować, by pan nie wrócił. A skoro osiągnęliśmy porozumienie w tak fundamentalnej sprawie, to czy mógłby pan opuścić pistolet?

– Nie chce pan moich pieniędzy?

– Jakich niby pieniędzy? – zdziwił się Zarazek. – Naprawdę, dajmy sobie spokój z tym pistoletem…

Dwie krople potu sunęły równiutko po skroniach Ronalda Pancernego, znamionując gwałtowny proces myślowy. Westchnął i rzeczywiście zaczął opuszczać broń. Bardzo powoli.

– Tak, bardzo dobrze – zachęcił go Zarazek. Wciąż unosił dłonie wysoko nad głowę. Zrobił kolejny krok do przodu.

Wdepnął w krwawą plamę, pośliznął się i wrzeszcząc, runął prosto na Ronalda Pancernego.

Rozdział 13

Zdzisław Zarazek całe życie stronił od uprawiania sportu, odżywiał się niezdrowo, za to obficie, jednak w jego otyłym cielsku drzemało serce bohaterskie. W niejednej bijatyce niejeden ząb postradał, był czas, kiedy wytrząsał swoje potężne brzuszysko, ganiając w szaliku kochanej Legiuni, jego potężne pięści skruszyły niejedną szczękę, sam też niejeden raz zwijał się w kłębek na bruku, osłaniając rękami głowę i czekając cierpliwie, aż̇ przestaną kopać.

Ronald Pancerny wychowywał się w innych niż Zarazek, bezpieczniejszych dzielnicach. Gdyby nie walizka z pięcioma milionami, ich ścieżki zapewne nigdy by się nie przecięły. Pancerny panicznie bał się przemocy i nigdy się do niej nie uciekał, nie licząc nieszczęśliwego incydentu z przestrzeloną głową Pudla. Na myśl o tym, że miałby kogoś uderzyć, robiło mu się słabo, dlatego kiedy spadło nań waleczne sto trzydzieści kilogramów Zdzisława, to wynik konfrontacji był przesądzony.

Pistolet Ronalda ponownie wypalił, trafiając w kineskop starego, wyciszonego telewizora akurat w tej chwili, w której premier rozpoczął kolejne pełne otuchy i optymizmu przemówienie, i pół sekundy później nagi Ronald leżał już na wykładzinie, dzielny Zdzisław dosiadał go zaś okrakiem i otwartymi dłońmi wymierzał mu straszne razy, wykrzykując:

– Ładnie to tak damę na muszce trzymać, ładnie?

Dama tymczasem, korzystając z chwilowego zamieszania, wyjęła z kieszeni martwego Pudla kluczyki do audi, następnie sięgnęła po walizkę z milionami i unosząc ów cenny bagaż, wybiegła z pokoju, z którego dalej dolatywały rozpaczliwe wycie Ronalda i odgłosy ciosów wymierzanych przez rozpalonego świętym gniewem detektywa.

– Kobiety należy szanować, łajdaku! – wrzeszczał Zarazek, tłukąc Pancernego.

Ruda, nie oglądając się na swego zbawcę, zbiegła po schodach, przyciskając walizkę do silikonowych piersi, wypadła przed hotel, wskoczyła za kierownicę samochodu Józia Pudla i już miała nacisnąć przycisk „start”, gdy na szyi poczuła dotyk dwóch metalowych elektrod, następnie zaś potężne uderzenie prądu pozbawiło ją przytomności.

Marta otwarła tylne drzwi, wysiadła i przyjrzała się swojej ofierze. Wzruszyła ramionami i na wszelki wypadek jeszcze raz użyła paralizatora. Jakiś czas temu podwędziła go narzeczonemu, młodszemu aspirantowi z wydziału do spraw zwalczania przestępczości pseudokibiców KSP, a następnie wmówiła mu, że zgubił go po pijaku, co wpędziło młodego aspiranta w poważne kłopoty.

Ruda zwisała bezwładnie w pasach, Marta więc pas rozpięła, wyciągnęła szczupłą dziewczynę z samochodu i wciąż nieprzytomną ułożyła gustownie na chodniku. Narodowa kwarantanna zadbała o brak świadków. Marta wsiadła do auta, zamknęła i zablokowała drzwi, zerknęła do walizki, uśmiechnęła się do pieniędzy, po czym wyjęła telefon.

–  Kochanie, wszystko zgodnie z planem. Tak, oczywiście, tak jak ci mówiłam. Tak, ten idiota prosto ze szpitala doprowadził mnie do twojego męża, nie wiem, jakim cudem, może przypadkiem… Nie, nie widziałam go, ale mam pieniądze. Nie, no mówię, nie widziałam Rolanda, ale to jest ta walizka, srebrna i pełna hajsu… No wyszła z nią jakaś kurwa, przyjechała tu drogim autem, więc nie wiem, pewnie jakaś aktorka albo influencerka, albo coś. No możesz obczaić na pudlu, ruda taka. Nie, nie wiem, czy ma instagrama. No nie zapytam, bo jebnęłam ją prądem. Och, nieważne, nie trap tym swojej pięknej główki. Tak, kochanie, już jadę. Spokojnie, nie denerwuj się, naprawdę, wszystko zgodnie z planem. Mamy pieniądze, ten idiota Zarazek będzie się teraz woził z tym twoim idiotą, a my spokojnie zrealizujemy plan. Zabieram to audi i już jadę do ciebie. Tak, noszę maseczkę, bez obaw. Też cię kocham.

Rozłączyła się, wrzuciła wsteczny i w kamerze cofania ujrzała znaną sobie postać detektywa Zarazka. Wyraz jego twarzy znamionował rozczarowane oraz głęboką konfuzję.

Rozdział 14

Mecenas Witold Lek wybrał numer do swojego syna. W telefonie zabrzmiała idiotyczna melodyjka. Dobroduszny mecenas wielokrotnie prosił tego głupiego, niewdzięcznego gnojka, by ją odinstalował, niewdzięczny gnojek tłumaczył, że nie potrafi, i wówczas mecenas przestawał być dobroduszny. Być może smarkacz robił mu na złość, jak zawsze. Przecież nie skończył studiów z czystej przekory. Był też głupi, tchórzliwy i miał nazbyt wysokie mniemanie o sobie. No ale był jedynym synem mecenasa Leka, a ten traktował swoje ojcowskie obowiązki poważnie.

Policzył do dziesięciu i się rozłączył. Dziesięć sekund, jego zdaniem, wystarczało aż nadto, by człowiek odebrał telefon. Potem miał najwyżej dziesięć minut na oddzwonienie. Jeśli nie odebrał ani nie oddzwonił, należało sądzić, że nie żyje bądź lekceważy mecenasa Witolda Leka. Nie wiadomo, co gorsze. Lek podszedł do okna. Popatrzył na Warszawę. Jego syn leżał gdzieś pijany albo martwy. Józek miał może nasrane w głowie, ale zawsze odbierał telefon.

Okno dobrego pana mecenasa wychodziło wprost na park Morskie Oko, teraz opustoszały mimo ostrego słońca. Zagubieni żule zbijali się w niewielkie grupki, zadzierali głowy i można by pomyśleć, że wyczekują bombardowania. Nieliczni przechodnie trzymali się daleko od siebie i każdy zachowywał się, jakby śmierdział. Takie właśnie porównanie pojawiło się w głowie Witolda Leka. Jego zdaniem śmierdzieli niemal wszyscy. Ohyda bliźniego ujawniała się również poprzez zapach.

Mecenas lubił jednak swój widok z okna. Lubił też swoje piękne mieszkanie na pierwszym piętrze, kolekcję dzieł sztuki z Opałką i Nowosielskim na czele, sejf pełen złota i ogromną bibliotekę z pierwszymi wydaniami Sienkiewicza, Reymonta i Prousta w oryginale. Mecenas nie czytał, francuskiego nie znał wcale, uważał jednak, że sama obecność starych książek uduchowia i czyni mądrzejszym. Mądrość miała i inne źródło. Witold postanowił z niego zaczerpnąć. Nalał sobie bowmore’a na palec.

Gdzie jest ten gówniarz? Co się z nim stało?

Mecenas cieszył się torfowym posmakiem alkoholu i martwił się losem syna. Przeczuwał najgorsze. Przecież wiedział od dawna, że tak będzie. Durny Józek wymyślił sobie, że zostanie gangsterem. Nadawał się do tego jak chuj do wbijania pali na rzece. Zresztą mecenas Lek znał prawdziwych przestępców, bo ich bronił. W dobrych czasach szastali forsą i życiem innych, a gdy robiło się krucho, każdy sprzedałby własną matkę byleby tylko urwać parę lat z wyroku.

No ale Józio wiedział lepiej. Słuchał swoich rapsów i bujał się z dziwkami. Takie właśnie wybrał życie. I życie się od niego odwróciło.

Za oknem żule żebrali o pieniądze. Przechodnie umykali przed nimi strwożeni. Oto niespodziewana konsekwencja epidemii: nikt nie da pieniędzy pijakom. Najbardziej potrzebujący pozostaną trzeźwymi.

Witold Lek zadzwonił raz jeszcze do syna. Policzył do dziesięciu i się rozłączył. Odłożył pustą szklankę, narzucił płaszcz i zszedł do garażu, gdzie oczekiwało czarne maserati. Zdaniem mecenasa jeżdżenie po pijaku uchodziło ludziom o jego majątku i pozycji. Wierzył w przeznaczenie, w karmę. Miał swój cel. Żaden policjant go nie zatrzyma.

Znajdzie swojego syna. Albo jego ciało.

Ten, kto skrzywdził Józia Leka, znanego też jako Józef Pudel, pożałuje, że się urodził. Umrze w straszliwych cierpieniach. Podobny los czeka jego rodzinę, bliskich, przyjaciół, sąsiadów, koty i kanarki. Nikt nie zostanie oszczędzony.

Mecenas Lek, anioł zemsty, wyjechał na słońce.

Rozdział 15

Gdy w latach dziewięćdziesiątych w Polsce szalała dzika prywatyzacja, mecenas Lek, świeżo po aplikacji, korzystając z przeciętnej, ale komunikatywnej znajomości języka angielskiego oraz wrodzonych zasobów sprytu i hucpy, został pośrednikiem między zagranicznym kapitałem a masą upadłościową kraju, który nagle, po upadku ZSRR, stracił rynek zbytu dla swojego przemysłu. Witold był przy każdej dużej prywatyzacji i zgarniał tłusty procent, ale przede wszystkim tkał wokół siebie delikatną i skomplikowaną sieć towarzyskich i zawodowych stosunków, zależności, rozbudowanych rachunków przysług i zobowiązań.

Z Kwaśniewskim, Oleksym i Millerem był na ty. Z Kozłowskim i każdym kolejnym szefem ówczesnego Urzędu Ochrony Państwa pijał wódkę przynajmniej raz w miesiącu, co nie zmieniło się, kiedy z UOP zrobili ABW. Z komendantami policji chadzał na dziwki. Dobrze wiedział, kto i dlaczego wykończył Papałę. Kiedy amerykańscy generałowie przyjechali do pałacu prezydenckiego negocjować zakup F-16, podśmiechując się w duchu z naiwnych Polaczków, wierzących w jakieś offsety niczym wyznawcy kultu cargo, mecenas Lek osobiście nalewał im wódki, uśmiechając się tajemniczo i słuchając w milczeniu.

Wiele nagrań z podsłuchów zamontowanych w restauracyjnych stolikach, domach schadzek, przytulnych garsonierach czy wypożyczanych luksusowych samochodach przeszło przez ręce mecenasa Leka i każde skopiowane, skatalogowane i opisane spoczęło w specjalnym sejfie. Pamięć do twarzy miał Lek fotograficzną, tak doskonałą jak do nazwisk: pamiętał, jak się nazywają czyje dzieci, czym zajmuje się żona i gdzie mieszka kochanka, czy ukochany piesek to labrador, czy bulterier, i czy raczej narty, czy snowboard, czy wino, czy whisky. Każdemu był przyjacielem, chyba że ktoś był mecenasowi wrogiem.

Tak, miał wielu wrogów, wszystkich ich rozpoznał, policzył i uszeregował według zagrożenia, jakie sobą reprezentowali.

Jeden z nich popełnił samobójstwo, wyskakując z własnego balkonu.

Drugi miał paskudny wypadek na przejeździe kolejowym, jakby w aucie zablokowały się hamulce, pociąg rozsmarował go na długości pięćdziesięciu metrów.

Trzeci odsiadywał dwanaście lat i sam nie wiedział za co.

Kolejny, ubezwłasnowolniony i zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, spokojnie drzemał w kokonie z takiej dawki benzodiazepin, że ukoiłaby nawet słonia w rui, jeszcze inny po prostu zniknął, zaginął, przepadł jak kamień w wodę, mecenas Lek wiedział zaś doskonale, że w jego wypadku to porównanie było wyjątkowo celne.

Reszcie Lek pozwalał żyć, wychodząc z założenia, że wróg znany, rozpoznany i pod pewną kontrolą jest mniejszym zagrożeniem niż wróg potencjalny, który może zająć jego miejsce.

Zaprawdę, odnalezienie głupiego gnojka nie przekraczało możliwości mecenasa Leka. Wybrał numer od razu, kiedy tylko wyjechał z podziemnego parkingu. Numer należał do majora ABW, pracującego aktualnie w Departamencie Bezpieczeństwa Teleinformatycznego, którego z mecenasem Lekiem łączyła barwna, momentami awanturnicza przeszłość.

– Lek mówi. Zamknij się i słuchaj, bo to jest na asap. Chuj mnie jakaś epidemia obchodzi, powiedziałem ci, żebyś się zamknął, tak? No. Chcę dokładną lokalizację telefonu mojego syna. Nie pierdol, że się nie da, bo ja się wczoraj nie urodziłem. Kurwa, Jacuś, nie zmuszaj mnie, żebym ci groził, bo zawsze potem mam zgagę. No.

Dwie minuty później w esemesie przyszedł link do Google Maps. Nawigacja poprowadziła maserati mecenasa jak po sznurku i kiedy podjechał pod podły hotelik na Woli, oczom jego ukazał się dziwny obrazek: oto chłopisko ogromne i grube, odziane w dres i kurtkę skórzaną, waliło obiema dłońmi w tylną szybę niebieskiego audi, które Lek pół roku temu kupił synkowi na urodziny. Kierowca audi usiłował wyjechać z parkingu na wstecznym, czemu wielki chłop próbował nieudolnie zapobiec. Na asfalcie obok leżała rudowłosa dziewczyna. Uniosła głowę, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje, jakby właśnie się przebudziła, zaś w tym samym momencie, w którym mecenas zatrzymał samochód, z hotelu wybiegł półnagi, owinięty tylko ręcznikiem człowiek, którego twarz mecenas znał, chociaż teraz jej rysy zniekształcała krew cieknąca z rozbitego nosa.

Pół sekundy zajęło mu przewertowanie mentalnego katalogu mord i już wiedział: to niejaki Ronald Pancerny, frajer i płotka, jednakże z CBA. Mecenas poznał go kiedyś na przyjęciu pełnym ludzi służb, a zapamiętał tylko dlatego, że ów miał bardzo przystojną żonę, która na dodatek chętnie publicznie Pancernego upokarzała, opowiadając po trzecim kieliszku wina, jakim to jest nieudacznikiem.

Interesujące, interesujące – pomyślał mecenas, niczym ogar węsząc ciekawy trop, a potem przypomniał sobie, że gdzieś tutaj jest jego syn.

Rozdział 16

Detektyw Zarazek nie zwrócił nawet uwagi na maserati, które zaparkowało na hotelowym parkingu. Nie widział też chmur, ptaszków, pomarańczowego tramwaju czy nawet Rudej i Pancernego, który cwałował w jego stronę owinięty ręcznikiem. Zarazka interesowało wyłącznie audi i jego pasażerka, Marta. O co jej chodziło? Dlaczego ucieka? Czemu nie chce go wpuścić? Te i inne pytania kłębiły się w głowie Zarazka. Marta jakby telepatycznie poznała ich treść i udzieliła odpowiedzi zbiorczej, wystawiając środkowy palec.

Oburzony i zszokowany Zarazek podjął jeszcze jedną próbę zatrzymania niezbyt dobrze wychowanej asystentki. Swoją wiedzę o pracy detektywa czerpał z doświadczenia, ale i filmów policyjnych, które uważał za raport ze świata. Skoro Bruce Willis i Mel Gibson czynili różne cuda, to jemu, Zdzisławowi Zarazkowi, również było wolno. Marta wrzuciła wsteczny i zaczęła wykręcać z parkingu. Zarazek zmobilizował wszystkie siły i rzucił się na maskę samochodu.

Początek miał nawet niezły. Prasnął brzuchem w miękką stal, chwycił się lusterek i trzymał się mocno, przynajmniej do pierwszego zakrętu. Wbijał wzrok w Martę i wrzeszczał, z gniewu i strachu jednocześnie. Wzrok Marty był zimny, a twarz ponura. Szarpnęła kierownicą. Detektyw Zarazek wciąż trzymał się lusterek. Niestety, lusterka nie trzymały się już samochodu i Zarazek pomknął na bolesne spotkanie z asfaltem.

Pozbierał się – jak na niego sprawnie i szybko – i pokuśtykał w stronę hotelu, gdzie z asfaltu zdążyła podnieść się Ruda.

– Nic ci nie jest? – zapytał.

– A chuj cię to obchodzi? – odparła. – Forsa przepadła! Wszystko przepadło! A Józek tam leży. Czego nie rozumiesz?

Zarazek położył jej brudną dłoń na ramieniu. Rwał mu się oddech.

– Nie martw się, mała. Mam wszystko pod kontrolą. Spisałem numery.

– To moje auto, kretynie jeden! Właściwie Józia… Och, mój Józiu… –  zaczęła szlochać. Zarazek przyciągnął ją do siebie. Na chwilę zapomniał o Marcie, upadku i trupie w pokoju hotelowym. Ten łańcuch wydarzeń miał tylko jeden sens. Doprowadził Zarazka do tej niezwykłej kobiety.

– Znajdziemy ich – zapewnił. – tylko musimy się pospieszyć. Szybko. Do mojego auta!

Wzrok Rudej mówił jednoznacznie co sądzi o tym pomyśle, najwyraźniej jednak nie miała lepszego. Tymczasem Zarazek usiłował zrozumieć, co się właściwie tutaj dzieje. Kim był ten martwy facet? Jaką rolę w całej awanturze odegrał Ronald Pancerny? No i najważniejsze – dlaczego Marta go zdradziła? Nagle zrozumiał. Marta była przecież dobrą kobietą oddaną mu bez reszty. Podziwiała Zarazka, być może kochała. Nigdy nie odwróciłaby się od niego z własnej woli. Ktoś musiał zmanipulować ją jakimś haniebnym szantażem. Oszukał. Zmusił do rzeczy, których nie zamierzała robić. Kim był ten nikczemny człowiek? Zarazek wiedział, że musi odkryć prawdę. To było jego następne zadanie.

Zatopiony w myślach i obolały, nie dostrzegał tego, co rozgrywa się wkoło. Za nim stał Ronald Pancerny, wciąż skromnie odziany jedynie w ręcznik, bosy i bez pistoletu. Z maserati wysiadł wysoki, blady jak wampir mężczyzna i szybkim krokiem udał się w kierunku drzwi hotelowych. Przed nimi przystanął. Zrobił zdjęcie całej trójce, sfotografował bmw Zarazka i zniknął za mleczną szybą.

Rozdział 17

Mecenas Witold Lek siedział na plugawym łóżku, w plugawym pokoju, na trzecim piętrze parszywego hotelu, a czubki jego czarnych trzewików, na miarę obstalowanych u Kielmana, znajdowały się centymetr od kałuży krwi, która wypłynęła z głowy jego syna jedynego Józia, który sam siebie przezwał Pudlem.

Mecenas siedział bardzo spokojnie. Nie krzyczał, nie płakał, nie lamentował, albowiem uważał, że na okazywanie emocji mogą sobie pozwolić tylko aktorki i politycy. Lek pozostawał chłodny, nie płakał nawet na pogrzebie matki.

Jednak w środku, w sercu mecenasa Leka gorzał ogień.

Lek wsłuchiwał się w swoje emocje, spokojnie analizując to, co działo się w jego wnętrzu. Co więc czuł, patrząc na ciepłe jeszcze zwłoki swojego pierworodnego?

Gdzieś na samym dnie, tam, gdzie w Witoldzie drzemała jeszcze resztka człowieczeństwa, tam tliły się rozpacz i ból, jakie każdy ojciec czułby, patrząc na martwe ciało swego syna.

Jednak mecenas nie był każdym ojcem, dlatego powyżej bólu unosiło się rozczarowanie. Oto dałem ci wszystko, ty zaś postanowiłeś wydać to na kokainę, kurwy i te żałosne ubrania dla nastolatków. Mogłeś być wszystkim, a postanowiłeś być kimś takim i umrzeć w taki sposób.

Mecenas wspominał swoje skromne początki, ojca, którego nigdy nie poznał, małe mieszkanko na Grochowie, zapracowaną matkę po czterech klasach podstawówki, która sprzątała cudze mieszkania tylko po to, by jej syneczek mógł skończyć prawdziwe studia i skończył je, pomiędzy synami ministrów i sędziów, skończył je z najlepszym wynikiem.

A Józio? Mógł studiować na Harvardzie, robić praktyki w najlepszych kancelariach wschodniego wybrzeża, wszystkie drzwi były dlań otwarte, te, które Witold w swoim życiu musiał wyważać pracowitością, zażarciem, sprytem, dla Józia stały otworem. Wystarczyło podnieść się i przez nie przejść, Józio jednak wolał wysiadywać z ziomkami na murku, żreć pizzę z pudełka, zaś szczytem jego ambicji było omijanie kolejki na selekcji w klubach.

Kiedy jest się kimś takim jak mecenas Witold nie można szanować kogoś takiego, kim stał się jego syn.

Obok rozczarowania było jednak coś jeszcze, coś, co tłukło się w piersiach mecenasa i był to gniew, święty, diabelski gniew, który mecenas Witold Lek czuł wtedy, kiedy ktoś odważył się wyciągnąć rękę po coś, co należy do niego.

Ostatni raz tak mocno czuł ten święty gniew dawno temu, w szalonych latach dziewięćdziesiątych, przypomniał sobie to wyraźnie, jak w zaroślach nad Wisłą z trzema osiłkami z Mokotowa rozciągnęli na ziemi pewnego cinkciarza, który na przyjęciu zaczął się zalecać do żony mecenasa i na oczach mecenasa klepnął ją w tyłek.

Lek odrąbał mu wtedy rękę, którą ten dotknął czegoś, co Lek uznawał za swoją własność. Ale nie było mu jeszcze dość, więc odrąbał mu też drugą, potem to, co zostało z cinkciarza wrzucili do Wisły i dopiero gdy otarł krew z twarzy poczuł w tym gorejącym gniewie ulgę. Piękne, szalone lata dziewięćdziesiąte.

Józio był największym rozczarowaniem w życiu mecenasa, mecenas jednak, niczym rzymski pater familias, również Józia uważał za swoją własność, którą tymczasem ktoś odważył się popsuć, popsuć nieodwracalnie.

Odetchnął głęboko.

Wstał, rozejrzał się po pokoju. Ból i rozpacz po stracie syna zgasły, zalane potopem gniewu. Na podłodze obok łóżka leżał pistolet, zapewne narzędzie zbrodni. Mecenas Lek oczywiście nie zamierzał sięgnąć po tę broń, wybiec przed hotel i strzelać, chociaż wiedział doskonale, że odpowiedzialne za śmierć jego syna muszą być kreatury, które minął pod pustym hotelem. Każdy, kto był przy śmierci Józia będzie cierpiał o wiele bardziej i o wiele dłużej niż jego syn.

Odetchnął jeszcze raz, nie po to, żeby się uspokoić, bo był spokojny, ale po to, by poczuć swój gniew jeszcze mocniej, poczuć, jak rozpala mu trzewia. Nie, nie pozwoli by zajmowała się tym policja, psiarnia jest dla normalnych ludzi i sądy też są dla normalnych ludzi, nie dla mecenasa Leka.

Wyciągnął telefon, zrobił zdjęcia, po czym zatelefonował pod numer, pod który zatelefonować uznał w tej sytuacji za stosowne.

Rozdział 18

Detektyw Zarazek uważał się za człowieka litościwego i wyrozumiałego. Pobłażał sobie bowiem i chętnie tłumaczył wszelkie własne potknięcia. Mało tego, widział siebie jako prawdziwego humanistę. Miał jednak szczególną wizję humanizmu. Mianowicie za ludzi godnych współczucia uważał jedynie siebie i wszystkie piękne kobiety, jakie spotykał. Owszem, zastanawiał się, czy nie zabrać ze sobą biednego Ronalda Pancernego. Patrzył jak ten cwałuje przez parking, odrywając bose stopy od asfaltu. Białe ciało Ronalda trzęsło się jak galareta, w którą wbito elektrody. Detektyw Zarazek pomyślał, że ten facet ma naprawdę ciężko. W życiu nie chciałby się znaleźć na jego miejscu. Zapytał o radę swoje dobre serce. Serce odpowiedziało, że na pewno ktoś inny pomoże Pancernemu. Zarazek wcisnął gaz i odjechał z parkingu, odprowadzany przez przekleństwa, w których było coś o matce detektywa i jej licznych niedostatkach. Ręcznik, uwolniony od rozszalałych dłoni byłego pracownika CBA uwolnił się i niesiony wiatrem pomknął na spotkanie gałęzi pobliskiego drzewa.

– Wszystko dobrze? Jak się czujesz? Czego ci trzeba? – dopytywał Zarazek Rudą.

– Walizki mi trzeba, cymbale jeden. Walizki z tą całą forsą.

– Musisz tak ostro?

– Jestem kurwą. Kurwą, która straciła szansę życia. Czego się spodziewałeś?

– Nie mów tak o sobie – poprosił Zarazek. Kontynuował, starannie dobierając słowa. – wiem, że mogłaś wiele przejść. Życie pięknej kobiety naznaczone jest cierpieniem. Pewno mówiono o tobie różne potworne rzeczy… Ale nie można w nie wierzyć. Ten, który nazwał cię słowem na ka, po prostu chciał cię skrzywdzić.

Oczy Rudej zrobiły się wielkie jak dziura budżetowa.

– Ja jestem kurwą. Dziwką. Prostytutką. Pracuję w sektorze usług seksualnych. Dama to towarzystwa ze mnie. Kurtyzana. Panna lekkich obyczajów. Taki mam zawód i w sumie go lubię, choć wolałabym siedzieć na forsie, pić szampana i pierdzieć bąbelkami. Czego jeszcze nie rozumiesz?

– Kazali ci tak myśleć o sobie, ja wiem. Były mąż? Kochanek? Nie przejmuj się. Przy mnie zapomnisz o nim i o tym jak cię wyzywał…

Mknęli przez niemal pustą Warszawę. Mijały ich autobusy i tramwaje ogołocone z pasażerów. Bez przerwy jeździły karetki na sygnale. Chodnikiem sunęli dumni staruszkowie, zaś w serce Zarazka wkradł się niepokój. Może nawet wyrzut sumienia? Przypomniał sobie o Annie Pancerny. Przecież przysiągł sobie, że między nimi wydarzy się coś wspaniałego. W jej ufnych oczach widział podobną nadzieję. A jednak siedział w samochodzie z piękną, rudowłosą księżniczką jadąc, tak po prawdzie, w nieznane. Czy to już niewierność? – pytał sam siebie. – Czy on, Zarazek, jest jeszcze dobrym człowiekiem?

– Kim ona była? – zapytała Ruda. Zarazka aż zmroziło.

– Ona? Nikt taki… To nic poważnego. Przyszła do mnie ze zleceniem. Więcej jej nie widziałem… – wykrztusił.

– Mówię o tej pannie, która poraziła mnie prądem. Kim ona była? – Ruda po raz pierwszy poświęciła Zarazkowi dłuższe spojrzenie. – jak dawali rozum to stałeś po najki, prawda?

– Co? A… najki nowiutkie, ładne, prawda?  – odparł Zarazek. – to moja asystentka. Zastanawiam się właśnie, co ją ugryzło.

– Już ja ci powiem co. Pomyśl lepiej gdzie ją teraz znajdziemy.

Zarazek niechętnie posłuchał tego polecenia. Uważał się, jak wiemy, za człowieka czynu, zaś myśl miał za rdzę na pancerzu męstwa. Uświadomił sobie jednak jak niewiele wiedział o Marcie. Co lubi? Z kim się spotyka? Gdzie mieszka? To ostatnie pytanie wydało mu się szczególnie istotne.

– No, ja myślę że Marta będzie w domu.

– Upadłeś na głowę? Kto po takim numerze wraca do siebie na chatę.

Akurat zatrzymali się na światłem. Zarazek obrócił się ku Rudej. Otarł jej policzek wierzchem kciuka.

– Oczywiście, że wróci do domu. Nikt się tego nie spodziewa. Poza mną. Pamiętaj laleczko… Jestem detektywem!

W gałęzie klonu obok zaplątało się coś białego. Czyżby ręcznik biednego Ronalda doleciał tak daleko?

Rozdział 19

– Tak, zaczekam pięć minut. Tak. Weź kopyto. Hotel „Pod dzielnym Huzarem”, na Woli. – powiedział Lek do telefonu, po czym się rozłączył.

Czuł jak zemsta w nim rośnie, niczym drożdżowe ciasto, puchnie i nabiera kształtu. Było to uczucie tak podniecające, że smutek, jaki mógłby czuć patrząc na ciało Józia zginął zupełnie pod tym spokojnym, świętym gniewem.

W drzwiach pokoju stanął Ronald Pancerny, pozbawiony już ręcznika. Zasłaniał przyrodzenie obiema rękami, co, jak Lek zaraz zauważył, było zasadniczo przesadą, bo wystarczyłyby dwa palce.

Mecenas Lek wstał, uśmiechnął się przyjaźnie.

– Dzień dobry panie Pancerny. Może zechce mi pan opowiedzieć co tu się wydarzyło i kto zabił mojego syna? – zapytał uprzejmie.

Pancerny otworzył usta, po czym je zamknął, po czym jeszcze raz otworzył, albowiem rozpoznał człowieka, który stoi przed nim. Usiłował coś powiedzieć, ale udało mu się wydobyć z siebie tylko jedną, za to długą samogłoskę.

–  A-a-a-aaaaa…

–  Może gdyby się pan ubrał, to łatwiej byłoby panu rozwinąć tę wypowiedź? – kontynuował sympatycznie mecenas.

Pancerny rozejrzał się w panice, wszedł, sięgnął po spodnie z szarego, nieco zbyt ciasnego garnituru, w którym dokonał najodważniejszego czynu swojego nudnego życia, którego owoce tak łatwo utracił. Wciągnął spodnie w pośpiechu, prawie się przy tym przewracając. Potem koszula. Guziki zapiął krzywo, więc rozpiął i zapinał od nowa, trzęsącymi się dłońmi.

Mecenas czekał z uprzejmą cierpliwością.

–  No więc?

Pancerny mrugał szybko oczami.

To wszystko mi się śni. To musi być sen, pomyślał. Cała ta zaraza, wirus, walizka z pięćsetzłotówkami, pistolet, trup i teraz Lek, najstraszniejszy człowiek Warszawy, Witold

Lek, którego nawet premier boi się bardziej niż Kaczyńskiego, a Kaczyńskiego boi się przecież panicznie, tenże Witold Lek stoi w tym pokoju i pyta, kto zastrzelił jego syna. To nie może być prawda, to musi być sen.

Zamykał oczy i otwierał je, licząc, że zaraz obudzi się w swoim małżeńskim łóżku, obok żony, która surowym głosem poleci mu, żeby wstał i zrobił jej kawę, co nagle nie wydawało mu się już tak beznadziejne jak wcześniej.

Wstanie, załączy telewizor w kuchni, w TVN24 nie będzie wirusa ani zatroskanej twarzy ministra Szumowskiego, więc zrobi tę kawę, przyniesie ją Annie do łóżka, Anna nawet mu nie podziękuje, on westchnie, założy garnitur i pójdzie do biura, po ulicach będą chodzić ludzie bez tych idiotycznych maseczek, wiosna jest, można będzie usiąść gdzieś w ogródku, popatrzeć na dziewczyny, pozbywające się zimowych okryć, wygrzać się już na słońcu… Tak, to wszystko mu się śni. Zaraz się obudzi. Żadnego wirusa. Żadnego mecenasa Leka. Żadnego hotelu. Zaraz się obudzi.

Lek podszedł do Pancernego, przyjrzał mu się z bliska. Czego ten idiota tak mruga i mruga? Na wszelki wypadek strzelił Pancernego w pysk otwartą dłonią.

Pancerny przestał mrugać, chwycił się za piękący policzek, rozpłakał się. To nie jest sen. To nie jest sen. To się dzieje naprawdę.

–  Panie mecenasie, ja… ja… ja… – wyjąkał.

– Panie Pancerny. Proszę mi odpowiedzieć na pytanie, zanim stracę cierpliwość. Co tutaj się wydarzyło? Niech pan mówi prawdę.

Prawdę? Prawdę!

Pancerny już wiedział co robić. Musi się zdemaskować, inaczej Lek mu nie uwierzy. Wyznać wszystko poza najważniejszym.

–  Ja… Ja zdefraudowałem pięć milionów z funduszu operacyjnego, panie mecenasie i się tutaj ukryłem… I zamówiłem sobie, tą, no… No kurwę. Bardzo przepraszam pana. I ona… Ona przyszła tu z… Z tym… Z tym… Z tym chłopcem i z takim… Z takim… `z takim grubym… I oni…

–  No…? – ponaglił go groźnie Lek.

Pancerny poczuł się nagle jakby rozwiązał bardzo trudną łamigłówkę.

–  Oni się pokłócili, ten gruby zabrał mi służbowy pistolet i zastrzelił tego… Tego chłopca!

Lek uśmiechnął się do Pancernego. Nie wierzył mu w ani jedno słowo. – To teraz sobie tutaj zaczekamy parę minut – powiedział i usiadł na łóżku.

W tym samym zaś momencie, w którym Lek postanowił czekać, Zarazek nie przestawał działać.

Ruszył spod świateł, ani na chwilę nie odrywając wzroku od Rudej. Piekłem wydawała mu się każda sekunda, w której nie cieszyłby oczu widokiem jej pięknej, nawet jeśli nieco zmęczonej twarzy i wydatnego, twardego biustu. Silikonowe cycki niezwykle Zarazka podniecały, ponieważ uważał, że to wspaniałe, kiedy kobieta tak bardzo stara się właśnie dla niego.

–  Co robisz, idioto! – zdążyła krzyknąć Ruda, i dopiero wtedy wpatrzony w nią Zarazek kątem oka spojrzał na jezdnię i zrozumiał, że już nie uniknie zderzenia ze stojącą w poprzek drogi policyjną suką, wesoło mrugającą niebieskim światłem.

Rozdział 20

Dzielny detektyw Zarazek kilkukrotnie znalazł się w sytuacji, którą można by uznać za fatalną, czy nawet zagrażającą życiu. Zawsze mężnie stawiał czoła niebezpieczeństwu, mądry jak biskup i odważny do szaleństwa. Raz staruszka, którą śledził na zlecenie chciwego wnuczka, poszczuła go psem. Pies zwał się Kukuś i był rottweilerem. Nieustraszony Zarazek odważnie wgramolił się na klon i przeszedł po gałęzi poza ogrodzeniem, tracąc jedynie portfel, buty, komórkę i klucze od domu. Zyskał zaś dziurę w portkach.  Całe to zdarzenie uznał za zwycięskie. Babcia rzeczywiście zakopała złoto pod agrestem, wnuczek nie posiadał się ze szczęścia i zaraz wysłał przelew. Tak wygrywa się z przeznaczeniem, myślał Zarazek. I tylko nocami budził się z krzykiem. Śniły mu się bowiem oczy i kły Kukusia.

Niewierny mąż, przyłapany na zdradzie, poprzysiągł zemstę. Porwał Zarazka, wywiózł do lasu Kabackiego, tam dał łopatę i kazał kopać grób. Sam siedział na obalonym pieńku i machał pistoletem. Zarazek zastosował nieuświadomiony zabieg taktyczny: zaczął jęczeć i chlipać, że nie da rady z tą łopatą i prosi, by go od razu zastrzelono. Sapał, pocił się, purpurowiał i bladł na przemian, aż wreszcie runął powalony atakiem serca. Przy okazji upadł też plan niewiernego męża – ten pojął co tak naprawdę się dzieje, zadzwonił po pogotowie i oddał się w ręce policji, ratując Zarazkowi życie, które planował odebrać.

Dwaj drobni oszuści planowali utopić Zarazka w kanale miejskim, ten jednak ocalił siebie, bohatersko klinując swoje ciało w otworze studzienki kanalizacyjnej. Takich przypadków było mnóstwo. Zarazek wierzył w swoje szczęście, inteligencję, odwagę i zdolność do błyskawicznej oceny sytuacji. Aż do dziś.

Wygramolił się z dymiącego bmw, otarł czoło i ocenił rozmiar zniszczeń. Obok, wsparta o sprasowaną karoserię chwiała się Ruda. Uwadze Zarazka nie uszło, że pot seksownie perli się na jej piersiach. Jakby specjalnie dla niego.

Bmw dosłownie staranowało radiowóz. Auta zakleszczyły się ze sobą. Jeden policjant mamrotał coś z głową na kierownicy, drugi leżał na chodniku. Zginął? Jest nieprzytomny? Nie wiadomo. Strach zapłonął w piersi Zarazka. Co teraz będzie? Powinien się zgłosić. Wykonywał swoje obowiązki służbowe. Na pewno zostanie zrozumiany i wysłuchany.

A potem popatrzył na Rudą. Taka piersiasta, dobra i niewinna. Pieniądze o których wspominała stanowią szansę na lepsze życie, na które zasłużyła, a którego jej odmówiono. Nie można do tego dopuścić. Zarazek postanowił działać. Nie dla siebie, lecz dla niej. No dobrze, dla ich wspólnej przyszłości.

– Nie martw się, kochana – powiedział. – wyciągnę cię z tej kabały.

– Kim ty kurwa człowieku jesteś? – wyszeptała Ruda.

Zarazek wiedział kim jest, a przede wszystkim kim za chwilę będzie. W innych czasach wypadek wzbudził by zainteresowanie licznych przechodniów. Zbiegliby się, kręcili komórkami całe zajście i, o zgrozo, próbowali pomagać. Zarazek znał się na ludziach i wiedział, że od bezinteresownej pomocy lepszy jest nawet nóż pod żebro. Teraz jednak nikt się nie zainteresował. Ulica była pusta.

Podniósł policjanta z chodnika. Zdjął mu koszulę, spodnie, podniósł czapkę. Zabrał broń, szmatę, wszystko. Policjant rozruszał się trochę, oddychał i świszczał. Zarazek wiedział doskonale co musi zrobić. Znajdzie Martę. Dowie się, dlaczego musiała go zdradzić i ukarze człowieka, który stał za tym szwindlem. Odzyska pieniądze i razem z Rudą odjadą ku zachodzącemu słońcu. Tak właśnie będzie.

Przebrał się w mundur policyjny. Koszulę mógł zapiąć tylko na jeden, trzeszczący guzik.

W tym czasie Ruda próbowała zapalić papierosa.

– Królewno, uciekajmy – powiedział Zarazek.

Rozdział 21

Niebieskie audi bardzo przypadło Marcie do gustu. Przez pustawe ulice jechała szybko, wielokrotnie łamiąc ograniczenia prędkości, czterysta pięćdziesiąt koni rwało się do przodu, tylko na zimówki było już zbyt ciepło, zbyt miękka guma nie trzymała się asfaltu.

Annę Pancerny poznała niedawno, kiedy ta, pod nieobecność Zaraza, jeszcze przed pandemią przyszła wywiedzieć się w kwestii materiałów do sprawy rozwodowej. Marta wzięła to zlecenie sama, nie informując o tym Zdzisia, uzbrojona w lustrzankę z potężnym obiektywem sama śledziła Ronalda, którego nie dało się przyłapać na niczym, co mogłoby pozwolić Annie w uzyskaniu rozwodu z orzeczeniem o winie. Coraz częściej spotykała się jednak z tą klientką, która zwierzała jej się z tego, jak bardzo nieszczęśliwa była w małżeństwie z nieudacznym Ronaldem, nad kolejnym kieliszkiem białego wina płakała, mówiąc, że ukojenia nie przynosiły jej też kolejne romanse z kolegami z pracy. Ci zwykle po przypieczętowaniu podboju tracili zainteresowanie potrzebami emocjonalnymi Anny, które jeszcze kilka dni wcześniej, jak jej się zdawało, interesowały ich bardzo żywo.

Marta była dobrą, ciepłą, zainteresowaną słuchaczką. Nie przeszkadzało jej ani to, że Anna się powtarza, ani to, że przy drugiej butelce wina zaczyna bełkotać, nie przeszkadzało jej, że kiedy po raz trzeci spotkały się na „kawie”, która za każdym razem oznaczała przynajmniej dwie butelki wina, Anna przy stoliku mocno ściskała ją za ręce, nie przeszkadzało jej też to, że w taksówce zaczęła ją całować, ani to, jak gwałtownie zrywała z niej bluzeczkę w skromnym, ale bardzo gustownym mieszkaniu Marty, ani to, że po wszystkim płakała, wtulona w nią, szlochała, że to jej pierwszy raz z dziewczyną i że dopiero teraz zrozumiała czego brakowało jej przez całe długie życie. Marta głaskała ją po głowie i zapewniała, że nie, życie wcale się dla niej jeszcze się skończyło, skoro właśnie teraz przydarza jej się coś takiego. A co jeszcze może się przydarzyć, pytała wtedy Anna, Marta odpowiedziała zaś, że następnym razem przyniesie jej MDMA i wtedy dopiero zobaczy jak wyglądać może bliskość.

W ciągu tych kilku tygodni uznała, że Anna jest miłością jej życia. Anna sądziła tak samo. Marta nie przestawała śledzić Pancernego i gdy pokazała Annie zdjęcia, na którym wychodził z siedziby CBA z aluminiową walizką, aby potem schronić się w tym parszywym hotelu, Anna wiedziała od razu, że Ronald ukradł gotówkę z funduszu operacyjnego. Wiele razy o tym fantazjował, przy kolacji potrafił przez kwadrans przynudzać o tym, jak liche są zabezpieczenia, jak łatwo byłoby wynieść ogromne, substancjalne kwoty i jak dużo czasu minie, zanim ktoś się zorientuje. Kiedy więc dokonał kradzieży, obie postanowiły użyć detektywa Zdzisia do tego, by utrzymał Ronalda z daleka od Anny, aby ta nie stała się przypadkiem współwinna kradzieży – zaś w tym czasie Marta, osoba niezwykle zaradna, spostrzegawcza i inteligentna, przejmie walizkę z pieniędzmi.

Walizka leżała teraz na siedzeniu pasażera chyżego audi, które Marta zaparkowała właśnie pod mieszkaniem Anny. Sięgnęła po telefon, napisała tylko trzy słowa: „jestem, mam pieniądze”.

Anna zbiegła do niej jak na skrzydłach, spakowana była już dawno, wrzuciła mały neseser do bagażnika i wsiadła.

–  Mówiłaś, że nosisz maseczkę – powiedziała z troskliwym wyrzutem.

Marta zamknęła jej usta pocałunkiem, a kiedy po chwili zdołała oderwać się od warg Anny, pokazała jej niewielką fiolkę z przeźroczystymi kryszałami emki.

Anna uśmiechnęła się i powiedziała tylko: — Jedź, kochana. Jedź.

I Marta pojechała.

Rozdział 22

Ronald Pancerny przepracował swoje w CBA i jak sam uważał, miał pewną wiedzę odnośnie do radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Część tej cennej wiedzy uzyskał od kolegów, resztę zaczerpnął z filmów sensacyjnych, które bardzo lubił. Opowiadały o ekscytującym życiu, które nieoczekiwanie stało się jego udziałem. Owszem, siedział tutaj zupełnie bezbronny. Zabił syna znanego mecenasa. Ten mecenas słynął z braku skrupułów i przed chwilą zdzielił Ronalda Pancernego w gębę.

Było więc źle, lecz nie beznadziejnie. Ronald wiedział, że można się wykaraskać z każdych kłopotów.

Musi nawiązać więź z mecenasem Lekiem. Niech się odsłoni. Pokaże siebie z jak najlepszej strony. Wówczas w mecenasie Leku uruchomi się empatia i ona, ta empatia właśnie, w cudowny sposób uchroni Ronalda Pancernego przed zarobieniem kulki między oczy.

– Ja nawet nie wiem, co powiedzieć – wydukał Ronald Pancerny. – Taka tragedia. Takie nieszczęście. Ja próbowałem własną piersią tego chłopaka zasłonić. Może dlatego, że z żoną nie mamy dzieci. A bardzo byśmy chcieli. Staraliśmy się wiele lat, pan na pewno to zrozumie. Ja w życiu bym do takiej sytuacji jak ta nie dopuścił i mam silne, szczere poczucie, że wszyscy tutaj jesteśmy jej ofiarami. To znaczy tego grubasa. I dziwki. Całe zło przez grubasów i dziwki, tak właśnie myślę. Proszę pana, gdyby każdy trzymał apetyt i chuja na wodzy, świat zaraz byłby lepszym miejscem, nie sądzi pan?

Pytanie zawisło w powietrzu. Twarz mecenasa Leka była blada i nieruchoma jak nagrobny marmur. Do hotelowego pokoju wszedł wysoki mężczyzna z teczką. Nosił czarne spodnie, czarny krawat i białą koszulę bez rękawów. Wyglądał zupełnie jak jeden z mormonów, których Pancerny w dawnych, dobrych czasach widywał na mieście. Tyle że mormoni poruszali się parami, a ten gość był jeden. Miał może trzydzieści lat i zimne oczy.

– No i proszę, przyszedł pan Pucybut. Pogadacie sobie – zapowiedział mecenas Lek i spojrzał na struchlałego Pancernego. – To znaczy ty sobie pogadasz. Pan Pucybut ma pełno zalet, lecz elokwencji próżno wśród nich szukać.

Pan Pucybut ruszał się, jakby był nakręcany. Namoczył papier toaletowy i starannie starł stolik. Na lśniącym blacie położył walizkę. Z walizki wydobył młotek, obcęgi, trzy różne noże, piłę o mocnym stalowym ostrzu, dłuto, sekator, kastet i brzytwę. Wszystko to ułożył obok siebie, w równej odległości. Obok umieścił talerzyk zabrany spod szklanki, sięgnął po papierową torebkę i wysypał z niej kuleczki marcepanowe. Zmiął torbę, odłożył walizkę i usiadł.

– Pan Pucybut uwielbia marcepan. I zawsze przy nim pracuje – rzekł mecenas Lek.

Jakby na potwierdzenie tych słów pan Pucybut zjadł marcepanową kuleczkę. Podniósł obcęgi i odłożył. Z młotkiem zrobił to samo. I tak dalej. Aż zatrzymał się na sekatorze.

– Kto zabił mojego syna? – zapytał mecenas Lek.

Pan Pucybut wstał, sięgnął po linkę i skrępował Pancernemu nadgarstki oraz kostki. Strach odebrał mowę Ronaldowi. Oni tylko żartują, prawda? Wyciągnęli te wszystkie straszne narzędzia, żeby go postraszyć. Tylko troszeczkę. Gorączkowo układał wypowiedź, która miała go wyzwolić z tej kabały. Chciał powiedzieć o swojej żonie, o Annie Pancerny i o tym, że chciał ją jedynie uszczęśliwić. Ania zasługiwała na to, co najlepsze. Ania była wyniosła, piękna i wiecznie niezadowolona. Jej niezadowolenie również było piękne. Ukradł dla Anny. Uciekł dla Anny. Właśnie to miał powiedzieć, gdy pan Pucybut odciął mu kciuk sekatorem.

– Kto zabił mojego syna? – mecenas Lek powtórzył swoje pytanie, a Ronald Pancerny, szarpany bólem którego istnienia wcześniej nie znał ani nie przeczuwał, zredukowany tylko do tego bólu, do ognia pędzącego z dłoni do czaszki, pogubił wszystkie słowa i wydobył z siebie to jedno, jakie zdołał wykrztusić.

– Ania…

Rozdział 23

– Kto? – powtórzył pytanie Lek, nieco zdziwiony.

– Moja żona… Anna… Pancerny – zawył Pancerny, bo na nic więcej nie było go stać. Przed obcięciem kciuka pan Pucybut związał go bardzo starannie, więc biedny Ronald nie mógł zrobić nic poza wyciem.

– No nie sądzę, ale zaraz sprawdzimy. Panie Pucybut, proszę kontynuować, zobaczymy czy zmieni zdanie – odparł Lek.

Pucybut uciął Pancernemu palec wskazujący tej samej dłoni.

Aby nie słuchać jęków i wycia, Lek wyszedł na korytarz, wyciągnął telefon i ponownie zadzwonił do swojego znajomego majora z ABW.

– To znowu ja. Lokalizacja telefonu Anny Pancerny z ostatnich dwunastu godzin i bieżąca. Bez dyskusji, majorze, nie mam na to czasu.

Wrócił do pokoju, gdzie nieprzytomny Ronald pozbawiony był już wszystkich palców u lewej dłoni. Pan Pucybut założył mu na rękę stazę uciskową, odcięte palce umieścił zaś na lodzie, w niewielkiej, przenośnej lodówce, którą przyniósł ze sobą oprócz walizeczki.

– I co? – zapytał Lek.

– To on. Mówi, że chłopak przyszedł tu z rudą kurwą, na jej polecenie rzucił się na niego, typ strzelił w samoobronie.

– Kłamie?

– Proszę mnie nie obrażać, mecenasie. Przy mnie nikt nie kłamie. Tylko zatrzymało mu się krążenie. Szok. Mamy parę minut, zanim będzie po chłopie.

– Obudź go.

Pucybut wyciągnął z walizki dwie strzykawki, jedną zwykłą, drugą wyposażoną w igłę grubą i bardzo długą. Odsłonił pulchną pierś Pancernego, palcami precyzyjnie wyznaczył miejsce wkłucia, po czym wbił długą igłę w serce Ronalda i nacisnął tłok.

Poruszone 0,1-procentowym roztworem adrenaliny, a jednocześnie tyleż razy złamane serce Ronalda Pancernego powróciło do bicia, do pompowania krwi przez zapchane cholesterolowymi złogami tętnice.

Pancerny otworzył oczy i pomyślał: jak to dobrze, że ten koszmar już się skończył. Od tej pandemii sny są takie straszne: puste ulice, walizka, pieniądze, kurwa, zabójstwo, a na koniec Lek i ten potworny człowiek, obcinający mu palce jeden za drugim. Tylko dlaczego jest związany? Spojrzał rękę i poczuł ból. Nie miał ani jednego palca u lewej dłoni.

Pucybut tymczasem znalazł żyłę w prawym przedramieniu Pancernego i tam wstrzyknął zawartość drugiej strzykawki.

– Co to jest? – zapytał Lek.

– Morfina. Żeby nie krzyczał za bardzo.

Telefon mecenasa zrobił ciche „ping” – to major z ABW przysłał dane lokalizacyjne telefonu Anny Pancerny.

Lek przewinął ekran smartfona, szybko przeanalizował informacje.

– Oczywiście wcale jej tu nie było – wzruszył ramionami – ale to już wiemy. Zabiłeś mojego syna, Ronald. Niestety nie masz dzieci, więc nie mogę ich skrzywdzić, ale skrzywdzę wszystkich, których kochasz. Najpierw pojedziemy po twoją żonę, która, jak widzę, właśnie ucieka z Warszawy. A potem… Powiedz mi, Ronald, czy twoi rodzice żyją? Bo nie miałem czasu sprawdzić.

– Nie żyją, nie, nie… – zajęczał Pancerny przez łzy, pogrążając się w morfinowym haju.

– Czy pan Pucybut ma cię raz jeszcze zapytać? – indagował przyjaźnie mecenas.

Pucybut żwawo sięgnął po obcęgi.

– Nie, nie, przepraszam, przepraszam, żyją oboje, tak, tak, mieszkają na Natolińskiej, w Śródmieściu – płakał Pancerny.

– Dobrze. To najpierw pojedziemy po twoją żonę, zajmiemy się nią po drodze, a potem wszyscy razem złożymy wizytę twoim rodzicom.

– Mecenasie… – Pan Pucybut podniósł rękę, jakby zgłaszał się do odpowiedzi.

– Słucham pana, panie Pucybut.

– To, zdaje się, byłoby nielegalne zgromadzenie, w świetle rozporządzenia ministra zdrowia z dnia dwudziestego czwartego marca bieżącego roku.

– Ależ ja mam bardzo żywotną potrzebę, panie Pucybut, dla której muszę opuścić moje miejsce stałego zamieszkania – uśmiechnął się Lek. – Poza tym tylko my dwa wyjdziemy z tego zgromadzenia żywi. Przyjechałeś vanem?

Pan Pucybut skinął głową. Bardzo lubił pracować z mecenasem Lekiem. Cenił sobie jego opanowanie i profesjonalizm.

– Bierz go, jedziemy.

Zeszli na dół. Pan Pucybut wrzucił chlipiącego Pancernego do obszernej paki białego, oklejonego reklamą firmy ogrodniczej vana, następnie siadł za kierownicą. Lek zajął miejsce obok, z telefonem wskazującym na bieżąco położenie Anny Pancerny w ręku.

Ruszyli.

Rozdział 24

Mieszkańcom Warszawy, którzy ryzykując życie, zdecydowali się na opuszczenie domów ukazał się osobliwy widok. Na przystanku autobusowym miotał się ogromny, tłusty mężczyzna wciśnięty w za mały mundur policyjny. Spodnie niemal pękały mu na udach, a czapka bez przerwy zsuwała się na purpurowe, jakby nabrzmiałe czoło. Mężczyzna ten, być może przebieraniec albo uciekinier z domu dla obłąkanych, bez przerwy sprawdzał rozkład, zerkał w stronę pustej jezdni, zaciskał usta i unosił ku niebu pięści wielkie i białe jak patisony. Obok rudowłosa panna z wielkim silikonowym biustem udowadniała czynem, że za nic ma zakaz palenia. Nieliczni warszawiacy przystawali na widok tych dwojga. Starsi pukali się w głowy bądź kreślili koślawe krzyże w powietrzu, młodsi kręcili tę osobliwą parę smartfonami i wrzucali filmiki w internet.

Detektyw Zarazek, bo to o nim oczywiście mowa, przeklinał złośliwość losu w swojej dobrej duszy. Przez cały dzień widział autobusy i tramwaje pędzące ulicami Warszawy, jakby przyszłość tego smutnego miasta, a może i świata, zależała od wożenia zarażonego powietrza, w którym kiszą się nieliczni, skwaszeni pasażerowie. Czy wszystko sprzysięgło się przeciw niemu? Diabeł istniał naprawdę i merdał czarnym ogonem w planach detektywa Zarazka? W innych okolicznościach zamówiłby taksówkę. Niestety, jak większość prawych i szlachetnych osób, Zarazek był bez grosza. Na szczęście jego wielki sojusznik, rozum, odnalazł wyjście z sytuacji.

Wyjściem tym okazał się szczupły Hindus, który zawzięcie pedałował z kanciastym plecakiem Uber Eats na plecach. Zarazek planował zatrzymać go wyciągniętą dłonią, wykorzystując potęgę swojej sylwetki, niestety źle obliczył odległość i tempo jazdy roweru. Hindus nadział się na miękką, lecz nieustępliwą pięść Zarazka i teraz siedział na chodniku, łypiąc przerażonymi oczami. Jego postrach szos rąbnął o asfalt.

– Rekwiruję ten pojazd w imieniu prawa! – huknął Zarazek. Hindus splótł dłonie na głowie i zaczął lamentować w swoim języku. Zarazek podniósł rower, położył z powrotem, oblizał się, wrócił do Hindusa, zdjął mu plecak i przerzucił przez ramię. Hindus wydał z siebie bolesne westchnienie, jakby uszła z niego cząstka duszy. Zarazek dla odmiany odzyskał wigor. Wgramolił się na rower i zawołał wesoło do Rudej:

– Hej, mała, jedziemy!

Dziewczyna wahała się chwilę. Cóż, jazda na rowerze z facetem, który właśnie staranował samochód policyjny, wydawała się równie dobrym pomysłem co kaszlenie na wszystkich wokoło. No ale ten facet był jedyną szansą na odzyskanie walizki z pieniędzmi. Ruda umościła się przed Zarazkiem. Ruszyli. Zarazek dzielnie pedałował przez Warszawę. Rower uginał się pod ciężarem ich dwojga. Trochę trwała ta jazda. Marta mieszkała na dalekiej Sadybie.

Jeździli pół godziny w kółko, nim Zarazek znalazł właściwy adres. W końcu skąd miał wiedzieć, gdzie mieszka jego asystentka? Był przeznaczony do rzeczy wyższych. Ściemniało się. Marta zajmowała niewielki domek przy cichej ulicy. Okolica sprawiała wrażenie opuszczonej. Okna domu Marty były ciemne, a drzwi zamknięte. Zarazek położył rower na chodniku. Chciał zrobić to cicho, lecz nie wyszło. Patrzył na dom, podpierając się pod boki.

– Umiesz się dostać do środka? – zapytała Ruda, z niewielką nadzieją w głowie.

– Oczywiście – odparł zadowolony z siebie Zarazek – ale najpierw załatwmy sprawy najpilniejsze. Z pewnością jesteś bardzo głodna…

Nim Ruda zdążyła odpowiedzieć, podekscytowany Zarazek zrzucił plecak z logo Uber Eats i otwarł go, ciekaw, co czeka w środku. Usiadł po turecku na chodniku i zachęcił Rudą, by zrobiła to samo. Zdjął czapkę i oblizał palce. Zawsze tak robił, kiedy nie mógł ich umyć.

Pościgi, strzelaniny i miliony traciły znaczenie postawione wobec perspektywy posiłku. Tej właśnie prostej prawdzie służył detektyw Zarazek. Otworzył kartonowe pudełko i natychmiast zaczął jeść.

Trafiła się capricciosa z podwójnym serem.

Rozdział 25

Jechały siódemką na północ, minęły właśnie lotnisko w Modlinie, Marta prowadziła. Anna siedziała obok, nerwowa i niepewna.

– Powinnyśmy się pozbyć tego auta, może już je zgłoszono jako kradzione – powiedziała.

– Tylko jak my teraz sprawimy sobie nowe? – zafrasowała się Marta, na co Anna wskazała na mieszczący się na wyniosłym słupie billboard, ogłaszający wszem i wobec, iż u jego stóp mieści się komis samochodowy Zbig Car Plus.

Właściciel Zbig Car Plus, szczurkowaty typ imieniem Zbigniew, wyglądał jakby przeniósł się tu prosto z giełdy samochodowej wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Miał nawet skórzany kołczan prawilności, noszony zupełnie nieironicznie.

Marta oświadczyła, że potrzebują kupić auto od ręki, za gotówkę, musi być zarejestrowane w Polsce, jak najmłodsze i bezawaryjne. Zbig podrapał się po szczeciniastym policzku, nad maseczką, którą nosił ściągniętą pod brodą. Ręką w pożółkłej, gumowej rękawiczce odpalił szluga, zmierzył wzrokiem niebieskie audi, którym obie panie zajechały na jego plac i powiedział, że on tu salonowych wozów raczej nie sprzedaje… Marta była jednak nieugięta. Zbigowi nie podobał się też plik pięćsetek, kto to panie pięćsetkami płaci, ale kiedy dostał ich dwa pliki po sto, to przestał wydziwiać. Zapytał co z tą audicą, Marta odparła, że to nie jego rzecz, ktoś tu po nią przyjedzie i niedługo później obie panie wyjechały z komisu niepozornym, czarnym oplem, wartym najwyżej pięćdziesiąt tysięcy.

Kierowały się dalej na północ.

Ta biała furgonetka jedzie za nami już od dobrego kwadransa – powiedziała Marta, spoglądając w lusterko.

– To na pewno nic takiego – uspokajała ją Anna, jednak kiedy wskaźnik temperatury silnika zawędrował na czerwone pole a spod maski zaczęło dymić, Marta uznała, że nie ma wyboru i skręciła nagle na pusty, przydrożny parking, pod zamkniętą teraz restauracją o lekceważącej geografię nazwie „Góralska chata”.

Furgonetka, oklejona reklamą firmy ogrodniczej, zjechała za nimi.

–  Nie wysiadaj – powiedziała Marta, przyglądając się furgonetce w lusterku.

Wysiedli z niej dwaj mężczyźni. Żaden z nich nie wyglądał na ogrodnika, jeden odziany elegancko, drugi niczym przemierzający warszawskie ulice mormoński misjonarz. Mormon żuł jakieś cukierki, elegant dziarsko ruszył w ich stronę.

– O kurwa, to jest mecenas Lek! – jęknęła Anna, otworzyła drzwi i wyskoczyła z samochodu.

– Kurwa, mówiłam, żebyś nie wysiadała, warknęła Marta i wysiadła również. Słyszała kiedyś to nazwisko

– Panie mecenasie, co za spotkanie, jak to możliwe… – zaczęła Anna niepewnie, ale człowiek o aparycji mormona przerwał jej uderzając ją bez ostrzeżenia pięścią w szczękę ciosem, który znokautowałby nawet boksera wagi ciężkiej. Anna padła nieprzytomna.

Elegant przyjrzał się Marcie.

– Nie wiem kim jesteś – powiedział. – Ani co robisz z tą szmatą. Nazywam się Lek, mecenas Lek. Słyszalaś o mnie?

–  Słyszałam – potwierdziła, zaciskając zęby.

– Świetnie. To jest pan Pucybut. Ja jestem złym człowiekiem, owszem, ale pan Pucybut to dopiero bestia, rozumiesz?

Pan Pucybut uśmiechnął się, skrępował nieprzytomnej Annie nogi i ręce zaciskowymi trytytkami, po czym podszedł do Leka.

–  Tą też, panie mecenasie? – zapytał, przegryzając marcepan.

Jego wyobraźnia pracowała już na pełnych obrotach, tyle pięknych chwil czekało go z tymi dwiema kobietami, które niedługo będą bardzo cierpieć z jego świętych rąk.

–  Zaczekaj – uspokoił go Lek. – To jest moment, w którym pan Pucybut wyciąga pistolet, grozi ci, a ty grzecznie dajesz sobie skrępować ręce i zapraszamy cię do naszej furgonetki, gdzie pan Pucybut na oczach pana Ronalda Pancernego zada pani Annie Pancerny nieludzkie cierpienia, aby pomścić śmierć mojego nieudanego syna Józia. Ja zaś się zastanawiam, czy ta sprawa dotyczy cię, dziewczyno, czy cię jednak nie dotyczy. Może pan Pucybut nie musi wyciągać pistoletu, a ty możesz po prostu odjechać w swoją stronę. Więc zastanów się, co odpowiesz.

Marta nic nie odpowiedziała. Wyciągnęła po prostu zza siebie rękę z policyjnym paralizatorem i wystrzeliła dwie elektrody w pana Pucybuta. Resztę zrobił prąd elektryczny, powalając pana Pucybuta na ziemię. Lek patrzył na to z niedowierzeniem.

–  To było bardzo głupie… – zaczął, ale nie skończył, gdyż Marta kopnęła go w głowę, może niezbyt efektownym, ale bardzo skutecznym, okrężnym kopnięciem, z którego jej trener muay thai bez wątpienia byłby dumny.

Lek padł na ziemię jako, po Annie i Pucybucie, trzeci.

– Nigdy więcej nie mów „szmata” o kobiecie, chuju — wysyczała Marta, zmieniając kartridż w taserze. Miała ich jeszcze kilka.

– Pomocy! Tu jestem! Pomocy! – wrzasnął z furgonetki Ronald Pancerny.

Rozdział 26

Ludzi można poznać po tym w jaki sposób jedzą pizzę. Sposób spożycia mówi o nas wszystko. Dla przykładu, Ruda brała drobne kęsy i z lubością skubała ranty, zupełnie jak królik. Natomiast Zarazek wpychał sobie do ust cały, zrolowany kawałek. Mało brakowało, a keczup by mu uszami poszedł. Rantem jednak wzgardził, albowiem dbał o linię.

– No dobrze, księżniczko, musimy jakoś wejść do środka – detektyw Zarazek podniósł się znad kartonu. Dostrzegł lęk w oczach dziewczyny i rzucił pocieszająco. – wszystko będzie dobrze. Jestem w końcu znanym detektywem.

Znany detektyw najpierw sprawdził drzwi wejściowe. Trafnie rozpoznał brak alarmu i przez moment rozważał nawet otwarcie ich z buta. Pomyślał jednak, że rozum jest najlepszym z wytrychów i obszedł dom dookoła. Na tyłach znalazł uchylone okno. Ruda szła za nim. Poprosił, aby go podsadziła. Najlepsze byłoby siodełko. On, Zarazek, choć przeznaczony był do rzeczy najwyższych, miał pewne problemy z odrywaniem się od ziemi. Ruda nawet nie próbowała protestować. Przyklęknęła i splotła w dłonie, prosząc świętą Marię Magdalenę by but detektywa był w miarę czysty, żeby Zarazek nie wdepnął wcześniej w coś paskudnego.

Prośby Rudej zdały się na nic, a na domiar złego Zarazek wpakował się w nowe kłopoty. Owszem, wybił się całkiem nieźle, chwycił krawędzi parapetu i podciągnął się tak, że głowę i barki zdołał wsadzić do domu Marty. Reszta jednak nie chciała przejść. Zarazek próżno wciągał brzuch i wypuszczał powietrze, na darmo uwalniał gazy, zapierał się, szarpał, klął i kopał. Utkwił na dobre, z głową w salonie Marty i tłustymi nogami machającymi w powietrzu.

– Wyciągnij mnie! – zawołał na Rudą. – tylko delikatnie! Mam odparzenia!

– Mózg sobie chyba odparzyłeś! – warknęła Ruda. – no dobrze, tylko przestań kopać!

Zarazek posłuchał i zastygnął smętnie w oknie. Niestety, wysiłki Rudej zdały się na nic. Ciągnęła, szarpała, zaś Zarazek tkwił jak tkwił, niby szczur chory na puchlinę wodną. Ruda w końcu dała za wygraną.

– Zaraz coś wymyślę – powiedziała. – poczekaj tutaj.

Ruda poszła, zaś Zarazek został w oknie, bo co też innego miał zrobić? Opanowanie, z którego słynął, zaczęło go zawodzić. Znów machał nogami i złorzeczył Bogu, zaciskając przy tym pięści. Darł się też na Rudą i przeklinał Martę, że wpakowała go w taką kabałę. Był dla niej dobry, a ona co? Lekkomyślnie wpakowała się w kłopoty. Lamentowanie szybko umordowało Zarazka. Zawisł bezradny w oknie. Wodził wzrokiem po salonie Marty.

Marta mieszkała skromnie. Miała trochę książek, mnóstwo kwiatów i mały telewizor. Puste półki jakby czekały na zapełnienie. Bystre oko Zarazka zauważyły kartony po chińskim jedzeniu i otwartą butelkę wina. Obok, na drewnianej ławie stało oprawione zdjęcie. Była na nim Marta i jeszcze ktoś, kogo Zarazek z tej odległości nie potrafił rozpoznać.

Do pokoju wpadł promień światła. Stanęła w nim Ruda.

– Jak tu weszłaś? – zapytał zdumiony Zarazek.

– Normalnie, drzwiami. Użyłam spinki do włosów.

– Wiesz co… ty masz zadatki na prawdziwego detektywa. Może kiedyś cię zatrudnię?

– Wolałabym pracować u Heroda w przedszkolu – powiedziała Ruda. – może lepiej cię stąd wyciągnę…

Szarpanie Zarazkiem niewiele dało. Ruda przyglądnęła się detektywowi, jego czerwonej twarzy i miękkim ramionom.

– Po cholerę pakowałeś się tam w kurtce? Teraz będę musiała cię wypchnąć…

– Wypchnąć?

– Ogłuchłeś? Normalnie. Przesunę ten stół pod ścianę, oprę się tyłkiem o stół, a ciebie popchnę nogami – tłumaczyła, pokazując przy okazji co i jak. – jakoś to pójdzie… to znaczy ty pójdziesz. To jak, gotowy?

Minęła długa chwila, nim Zarazek zrozumiał o co chodzi. Nieśmiało protestował. Zwiesiłby głowę, gdyby już nie była zwieszona. Zgodę na rozpoczęcie operacji wyraził melancholijnym sapnięciem. Ruda zrobiła tak jak zapowiadała. Oparła się tyłem o stół. Stopy złożyła na ramionach Zarazka.

– Gotowy?

– Tak! Nie! To znaczy czekaj! – wołał Zarazek.

– Co znowu?

– Możesz mi pokazać to zdjęcie, co stoi na ławie? Tam, obok wina…

Ruda niechętnie spełniła tę prośbę. Zarazek wybałuszył oczy.

Fotografia przedstawiała Martę w czułym uścisku z Anną Pancerny.

– Czy ty… – zaczął Zarazek, ale nie dokończył. Ruda pchnęła go nogami ze wszystkich sił. Okno odkorkowało się z jękiem, po którym zabrzmiał odgłos upadku.

Rozdział 27

Mecenas Lek i pan Pucybut, z rękami i nogami skrępowanymi za pomocą trytytek siedzieli obok Ronalda Pancernego na pace białego vana.

– O kurwa – powiedziała Anna, patrząc na tych trzech mężczyzn i pocierając stłuczoną szczękę.

Obie z Martą stały przy bocznych, przesuwnych drzwiach furgonetki.

–  Musimy jechać do szpitala – płakał Ronald. – On mi obciął wszystkie palce w lewej dłoni. Ale schował je do lodówki. W tym kuferku. W szpitalu na pewno będą mogli mi je przyszyć.

Anna spojrzała na niego z pogardą.

–  Mógłbyś przynajmniej takich głupstw nie wymyślać… – powiedziała.

Ronald w odpowiedzi przewrócił się na brzuch, pokazując prowizorycznie zabandażowany kikut lewej dłoni, ręce bowiem związane miał za plecami.

Anna otwarła szeroko oczy, po czym odwróciła się i zwymiotowała.

– Macie kłopot – powiedział mecenas Lek. – Wiecie kto ja jestem? Jestem mecenas Lek.
– Już to słyszałam – powiedziała Marta.

Była jednocześnie spokojna i podniecona.

Spokojna bo lata treningu i pracy nad sobą nauczyły ją panować na emocjami, podejmować decyzje na zimno, racjonalnie, mimo buzującej adrenaliny. Spokojna również dlatego, że w tylną kieszeń dżinsów włożyła małego walthera, odebranego ubranemu jak mormon zbirowi. Lubiła broń, broń wyrównywała szanse. Była wicemistrzynią Polski w muay thai, znokautować wątłego prawnika kopnięciem to jedno, ale w starciu z ważącym dwa razy tyle co ona chłopem sprawy mogły pójść różnie — tymczasem z pistoletem w dłoni była równa każdemu. Z taserem zresztą też.

Była więc spokojna, ale była też podniecona. Całe życie przygotowywała się mentalnie i fizycznie na Wielką Przygodę. Oto zaś i ona, którą Marcie dane będzie przeżyć u boku miłości jej życia, zgiętej w tej chwili w pół i szarpanej torsjami, ale jednak.

Otarła usta Annie i podała jej butelkę wody ze zgrzewki, którą przezorny pan Pucybut woził w furgonetce.

– Jestem mecenas Lek i jestem naprawdę potężnym człowiekiem – powiedział mecenas Lek. – Radzę wam natychmiast mnie uwolnić. Inaczej będziecie miały przejebane. Obie.

– Już mamy – zauważyła Marta.

Anna chwyciła ją za ramię. Była przerażona, miotała się, Marta to rozumiała, nie każdy był przygotowany do Wielkiej Przygody tak dobrze jak ona.
– Marta, czy ty wiesz kto to jest…? – zajęczała. – Musimy go natychmiast uwolnić. To jest mecenas Lek. Oni obcięli Ronaldowi palce!

– Wam też obetniemy, jeśli natychmiast mnie nie uwolnicie – wysyczał Lek, który nie lubił mieć skrępowanych dłoni, chyba że chodziło o sytuacje nieco bardziej erotyczne, niż ta w której się właśnie znalazł.

– Myślę, że on nie kłamie – Marta zwróciła się do Anny. – Zadarłyśmy właśnie z bardzo potężnym człowiekiem. Który obciął twojemu mężowi palce. Albo kazał obciąć. Za to, że twój mąż zabił mu syna, w co, znając twojego męża, trudno uwierzyć, ale jednak myślę, że on nie kłamie.

– Boże, Boże, co my teraz zrobimy? – Anna była na granicy histerii.

Marta jeszcze raz w milczeniu przeanalizowała wszystkie fakty. Lubiła swoje palce. Nie lubiła zaś wcale bardzo potężnych ludzi, szczególnie mężczyzn. Nie lubiła ludzi, którzy jej grożą, szczególnie wtedy, kiedy mogą swoje groźby zrealizować. Wniosek z tej analizy był jasny, wyciągnęła więc walthera z tylnej kieszeni dżinsów, przeładowała i strzeliła dwukrotnie, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, strzeliła i dwukrotnie trafiła, przestrzeliwując głowy mecenasa Leka i pana Pucybuta.

Ronald Pancerny krzyczał ze strachu.

– Ale śmiesznie jakoś upadli – powiedziała Marta, patrząc na oba wykrzywione trupy. Wiedziała, że to cytat z filmu, ale wcale jej to nie przeszkadzało, bo rzeczywiście upadli śmiesznie i w sumie zawsze chciała to powiedzieć.

–  A co z twoim mężem? – zapytała, odwracając się do Anny i westchnęła, widząc, że ta znowu leży na ziemi, nieprzytomna.

Ronald nie przestawał krzyczeć, co Marcie nieco przeszkadzało. – Cicho, dobrze? – zwróciła się doń, pochylając się nad Anną.

Ronald przestał krzyczeć.

Rozdział 28

Detektyw Zarazek upadał w życiu wielokrotnie, wielokrotnie też obiecywał sobie, że wypracuje metodę na miękkie lądowanie. Do tego jednak nie doszło. Wyleciał z okna, wydając przy tym odgłos przypominający nieco dźwięk odkorkowywanego szampana i prasnął o ziemię całym majestatem swego ciała. W echu potężnego plaśnięcia zabrzmiało chrupnięcie. To jęknęła kruszejąca kość ogonowa Zarazka. Jej właściciel zawył boleściwie.

– Tak bardzo cierpię! Ale jestem mężczyzną i mogę to znieść – powiedział Zarazek, a dwie ciężkie łzy popłynęły po jego strapionych policzkach. Ruda wyszła przez okno ze zdjęciem w dłoniach. Stali obok domu, w niewielkim ogródku. Zarazek, zasmarkany i pochlipujący doszedł do wniosku, że Ruda powinna go przytulić. W ten sposób ułagodziłaby palący ból, który niby ognista dłoń wbijał się w tylną część Zarazka. Zarazek, miękki na zewnątrz i twardy w środku opanował tę potrzebę i skoncentrował się na zdjęciu.

Anna Pancerny i jego Marta. Marta którą szanował jako kobietę i istotę ludzką. Której ufał, zwierzał się i którą z miłością zawłaszczał. Marta i Anna na jednej fotografii, objęte i szczęśliwe, każda z drinkiem przestrzelonym słońcem, na tle wodnej plamy, która mogła być równie dobrze Morzem Śródziemnym jak i dopływem Narwi, co gorsza beztroskie, szczęśliwe i zbereźne. Zbereźne! To właśnie słowo rozpychało się w mądrym umyśle Zarazka. Do tej pory tylko słyszał o tych, no, lesbijkach. Myślał jednak, że żyją tylko w Holandii i na dalekim PornHube.

Czyżby Marta była jedną z tych dziwnych kobiet? A jeśli tak, to kto ją zmanipulował? Czyżby Anna Pancerny omotała jej w głowie? Zarazek słyszał o takich przypadkach. Zaczynał rozumieć to, co przeczuwał już wcześniej. Martę zmanipulowano i zaczadzono fałszywym obrazem miłości. Jego, Zarazka, zadaniem było uratowanie Marty przed Anną Pancerny i przed nią samą także. Tę myśl wypowiedział na głos, do Rudej.

– Uratowanie jej od tej walizki z kasą też by się przydało – powiedziała.

Tylko co dalej, myślał detektyw Zarazek. Panie postanowiły uciec razem, to pewne. Przypuszczalnie Anna zmusiła Martę do tego szaleńczego kroku. Co jeśli ją zabije, gdy Marta zacznie się sprzeciwiać? Gdzie one mogą być? No gdzie?

– Autem pojechały, ta twoja jebła mi i było po zawodach – przypominała Ruda.

– Po zawodach… – powtórzył jak echo Zarazek. Intensywnie myślał a jeszcze intensywniej się pocił.

– Chcesz ich znaleźć? – cisnęła Ruda. – czy twoja panna miała auto?

– No nie miała.

– Więc właśnie. Pojechały autem Józka.

– To był twój brat, prawda?  – zapytał bezrefleksyjnie Zarazek.

– Tak, brat bliźniak. Zarobił kulę w głowę. Więc to auto jest spalone. Nikt nie będzie używał samochodu po trupie. Ta druga flądra na pewno ma elegancką furę, ale co z tego. Żaden ze mnie detektyw czy tam detektywka, lecz na moje, jak obie flamy chcą prysnąć, to potrzebują nowej, dyskretnej fury. Mam rację, czy nie mam…

– Nowa, dyskretna fura… – ucieszył się Zarazek. Klasnął w dłonie z tego szczęścia i zataczając się wyraźnie za sprawą złamanej kości ogonowej, popędził w stronę ulicy, gdzie wciąż leżał rower. Pohukiwał przy tym radośnie – już wiem co robić! Po prostu sprawdzimy w komisie samochodowym!

Postawił rower na ulicy i usadowił się na nim, popiskując z bólu. Nieszczęsna Ruda ponownie umościła się przed nim.

– Do którego komisu chcesz jechać? – zapytała słabym głosem, jakby przeczuwając odpowiedź.

– Nie mam pojęcia. Musimy sprawdzić wszystkie! – obwieścił Zarazek i ciężko naparł na pedały. Zachwiał się, ale nie runął. Taki właśnie był, powolny i nieustraszony. Rower w końcu ruszył i potoczył się, powolny jak odmrażanie gospodarki, przez cichą i jasną ulicę.

Rozdział 29

–  Panie premierze…? – zapytał asystent.

Premier spał, ściągnąwszy okulary i złożywszy zmęczoną głowę na przedramionach, opartych na blacie dostojnego biurka.

– Panie premierze, przepraszam, ale… – asystent nie odpuszczał.

Miał dwadzieścia pięć lat, za sobą błyskotliwą karierę w harcerstwie i wiele lat ministrantury, miał też ciągle młodzieńcze pryszcze i pieczołowicie skrywaną nadzieję na to, że pewnego dnia sam zostanie najpierw premierem, potem prezydentem, a na koniec, kto wie, być może nawet królem Polski. Był bowiem również członkiem młodzieżówki monarchistycznej, co skrzętnie ukrywał, by nie stać się wśród kolegów przedmiotem żartów.

– Panie premierze, przepraszam… – szepnął nieco głośniej, ale maseczka, którą nosił, skutecznie stłumiła szept.

W końcu aby dodać sobie odwagi dotknął szkaplerza, który nosił pod koszulą, a następnie delikatnie, jakby dotykał bóstwa, potrząsnął premierowskim ramieniem.

– Co…?!? – premier zerwał się, podniósł, nałożył okulary.

– Panie premierze, pan kazał… – spróbował nieśmiało asystent.

– Zdejmij, idioto, to cholerstwo z głupiej gęby, przecież tu nie ma dziennikarzy – huknął premier.

– Ale panie premierze, minister zdrowia mówi…

– Zdejmuj i gadaj po co mnie budzisz, gamoniu.

Asystent zdjął maseczkę i premier ujrzał pryszcze, które wykwitały na młodej twarzy chłopaka pomiędzy rzadkimi włosami zarostu, tak przypominającymi brodę, jak polskie sądy wymiar sprawiedliwości. Pożałował, że kazał ściągnąć. Może minister jednak ma rację, może po prostu ludzie tak szkaradni powinni nosić te maseczki już na stałe?

– Panie premierze, ja… – asystent zaczął znowu.

– Przestań mi premierować, nędzo ludzka, mów o co chodzi.

– No więc panie premierze, miałem się skontaktować z mecenasem Lekiem — wydusił w końcu.

– Miałeś. No i?

– Nie da się skontaktować z mecenasem.

Premier przewrócił oczami. Na jego strudzonych barkach spoczywała nie tylko odpowiedzialność za cały kraj, za swoje decyzje odpowiadał nie tylko przed historią, nie tylko przed wyborcami, ale, co najgorsze, przede wszystkim przed mściwym, złośliwym staruszkiem, którego boli sztuczne kolano, który nie kocha nikogo i gardzi wszystkimi poza swoją sekretarką, niczym Czyngis Chan partyjnej intrygi uwielbia zostawiać za sobą pożogę, który tak, jak Henryk V odtrącił Falstaffa, nie wahał się odtrącić swych najbliższych przyjaciół gdy tylko zdobył upragnioną władzę…

Swoją drogą, zamyślił się premier, jak różnie mogą się starzeć ludzie. Przecież mecenas Lek jest rówieśnikiem mściwego staruszka, studiowali nawet na jednym roku, a czy patrząc na sprężystego, dziarskiego, nie stroniącego od kobiet i alkoholu Leka ktokolwiek nazwałby go staruszkiem?

–  Panie premierze, bo ja nie wiem, co mam teraz… – przerwał mu te rozważania asystent.

– Teraz to masz patrzeć, jak to się robi – odparł premier, bo wiedział, że czego nie zrobi sam to w końcu nigdy nie zostanie zrobione, a przynajmniej nie zostanie zrobione właściwie. Wyciągnął prywatny telefon, wybrał prywatny numer Leka wiedząc, że od premiera Lek telefon odbierze, nawet gdyby musiał w tym celu zwlec się z jakiejś baby.

– Halo…? – powiedział kobiecy głos w słuchawce.

Premier westchnął ciężko. Kraj płonie, dziadzio chce wyborów w maju, gospodarka się wali, a mecenas Lek co robi? Oddaje się spółkowaniu. To jednak oburzające. Gdyby mecenas był wierzący, to byłby jednak poważniejszym człowiekiem.

– Premier mówi. Daj mi Leka do telefonu, panienko – powiedział, nie ukrywając wściekłości.

– Yyy… Mecenas Lek nie może teraz… Bo… No… – wydukał kobiecy głos.

– No do kroćset! Nie wiem co wy tam teraz robicie, ale ma do mnie zadzwonić! Natychmiast! – warknął do słuchawki premier i rozłączył się.

Tymczasem Marta nieco straciła rezon. Odebrała telefon mecenasa, bo dzwonił numer opisany jako „Pinokio” i była naprawdę zaskoczona, kiedy w słuchawce usłyszała znajomy głos.

– Kto to był? – zapytała Anna Pancerny, dochodząca powoli do siebie po dwóch omdleniach.

– To był… No, to był premier – szepnęła Marta.

Anna Pancerny zemdlała po raz trzeci.

Ronald, skrępowany na pace furgonetki, płakał z bólu, bo morfina przestawała działać, mecenas Lek i pan Pucybut nadal zaś nie żyli.

Rozdział 30

Zapadła ciemność.

Niestrudzony detektyw Zarazek pedałował od jednego komisu samochodowego do drugiego. Usadowiona na ramie roweru przysypiała Ruda. Za każdym razem, gdy się zatrzymywał, Ruda wybudzała się gwałtownie, z miną jak skazaniec wywleczony z celi na nocną egzekucję. Zadawała zawsze to samo pytanie:

– Czy nie możesz ich wszystkich obdzwonić?

– Kochana, jesteś mądra i śliczna, ale musisz pogodzić się z tym, że nie masz zbyt wielkiego pojęcia o pracy detektywa. Ja znam się na ludziach. Muszę każdemu w oczy spojrzeć tak głęboko i zaraz wiem, łże czy nie, skurkowaniec jeden. Na tym właśnie polega moje zadanie. Jestem psychologiem i bokserem. Rycerzem i mędrcem. Moja głowa pracuje na takich obrotach, normalnie jak łańcuch od tego roweru. A jeszcze muszę mieć czas by o siebie zadbać i bawić piękne kobiety, takie jak na przykład ty – odpowiadał wówczas Zarazek.

– Jest noc. Dajmy sobie spokój – poprosiła Ruda, która miała już dosyć jazdy na doczepkę, miękkiego ciała Zarazka i coraz bardziej mglistej perspektywy wielkich pieniędzy.

Tymczasem, owoc pracy umysłowej Zarazka był umiarkowany. Jeździli od komisu do komisu, zadawali te same pytania, na które padały identyczne odpowiedzi. Nikt nic nie wiedział. Nie było żadnych kobiet. W tych smutnych czasach ludzie nie kupują nowych samochodów.

– Zawieź mnie do domu. – powiedziała Ruda.

– Na to jeszcze przyjdzie czas, moja droga – odpowiedział Zarazek. – rozumiem, jest do czego się śpieszyć… Ale najpierw obowiązki! Po tym poznajemy mężczyznę, że przedkłada swoje zobowiązania ponad przyjemności.

Ruda w lot zrozumiała jakie przyjemności może mieć na myśli Zarazek i nie odezwała się już ani słowem. Tak w milczeniu dotarli pod kolejny komis samochodowy. Nosił nazwę FURA U JASZCZURA, a jego właściciel rzeczywiście nosił mokasyny z krokodylej skóry. Poznali go jeszcze przed wejściem. Jednocześnie próbował wsadzić klucz w zamek u bramy i walczył dzielnie o zachowanie postawy pionowej. Zarazek i Ruda zbliżyli się do niego. Facet dosłownie parował alkoholem. W sinych palcach obracał wielki pęk kluczy. Po kolei, próbował każdy wepchać do zamka. Mamrotał przy tym:

– Nie ten kielonek… Noź kurwa nie ten kielonek!

– Czołem kolego! – zawołał wesoło Zarazek.

– Noż kurwa, nie straszcie porządnych ludzi – wybełkotał pan Jaszczur. – patrzcie co mi się, hep, przydarzyło. Nie wiem, który kielonek dobry, żaden nie pasuje. Tak późno, tak wiele kielonków. Pomoglibyście czy co… dam wam zniżkę na punto…

Zarazek chciał wziąć pęk kluczy. Ubiegła go Ruda. Uklękła i zaczęła mordować się z zamkiem.

– Jak ona pięknie wygląda z kielonkami – cieszył się pan Jaszczur. – to twoja córka, prawda?

– Gdzieś się tak załatwił? – zapytał Zarazek.

– Och, kierowniku, cała historia była. Kumpel, konkurencja niby, ale facet wporzo, nagle wódkę postawił, rozumiecie kierowniku i córuniu, córuniu laluniu, tobie normalnie z kielonkami ślicznie, pół knajpy wynajął bo jakieś dwie flądry, wydry czy inne małpiszony wzięły od niego byle opla za dwieście koła. Dwieście koła?  Kiedyście widzieli takie pieniądze ostatnio? No i ja żem dobrze się czuł, tak jak teraz się czuję, a jednak wjechałem w drzewo i doszedłem tutaj na butach. Mój nissan dwa kilometry dalej się rozkraczył. Wezmę sobie jakiś samochód, a wam dam punto… Za dobroć.

– Otwarte! – ucieszyła się Ruda.

– Jezusie, dobry Boże, dziękuję ci za to, że stworzyłaś, baby – wykrzyknął pan Jaszczur ku rozgwieżdżonemu niebu.

Zarazek był już na tropie.

– Jakie to były kobiety? Jedna wysoka, druga czterdziestka, zadbana taka, dobrze mówię?

– No… jakieś nerwowe były – odparł pan Jaszczur.

– Dokąd pojechały?

– Skąd mam kurde wiedzieć, gdzie teraz baby nosi?

– Dobra, a twój kumpel dalej baluje? Można wbić na imprezkę?

– No pewnie! – radował się  pan Jaszczur. – zabawa jak ta lala, lepiej niż na przepustce. Siedzą w „Kolorowej”, to koło Modlina jest, na pewno wiecie. Powiedz, że jesteś od Włodka to wam poleje. Kierowniku złoty… Przepraszam, że pytam, nie gniewajcie się kierowniku – pan Jaszczur popatrzył poważnie na Zarazka i przeniósł wzrok na Rudą. – Jakim cudem taki brzydki facet zrobił tak piękną córkę?

Rozdział 31

Major Zapałka siedział w swoim pokoju z nogami na blacie biurka, popijał herbatę ze szklanki i przeglądał plotki w internecie, kiedy drzwi otwarły się z hukiem i do pokoju majora wpadła sekretarka, i to nie byle jaka, bo szefa departamentu, pani Jadwisia, osoba potężniejsza być może niż sam szef. Major ściągnął pospiesznie nogi ze stołu i rozpaczliwie usiłował zamknąć przeglądarkę, jednak zdjęcia roznegliżowanej aktorki w maseczce, podglądniętej rzekomo przez paparazzi podczas jogi na balkonie, nie umknęły surowemu oku pani Jadwisi.

– Polecenie jest! Z samej góry! – warknęła.

– Z jak bardzo samej góry? – zapytał major, natychmiast przerażony.

– Z najgórniejszej!

– Ale, że z Nowogrodzkiej…? – pytał major dalej, przerażony coraz bardziej.

– No nie, trochę niżej – zreflektowała się. – Ujazdowskie. Chodzi o tego całego mecenasa Leka. Trzeba go po cichu znaleźć, bo zniknął, a wiadomo, że ty masz z nim sztamę.

Majora oblał zimny pot, poczuł, że robi mu się na przemian zimno i gorąco. Wolałby, żeby szef departamentu i pani Jadwisia nie wiedzieli na czym dokładnie polega jego sztama z mecenasem Lekiem.

– No już, biegusiem – ponagliła majora surowa pani. – Tam na dole czeka jakiś smarkacz od premiera. Razem macie znaleźć Leka i przyprowadzić do kancelarii, na Ujazdowskie.

Zapałka wstał, westchnął, ogarnął kopyto, blachę, klucze, służbowy telefon z aplikacją śledzącą, powstrzymał się przed zasalutowaniem pani Jadwisi, pożegnał się więc tylko uprzejmym ukłonem i odblokowując kolejne drzwi kartą służącą za przepustkę, wyszedł przed siedzibę Agencji.

Na parkingu stała czarna skoda superb, przed którą sterczał jak chuj w torcie, czyli zupełnie nie na miejscu, wyrostek w źle dopasowanym garniturze i w maseczce z wyhaftowanym orłem w koronie, takiej zwykłej, złotej. Wszystko w jego aparycji, jak również służbowe auto z kierowcą przemawiało za tym, iż to on właśnie jest smarkaczem od premiera.

– Proszę maseczkę założyć! – stęknął na widok majora Zapałki młody asystent premiera

– Jebnij się w łeb – uprzejmie doradził mu major. – Wsiadaj, jedziemy.

Major usiadł z przodu, zmierzył wzrokiem kierowcę z SOP.

– Od kiedy masz prawko? Nie rozbijesz nas? Bomby umiesz wyłączyć, jakbyś załączył przypadkiem? – zapytał.

– Pierdol się, kolego – odparł strapiony kierowca. W rzeczy samej prawko miał od niedawna, a i rządową limuzynę na włączonych bombach zdarzyło mu się przed domem premiera zatrzasnąć.

Major wzruszył ramionami, wyciągnął telefon, zlokalizował telefon mecenasa Leka. – Coś tu śmierdzi. – powiedział do siebie.

Asystent premiera wsiadł z tyłu, za majorem.

Być może to jest misja, która pozwoli mu wreszcie się wykazać, dowieść, jak szczerą miłością do ojczyzny goreje jego serce, pomyślał. Oto jego misja specjalna. Oto jest niczym 007, jest agentem rządu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej do specjalnych poruczeń, ten nieprzyjemny major z ABW będzie teraz wykonywał jego rozkazy, razem odnajdą mecenasa i dostarczą go premierowi. – Jedź na Modlin – polecił major kierowcy – Wiesz gdzie to jest?

Kierowca strapił się jeszcze bardziej, bowiem wiedział tylko mniej więcej. Jeszcze dwa lata temu w Kłodzku wlepiał pijaczkom mandaty, wbił więc słowo „Modlin” w nawigację rządowej skody. Major westchnął ciężko.

Ruszyli. Asystent premiera wizualizował sobie swój sukces, zgodnie z tym, czego nauczył się na kursie przedsiębiorczości dla młodych katolików.

– Jesteś zwycięzcą! – powtarzał sobie pod nosem.

– Co ty tam mamroczesz pod tą szmatką, młody? – zapytał Zapałka.

– Nie będzie mi pan wydawał rozkazów! Jestem przedstawicielem premiera Rzeczpospolitej! – wybuchnął asystent i natychmiast uzmysłowił sobie, że major wcale nie wydał mu rozkazu, a jedynie zadał pytanie.

Zapałka rozbawiony aż odwrócił się w fotelu, aby dokładnie przyjrzeć się przedstawicielowi premiera Rzeczpospolitej.

– No, no, no, widzę, że tu ktoś buławę marszałkowską nosi w plecaku. Ślicznie. Synuś, zjedź mi tutaj pod Żabkę, niech mi ten przedstawiciel premiera Rzeczpospolitej po fajki skoczy.

Kierowca zjechał pod Żabkę, trochę wymuszając pierwszeństwo i hamując gwałtownie. – Nie idę po żadne fajki! – bronił się rozpaczliwie asystent.

– Kolego – major znowu odwrócił się do młodego polityka. – Lecisz tam na jednej nodze po czerwone marlboro, albo za trzydzieści sekund wbijam się na Twój telefon i do wszystkich twoich kontaktów rozsyłam co fajniejsze zdjęcia przyrodzenia, które tam trzymasz.

Major blefował, zarówno w zakresie swoich możliwości, jak rownież w kwestii wiedzy o zdjęciach przyrodzenia, jednak asystent nie mógł tego wiedzieć, zdjęcia przyrodzenia w telefonie posiadał zaś istotnie, otarł więc łzę z oka i poszedł po fajki.

Rozdział 32

Pan Jaszczur, widziany z perspektywy detektywa Zarazka jawił się jako człowiek pełen zalet. Nie tylko doskonale się ubierał (do butów z krokodylej skóry nosił białe skarpetki i dres najszlachetniejszej próby, z trzema paskami) ale też pił mnóstwo alkoholu i dotrzymywał słowa. Z takimi diamentami w narodzie Polska może być bezpieczna o swoją przyszłość i wyjście z pandemii, pomyślał Zarazek. Razem z Rudą jechał właśnie zdezelowanym, lecz całkiem sprawnym fiatem punto. Dał im go pan Jaszczur, tak jak obiecał. Porządny chłop. Wypił z Zarazkiem małpkę wiśniówki i zasnął na fotelu w swoim biurze, pod kalendarzem z gołą dziewczyną przybitym do boazerii.

Zarazek miał nieortodoksyjny stosunek do jazdy po pijaku. Owszem, niektórzy pijani kierowcy wieźli śmierć, lecz niektórzy – tak jak on – ratunek. Zresztą po pijaku zawsze jeździ się ostrożniej, pomyślał Zarazek podjeżdżając pod knajpę „Kolorowa”. Był to lokal ponury i ciemny, jak sama nazwa wskazywała, ciśnięty na pobocze drogi krajowej, niski, przykryty przygasłym szyldem i otoczony przez samochody. Zarazek zaparkował aż żwir spod kół trysnął, obszedł auto pomagając wysiąść Rudej i krokiem rycerza ruszył w stronę wejścia. Nacisnął klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Zastukał, zadzwonił. Nic. Tylko wąsata twarz mignęła w okienku.

– Trudno – westchnął Zarazek. – ślepy trop…

– Daj mi to zrobić – Ruda odsunęła go jak wielki, miękki i niepotrzebny przedmiot. Zadzwoniła i ustawiła się naprzeciw okna, eksponując walory, które przyniosły jej powodzenie w zawodzie. Wąsata twarz ponownie wyrosła za szybą. Brwi, złączone ze sobą, podobne do włochatej glisty uniosły się pod czuprynę.

– Jesteśmy od Włodka! – powiedziała Ruda.

Kwadrans później Ruda i Zarazek siedzieli w świecie, który miał się skończyć, a jednak istniał i kwitł jak plamy wątrobowe. Przy rozświetlonym barze chłopy zapijały wódkę piwem w grubych kuflach, długie stoły lśniły od szkła i uginały się od zakąsek. Gości było chyba ze dwudziestu i można by sądzić, że „Kolorowa” zgromadziła pod swym niskim dachem cały przekrój społeczeństwa, łaknącego bibki na nielegalu. Wódkę walili młodzi brodacze w kraciastych koszulach i ich panny wydziarane w kolorowe sowy, lisy i postacie z „Muminków”. Byli staruszkowie z kępkami siwych włosów w uszach, krzepcy kierowcy o brzuchach jak piłki lekarskie, ze czterech drabów, takich co czapki z daszkiem zdejmują tylko w kościele, no ale mądry Zarazek przysiadł się do gościa w skórzanej kurtce, ze srebrną bransoletą uwieszoną na włochatym nadgarstku.

– Cudownie tak się odstresować – rzekł Zarazek. – ja zawsze mówię, że najważniejsze to żyć i cieszyć się tym życiem, nie?

– Acha – burknął Zbigniew, właściciel Zbig Car Plus, bo to do niego właśnie przysiadł się Zarazek. Stuknęli się. Zbigniew przełknął zawartość swojego kieliszka z wyraźnym wysiłkiem. Mrugnął. W oko wpadła mu Ruda.

– Bolało jak spadałaś z nieba? – zapytał. Ruda wbiła wzrok w sufit.

– Jaka to okazja? – zapytał Zarazek.

– A co ty książkę piszesz?

– Skąd. Nie znajdziesz chuja nad pisarza – obwieścił Zarazek. – ja porządny facet jestem. Tylko pytam, no…

– Pary z gęby nie puszczę… Albo chuj! Słuchaj ty mnie, dwie bladzie dziś przyjechały. Sprzedałem im opla, płaciły jak za maybacha…

– Jaki to był opel? Numery pamiętasz? – cisnął Zarazek. W przekrwionych oczach Zbigniewa pojawiło się coś, co można by wziąć za oznakę myślenia. Przekrzywił głowę i wbił wzrok w Zarazka. Kącikami ust przelewała mu się wódka.

– Kochany, pomóż nam… – do rozmowy wtrąciła się Ruda. – ten tutaj miś został potwornie okradziony. I ja jestem taka sama… doprawdy nie wiem jak sobie poradzimy… te dwie zimne kobiety… Nie zrobiłbyś dla mnie tej maleńkiej przysługi… – tak nawijała, tak nachylała się nad stołem i wydymała usta, tak polała raz i drugi, aż pan Zbigniew, zaczarowany i zalany, nabazgrał numer rejestracyjny opla na serwetce. Ruda natychmiast wepchała ją w stanik.

– Dziękuję, kwiatuszku – zaszczebiotała Ruda i pociągnęła Zarazka ku wyjściu. Zarazek nie bardzo chciał iść. Bardzo spodobała mu się „Kolorowa”, a flaszka w kuble z lodem to już najbardziej. Jaki Ronald Pancerny? Jakie uciekinierki? Przecież poszukiwania mógłby prowadzić także tutaj. Ruda podniosła go niemal siłą.

Już wychodzili, gdy z końca stołu podniosła się męska, ogromna postać. Oskarżycielski palec mierzył w Zarazka. Mocny głos huknął:

– Ty skurwysynu!

Rozdział 33

– Ty skurwysynu! – powtórzył doktor, albowiem to on był właścicielem głosu, który zburzyłby mury Jerycha, gdyby taka zachodziła konieczność. Poznał Zarazka od razu, mimo policyjnego munduru, który detektyw miał na sobie, a który w przedziwny, niezrozumiały, a być może nawet cudowny sposób umknął uwadze wszystkim zgromadzonym w nielegalnej knajpie, sam detektyw również jakby zapomniał o swym niecodziennym przebraniu.

– Pan doktor! – ucieszył się Zarazek i unosząc Rudą ze sobą, ruszył ku drzwiom rączym kłusem, uznał bowiem, że Kolorowa właśnie nieco straciła na uroku.

– Ten skurwysyn miał pozytywny wynik na covid! Zaraża ludzi! – ryknął doktor, zrywając się zza stołu, obalając flaszki i szklanki. – Brać go! Musimy go ująć!

Zgromadzona w Kolorowej publiczność nie podzielała społecznego zacięcia doktora Ziemowita Siermiężnego, więc przejęta nagłym przerażeniem rzuciła się wszędzie, w każdą stronę, byle jednak dalej od detektywa, który z kłusa przeszedł do cwału, wypadł z Kolorowej i dotarł do swojego punto.

Doktor zmierzał jednak za nim, wcale nie wolniej niż biec potrafił detektyw, być może chorobliwie otyły, ale przecież jednak w znakomitej formie. Zarazek dopadł auta, wskoczył za kierownicę, Ruda pomknęła ku siedzeniu pasażera, Zdzisław o dziwo trafił kluczykiem do stacyjki, zaś auto o dziwo odpaliło za pierwszym razem. Doktor był już przy samochodzie, jednak detektyw zablokował drzwi.

Już nie śpieszyło mu się odjeżdżać. Czuł się bezpieczny w zamkniętym aucie, czuł też, że świat oferuje mu teraz chwilę triumfu, a obecność Rudej tylko go ku temu triumfowaniu pchała, w końcu pokaże jej jakiego formatu jest mężczyzną, nie tylko w sensie fizycznym.

– No i co teraz, co mi zrobisz, konowale, hę? – zadrwił z doktora. – Myślisz, że stary Zarazek dał się nabrać na tę waszą bajeczkę o wirusach?

Doktor Ziemowit Siermiężny stanął przed maską punto, zagradzając mu drogę wyjazdu. – Jedź, idioto – jęknęła Ruda, chwytając Zarazka za pulchną dłoń. – Przejedź go nawet albo omiń, ale jedź!

– Moment, kochana, posłuchaj, bo to ważne, teraz jest dobry moment – detektywa niełatwo było zrazić. – Panie doktorze. Nie ma żadnego wirusa. To jest spisek, który ma na celu zniszczenie substancji biologicznej naszego wielkiego narodu. Ci z klubu Bilderberg chcą sprawdzić, jak łatwo jest sterroryzować społeczeństwo i…

Doktor Siermiężny nie słuchał. Schylił się, chwycił obiema dłońmi zderzak z punto i rycząc niczym tur wyrwał go, razem z tablicą rejestracyjną i światłami przeciwmgielnymi, obnażając kawałek chłodnicy i przednie nadkola, po czym cisnął kawałem plastiku za siebie, jakby odrzucał pustą butelkę po koli.

– Jedź, człowieku, jedź! – ryknęła Ruda gromko.

– Panie doktorze – Zarazek mówił dalej, pochylając się nad kierownicą by utrzymać z doktorem kontakt wzrokowy, wiedział bowiem, że to ważne, kiedy próbuje się kogoś przekonać do swoich racji. – Panie doktorze, czy pan słyszał, że na Białołęce mieszka facet, którego szwagier ma kuzyna w ministerstwie i ten kuzyn słyszał, że jak będą wszystkich szczepić, to tak naprawdę będą czipować, żeby sterować mózgami?

Doktor nie słuchał mądrości Zarazka, nie bardzo je zresztą było na zewnątrz samochodu słychać, za to wczepił się łapami jak bochny w maskę punto i ją też zerwał, rycząc wściekle i odrzucił za siebie.

Tego było detektywowi dość.

–  Z niektórymi ludźmi jednak nie można niczego perswazją załatwić. Trzymaj się. – rzucił do Rudej i postanowił, że przejedzie złego doktora. Wrzucił więc jedynkę, zamknął oczy, puścił sprzęgło i wcisnął gaz.

Silnik zawył, wskoczył na wysokie obroty, punto nie ruszyło jednak do przodu.

Kiedy Zarazek otworzył oczy, ujrzał, że straszny doktor pochylił się, chwycił mocarnymi dłońmi przedni pas samochodu, wypiąwszy potężne pośladki i ugiąwszy kolana niczym na zawodach w martwym ciągu, zaparł się, stęknął, wypuścił powietrze i uniósł cały przód auta, i tak go trzymał. Koła mieliły powietrze.

Ruda krzyczała.

– Daj spokój, królowo. Po co ten lament? – uspokoił ją Zarazek. – Przecież się zmęczy zaraz, puści i se spokojnie pojedziemy.

W tym momencie dziurawy asfalt placu przed Kolorową, jej bure ściany i pierwsze liście na drzewach na niebiesko oświetliły mrugające bomby pojazdu uprzywilejowanego. Czy była to policja, pogotowie ratunkowe, straż pożarna, czy może borowiki z samym na przykład prezydentem, tego detektyw jeszcze nie stwierdził, niemniej uznał, iż nie jest to dobry znak.

Rozdział 34

Major Zapałka sądził, że w życiu widział już wszystko i nic go nie zadziwi. Przepłynął ocean cierpienia, brodził w bagnisku głupoty ludzkiej i nieraz tonął w trzęsawisku nieżyczliwości. Człowiek w jego opinii był stworzeniem dziwnym, nieprzyjemnym, lecz przewidywalnym w jakiś sposób. Daj okazję głupocie, a głupota pokaże, co umie, tak sądził. Niemniej, scena rozgrywająca się na parkingu przed knajpą „Kolorowa” wprawiła go w osłupienie.

Samą knajpę znał ze słyszenia i doświadczeń, o których chciał zapomnieć. Prędzej piłby gnojówkę w chlewie niż wódkę tutaj.

Przed knajpę wylegli goście. Najwyraźniej odbywało się tutaj jakieś nielegalne zgromadzenie. Dlatego też major Zapałka gardził Polakami z głębi swego mundurowego serca. Uważał nawet, że Polacy są najgorszymi z ludzi. Owszem, są dzielni, nieustraszeni i mają ułańską fantazję. Ale ta odwaga i wyobraźnia służy tylko jednemu – walce z rozumem. Dlatego major Zapałka gardził Polakami. Dzięki temu służył im wiernie i bez żadnych sentymentów.

„Już ja wam zaraz pokażę”, pomyślał major Zapałka. Durni Polacy byli pijani, stali blisko siebie bez maseczek i kręcili filmiki przy pomocy smartfonów.

Przed nimi, na parkingu jakiś wielkolud podnosił fiata punto. Rwał go jak sztangę przy martwym ciągu. Wrzeszczał przy tym, z wkurwienia jednak, nie z wysiłku. Major Zapałka odniósł wrażenie, że olbrzym, gdyby chciał, cisnąłby tym samochodem w zdezelowany szyld Kolorowej. I to z pasażerami w środku.

Jeśli chodzi o pasażerów, w aucie siedziała jakaś Ruda kurwa i tłuścioch w za małym mundurze policyjnym. Kurwy i przebierańców major Zapałka rozpoznawał na pierwszy rzut oka.

– No, młody, idziemy. – powiedział major Zapałka do asystenta premiera. – Zajmę się tymi w aucie, ty rozgoń tamtą hołotę!

– Co to jest hołota? Przecież to ludzie są… jak mam ich rozganiać…? – mamrotał do siebie asystent, który przecież nie oczekiwał takiego życia i podobnych przygód, miał przecież nosić teczki za jakimś wiceministrem czy innym generałem, a wolny czas dzielić pomiędzy lekturę Dmowskiego, Evoli i wyrywanie smutnych dziewczyn na Zbawixie. Powlókł się jednak przed knajpę i wykrztusił:

– Byłoby lepiej gdyby państwo już poszli…

– O kurwa, o ja pierdolę – major Zapałka jakby jednym susem znalazł się obok swojego asystenta. – do baby też tak się bierzesz? Patrz jak to się robi… – wyszarpnął szmatę, pomachał nią przed nosami zgromadzonych i ryknął. – Rozejść się, kurwa i to migiem, bo wszyscy polecicie na kwarantannę i to taką prawdziwą, na ośrodku, gdzie każdy łapie trypra, hiva i krosty na podniebieniu.

Towarzystwo wydało z siebie zbiorowe mruknięcie i zaczęło się rozchodzić. Major Zapałka zwrócił się w stronę fiata punto. Olbrzym uwolnił już dłonie, stał i dyszał. Za to grubas za kierownicą usiłował wydostać się z nowej kabały, wrzucając wsteczny. Zapałka wystrzelił w powietrze z broni służbowej. Auto gwałtownie stanęło.

– Wysiadać, już, oboje! – rozkazał major. Ruda wyskoczyła natychmiast na parking, unosząc dłonie tak wysoko, że jej biust omal zębów nie wybił. Zarazek wysiadł dużo wolniej. Była w tym ruchu jakaś godność i rozumna odwaga zmierzenia się z nowym niebezpieczeństwem.

– Proszę do nich nie podchodzić. – powiedział olbrzym. – Są zarażeni.

Major zignorował te słowa. Ruszył w stronę Zarazka. Olbrzym zastąpił mu drogę. Majora nie zdziwiło to ani trochę. Ucieszył się nawet, ponieważ uwielbiał wielkich facetów. Są tak pewni swojej siły, że zderzeni ze skutecznym oporem baranieją jak dzieci. W tym wypadku opór miał postać kolby pistoletu, którą olbrzym oberwał w policzek.

Kto inny dawno by upadł, wielkolud nawet nie drgnął. Major Zapałka zareagował siłą spokoju.

– Wypierdalaj, bo będziesz miał przejebane!

Wielkoludowi stężała gęba. I zaraz rozjaśniła się w uśmiechu.

– Jestem doktor Ziemowit Siermiężny – przedstawił się. – ordynator szpitala Banacha, lekarz roku w plebiscycie Hipokrates, nominowali mnie też do nagrody Listera, choć nie wiem co ci to mówi. Niedawno operowałem na serce takiego jednego z Czerskiej. Otwierałem klatki piersiowe posłom i generałom. Oglądasz telewizję? Tę prawdziwą, uczciwą? Mam codzienne pogadanki o pandemii na TVN. Cała Polska mnie zna. Więc to ty masz przejebane, durniu jeden!

Rozdział 35

Major Zapałka zapłakał, lecz tylko wewnętrznie. Na zewnątrz nie okazał żadnych emocji, poza wzrokiem może nieco zbaraniałym. Stał i gapił się na lekarza.

Dlaczego zawsze mam takiego pecha, zapytał sam siebie.

Dlaczego to ja musiałem trafić na tego przeklętego Leka, którego kazali mi zwerbować, co mi się oczywiście udało, bo jestem świetny, tyle, że zaraz po werbunku okazało się, że to raczej pan mecenas mnie, nie ja jego.

Dlaczego teraz, ze wszystkich olbrzymów świata, ten musiał okazać się akurat tym zasranym Siermiężnym, lekarzem z TVNu. I jakim cudem mógł go nie poznać…? Może dlatego, że w telewizji Siermiężny zwykle występował w maseczce…

– Nazwisko, stopień, numer legitymacji! – wrzasnął telewizyjny lekarz, przerywając te rozważania.

Zapałka uznał, że pora wycofać się do samochodu.

Siermiężny włączył Zooma w telefonie.

– Łączę się z TVN24! Zaraz będziemy na żywo! Specjalny raport!

Zapałka wsiadł do skody. Asystent premiera siedział już na tylnym siedzeniu i bardzo płakał.

Pierwszy etap poszukiwań można uznać za niepowodzenie – pomyślał major.

– Na jaki chuj pan major się tu w ogóle zatrzymywał? – zapytał kierowca z SOPu życzliwie. – Przecież ta apka śledząca pokazywała zupełnie inną lokalizację telefonu mecenasa Leka.

Właśnie, na jaki chuj ja się tu w ogóle zatrzymywałem? – w duchu zapytał sam siebie major. – Przecież apka śledząca pokazywała zupełnie inną lokalizację. Wejrzał w siebie i nie znajdował na to trudne pytanie żadnej odpowiedzi.

– To jest najwyraźniej rządowa limuzyna, proszę państwa! – krzyczał do Zooma na telefonie pan doktor Ziemowit Siermiężny, przyciskając telefon do szyby samochodu. – Tu są, proszę, niebieskie światła! A ten funkcjonariusz kaczystowskiego reżimu uderzył mnie pistoletem! To jest dyktatura, proszę państwa! Faszyzm!

W telefonie widniała zdziwiona twarz prowadzącego program TVN24.

No i dlaczego mnie to musi spotykać, zapytał się w duchu Zapałka, zasłaniając jednocześnie twarz połą marynarki. Dlaczego z wszystkich funkcjonariuszy to ja musiałem wpierdolić się w tę awanturę.

– To może już byśmy stąd pojechali, co? – zapytał rządowy kierowca.

– Tak, jedźmy… – zgodził się Zapałka, czując, że intelektualnie opada z sił.

Ruszyli.

Doktor biegł za nimi póki starczyło mu tchu w wielkim ciele, wyciągając przed sobą telefon transmitujący na żywo do studia TVN24 obraz tak roztrzęsiony, że w efekcie w całej Polsce kilkadziesiąt osób doznało epilepsji.

Na placu przed Kolorową Zdzisław Zarazek i Ruda spojrzeli po sobie, opuścili ręce. – Królowo, zapraszam do naszej karocy – powiedział detektyw.

Ruda nie oponowała. Gdzieś głęboko, w jej skamieniałym od trudnego życia sercu, zaczynała się tlić maleńka iskierka sympatii do tego ociężałego, zarówno fizycznie jak umysłowo, a jednak przecież jakoś poczciwego mężczyzny.

Aby iskierkę tę zdusić, przypomniała sobie walizkę z pieniędzmi, to jednak nie pomogło.

Wsiedli do okaleczonego punto, ominęli dyszącego ciężko doktora i ruszyli w pogoń za rządową skodą, słusznie przeczuwając iż może ona doprowadzić ich do walizki z pieniędzmi, Anny Pancerny i niewiernej asystentki.

Rozdział 36

Ronald Pancerny z wolna dochodził do wniosku, że ostatnie dni nie przebiegają zgodnie z jego planem. Mówiąc precyzyjnie, różnica pomiędzy tym, o czym marzył, a co trzymał, jest mniej więcej taka, jak pomiędzy kinderbalem a nalotem dywanowym.

Miał wieść beztroski żywot bogacza, gdzieś daleko w towarzystwie kochającej żony. Beztroski zmienił się jakimś cudem w bezpalcego. Owszem, jechali gdzieś daleko, ale żona okazała się niekochająca. On, Ronald Pancerny leżał na pace jakiegoś obcego samochodu, w kałuży własnej, gęstej krwi, a bolało tak, że Ronald oddałby jeszcze kilka palców, by ból ustąpił.

No i trupy. Nie zapominajmy o tych dwóch milusińskich.

Mecenas Lek i pan Pucybut turlali się po pace, jakby ciągle żyli. Działo się tak przy każdym skręcie. Ich zimne twarze i nieruchome dłonie (każda o pięciu palcach)  ocierały się o zakrwawione ciało Ronalda Pancernego. Ronaldowi wydawało się, że czuje zapach śmierci, choć były to tak naprawdę drogie perfumy Leka i miętówki pana Pubcybuta.

Okazało się, że istnieje coś silniejszego niż strach i ból. Była to wola życia. Ta nagle wbiła się w głowę Pancernego tak, że zadzwoniło w skroniach. Pancerny chciał żyć, bez ręki, bez obu, nawet bez fiuta, z którego i tak nie miał zbyt wielkiego pożytku. Może nawet trafić do więzienia. Niech wyślą go do Sztumu. Niech wydłubią mu oczy i wsadzą kartofle w ich miejsce. Było mu wszystko jedno, byle nie tracić życia, tej jedynej rzeczy, którą wciąż miał, ciśnięty na pakę furgonetki.

Przeżyję, przysiągł sobie Ronald i zamarł ze strachu, bo samochód wziął zakręt. Zwolnił i zaczął się trząść. Musieli zjechać z autostrady. Wkrótce samochód skręcił ponownie, jechał jeszcze wolniej i podskakiwał jakby jechali przez wykopki. Ronald przeraził się – dojeżdżają do swojego celu. Zabiją go… Przestanie być potrzebny. A może nigdy nie byłem potrzebny, pomyślał Ronald Pancerny i znalazł w tym pocieszenie.

– Gdzie ja jestem. – głos należał do Anny. Ronald słyszał ją, choć nie widział.

– Spałaś. To dobrze. – powiedziała Marta.

– Nic nie jest dobrze. Gdzie my jesteśmy? Co ty robisz… Tego nie było w planie!

– Kochanie. Plan się zmienił. A ty musisz mi zaufać.

Dziewczyny rozmawiały. Ronald wytężał słuch. Wyglądało na to, że Anna jest skołowana i przestraszona. Marta sprawiała wrażenie konkretniej i surowej. W tonie jej głosu przebrzmiewało coś niepokojąco radosnego.

– Zrozum, słonko, to miała być czysta akcja. Tymczasem na pace leży sztywny Lek i frajer co za nim nóż nosił, co jest cholernie daleko od jakiejkolwiek czystości. Dorzućmy do tego, że razem z tymi misiaczkami leży jeszcze ta pizda z chujem, co ją wpuściłaś między nogi. Trzeba uporządkować ten bałagan nim ruszymy dalej. Zgadzasz się ze mną?

– Zgadzam.

– Kochasz?

– Bez ciebie bym upadła na prostej drodze. A z tobą każda droga… jest prosta – powiedziała Anna. Jak słowa, które znała i powtarzała z pamięci.

Samochód stanął. Ronald usiłował pojąć co właśnie usłyszał. Kochanie? Pizda z chujem? Co to znaczy? Tylne drzwi samochodu otworzyły się i stanęła w nich Marta. Poświeciła na trupy, na Ronalda i zamknęła drzwi z powrotem.

– Dokąd idziesz? – zapytała Anna. Wciąż siedziała w szoferce. – Nie zostawiaj mnie.

– Nie mów, że się boisz. No już, już. Przepraszam. Idę tylko na chwilę. Sprawdzę drogę do jeziora… Nie chcesz tam jechać na podstawie googla, prawda, słonko?

Odeszła. Ronald Pancerny poczekał aż kroki Marty ucichną, policzył do dziesięciu, do dwudziestu, i do dziesięciu znowu. Potem uderzył głową w drzwi furgonetki. Zawołał imię swojej żony.

– Czego chcesz? – zapytała Anna.

Ronald Pancerny powiedział słowa, które, jak liczył, mogły ocalić mu życie.

Rozdział 37

Premier wybiegł nieomalże z niepozornego budynku na Nowogrodzkiej i usiadł na tylnym siedzeniu służbowego bmw. Odetchnął. Ręce mu drżały. Przypomniał sobie ile zarabiał w banku i jak mu się wtedy żyło.

– I na co mi była ta Polska… – szepnął do siebie, a w uszach ciągle dźwięczały mu groźby i obelgi, którymi obrzucił go pan prezes, ani na chwilę nie przestając głaskać kota, niczym bondowski Blofeld, tak jakby całe ciało pana prezesa pozostawało spokojne, a tylko na jego szczycie kapitel ciała głowa podskakiwał i miotał się, syczał, krzyczał i szeptał, a premier wiedział, że żadna groźba płynąca z panaprezesowych ust, żadna obietnica strasznego losu, zapomnienia, weryfikacji, śledztwa, Trybunału nie jest groźbą czczą, za każdą stoi żelazna wola gotowa ją spełnić.

– Jedziemy, panie premierze? – zapytał kierowca.

– Pojedziemy jak powiem, że jedziemy. Radio włącz – warknął premier, bo tyle akurat mógł, zbesztać swojego kierowcę. Z tego powodu brakowało mu pod ręką tego asystenciny harcerzyka, którego tak wdzięcznie można było upokarzać, odreagowując upokorzenia własne.

W radio minister zdrowia powiedział, że nie wie, dlaczego spada liczba wykonywanych testów.

– Cholera, szkoda, że nie wie, może zapytałby ministra zdrowia…? – próbował zażartować kierowca.

Premier odpowiedział mu milczeniem i spojrzeniem ciężkim, odbitym przez wsteczne lusterko. Kierowca skulił się w fotelu. Kiedyś, w dawnych czasach, woził tego luzaka z Gdańska, z nim można było przynajmniej o piłeczce pogadać…

Premier przypomniał sobie jak przed pandemią, ze studia fotograficznego mieszczącego się zaraz obok siedziby pana prezesa wychodzili kolorowi ludzie, dziewczyny, których twarze czasem nawet kojarzył z jakiegoś tam Kundelka, przypalający im papierosy i zlepiający złamane serca styliści, agentki z trzema telefonami w rękach i wielkimi torbami pełnymi tajemnic, dziewczyny od makijażu, fotografowie, asystenci, wszyscy opierali się o ceglany mur po drugiej stronie ulicy, gadali, robili jakieś zdjęcia, tacy wszyscy ulotni, kolorowi, cali w tatuażach i ubraniach, jakie premier widywał na ulicy jeszcze w latach osiemdziesiątych, w wielkich okularach o drucianych oprawach, ich życie takie błahe, lajki na na socialach, influencerki zachwalające kosmetyki do wygładzania skóry albo strasznie brzydkie buty. Premier przypomniał sobie, jak wtedy mijał ich, kazał zwalniać kierowcy, przejeżdżali obok nich powoli, przyglądał się im zza ciemnej szyby limuzyny i myślał, jak różna jest egzsytencja ich i jego, Atlasa, na swych barkach niosącego odpowiedzialność przed Bogiem i historią za losy tego wspaniałego, chociaż czasem niedomagającego kraju, którym była Polska.

– A tego tam, ministranta z TVNu, jak płakał nad konstytucją na lajwie na Facebooku, to pan premier widział? – kierowca ponownie próbował skruszyć lody, bo wiedział, że sympatia premiera to najlepsza droga do awansu w SOPie.

Premier przypomniał sobie tę piękną scenę i rzeczywiście poweselał odrobinę, ale potem przypomniał sobie o nadchodzącym głosowaniu. Wyciągnął telefon, zadzwonił do asystenta.

– Macie go? – zapytał.

– Panie premierze – odpowiedział mu w słuchawce drżący głos asystenta. – zapewniam, iż powołaliśmy z majorem Zapałką z ABW zespół pod moim kierownictwem, który podjął już działania ukierunkowane na doprowadzenie do wstępnego rozpoznania sytuacji, w której miejsce pobytu mecenasa Leka zostanie stwierdzone z całkowitą pewnością i zespół ten działa w trybie nadzwyczajnym oraz możemy już powiedzieć, chyba, że pierwsze efekty działań zespołu powołanego celem podjęcia działań mających na celu ustalenie miejsca pobytu mecenasa Leka są już widoczne jak na dłoni, to znaczy wiemy gdzie jest, a przynajmniej gdzie znajduje się telefon…

– Przestań mnie przedrzeźniać, bezczelny gówniarzu! – wrzasnął premier, a asystent natychmiast się rozpłakał, albowiem nigdy nie ośmieliłby się przedrzeźniać premiera, próbował jedynie odpowiadać w tej wzniosłej, uroczystej manierze, z jaką premier zwykł był odpowiadać na pytania dziennikarzy.

– I przestań beczeć! – krzyczał dalej premier. – Jutro jest głosowanie w sprawie tych wyborów! Tylko mecenas Lek ma haki na wszystkich! Na wszystkich, rozumiesz? Nawet na pana prezesa ma haki! Na każdego! Na mnie nie ma, bo ja mam krystaliczny życiorys, ale poza mną na każdego ma, nawet na twoją starą i cały ten jej neokatechumenat! Myślisz, że ja nie wiem co się tam u nich odpierdala? A jutro jest głosowanie i jak nie przyciśniemy tych zdrajców, to będzie kapa, rozumiesz, albo ich przyciśniemy, albo jesteśmy w dupie, do tego potrzebny nam jest mecenas Lek i jego archiwum, rozumiesz? Nie ma czasu! Może nawet trzeba będzie cisnąć pana prezesa, rozumiesz, mecenas Lek nawet z tym dałby radę!

Premier rozłączył się, nie czekając na odpowiedź szlochającego asystenta. Ludzi trzeba jednak nieustannie motywować do działania.

Oczywiście, że nie ośmieliłby się przycisnąć prezesa, a nawet gdyby się ośmielił, to Lek nigdy nie pozwoliłby mu dysponować jego hakami, jednak w lusterku złapał pełne podziwu i szacunku spojrzenie kierowcy, które sprawiło mu przyjemność.

Przynajmniej kierowca mnie szanuje, pomyślał premier.

Rozdział 38

– Jesteś pewna, że ona naprawdę cię kocha? – zapytał Ronald Pancerny. Odpowiedziało mu milczenie. Mówił dalej, zasłuchany w brzmienie własnego głosu i pieśń krwawiących kikutów po własnych palcach. – Jak długo ją znasz? Widzisz, w co cię wpakowała? Tak miała wyglądać wasza wielka przygoda?

– Zamknij się – odpowiedziała Anna. Słabo i jakoś nerwowo.

– Duszno mi – jęknął Ronald Pancerny.

– Świetnie. Oszczędzaj oddech póki możesz.

Ronald rozważał przez chwilę sens tych słów, ogarnęła go groza i natychmiast zaczął myśleć o czymś innym. Czy można umrzeć na krwawienie z obciętych palców? Co, jeśli wda się zakażenie? Ronald widział na filmach takie rzeczy, gdzie jakiś odważny nieszczęśnik zostawał ranny, po czym dobrzy ludzie obcinali mu rękę albo nogę. Co można jednak obciąć człowiekowi, któremu już palce obcięto? Co potem się robi? Ronald syknął, całkiem jak ciało przypiekane ogniem.

– Ja to wszystko zrobiłem dla ciebie, Aniu – jęczał Pancerny. – ukradłem te pieniądze, żebyś wreszcie miała to wszystko, na co zasługujesz. Tu może przesadzam, bo zasługujesz na dużo więcej niż pięć milionów złotych, ale tylko tyle było do ukradzenia, więc ukradłem co mogłem. Kochanie moje. Dziubku, kwiatuszku. Rzuciłem dla ciebie stare życie i chciałem dać nowe…

– Niedługo będę miała nowe życie.

– Ja wiem, że to moja wina. Za mało się starałem. Dlatego musiałaś poszukać innej miłości…

– Ty nic nie wiesz o miłości!

Ronald zamknął się na chwilę. Może rzeczywiście nic nie wiedział? Rozumiał już, dlaczego Anna miesiącami nie dopuszczała go do sekretów swego gotyckiego ciała – do ostrołuków piersi i galerii królewskiej między dwiema strzelistymi kolumnami. Odpowiedź krążyła gdzieś w okolicy i potrafiła zabić kopniakiem z półobrotu. Cokolwiek Ronald planował, musiał się spieszyć.

– Otwórz drzwi, proszę. Ja chyba umieram.

– W takim razie niedługo będzie ci wszystko jedno.

– Ja… ja chciałbym móc popatrzeć na ciebie jeszcze raz – chlipnął Ronald Pancerny. Łzy, cesarz wśród wytrychów podziałały i Anna niechętnie rozsunęła drzwi furgonetki. Milczeli przez chwilę, mąż i żona. On bez palców, związany na pace, ona zmarznięta i przestraszona. Ronald rozglądał się, usiłując dociec gdzie się znajduje.

Samochód stał na drodze gruntowej, otoczony czarną ścianą lasu. Gwiazdy, jaśniejsze niż w mieście, mrugały nad kotłowaniną bezlistnych gałęzi. Z daleka dochodził szum samochodów, przejeżdżających autostradą. Cykały świerszcze. Ronald Pancerny wytężył słuch. Ktoś chodził gdzieś tam, w ciemności między drzewami. Trzasnął patyk przygnieciony butem. Jęknęło młode drzewko. Coś chlupnęło.  Ronald Pancerny wstrzymał oddech. Chlupnięcie zabrzmiało ponownie.

Znajdowali się w środku lasu. Obok był jakiś cholerny akwen wodny. Rzeka, ale najprawdopodobniej jezioro.

– Ona zabije nas wszystkich – szepnął Ronald Pancerny – Aniu kochana, oboje jesteśmy martwi, jeśli niczego nie zrobimy. Zabije nas oboje i ucieknie z pieniędzmi.

– Nie. Moja Marta nigdy by tego nie zrobiła.

– Tych dwóch zabiła bez zmrużenia oka. Myślisz, że z nami będzie się certolić? Posłuchaj, skarbie. Na naszą dawną miłość…

– Nie była znowu taka wielka. – przypomniała Anna.

– Więc ja będę się streszczał – przytaknął Pancerny. – ona cię użyła, żeby dotrzeć do pieniędzy. Skoro je ma, przestałaś być potrzebna. W tym jeziorze, niedaleko, znajdą się nie dwa, nie trzy, ale cztery ciała. Zabije cię i ucieknie. Czego jeszcze nie rozumiesz?

– Nie Marta. Nie ona. – powiedziała Anna, tak jakoś słabo i niepewnie. Rozejrzała się. Gdzieś, z głębi lasu dały się słyszeć kroki.

– Ona tu wraca! – pisnął Pancerny. – Już znalazła miejsce, gdzie porzuci nasze trupy. Szybko, Aniu kochana, musimy coś zrobić!

Tak właśnie błagał Ronald Pancerny. Anna odczuwała senność, zmęczenie i chłód. Oraz strach. Rzeczywiście, jej mąż miał rację przynajmniej w jednym. Ta ucieczka miała wyglądać zupełnie inaczej.

Popatrzyła na niego, na dwa trupy obok. Na krew i pieniądze w walizce.

Ronald domagał się decyzji, więc zdecydowała.

Rozdział 39

Tak pięknie rośnie Polska, rozwija się, myślał asystent premiera, wpatrując się w krajobraz przesuwający się za oknem skody. Tam gdzie kiedyś były pola, wyrastają podmiejskie osiedla ciasno upakowanych domków, tak jak kiedyś, za króla Ćwieczka a może Rzemyczka, jakiś pański ekonom podzielił chłopskie łany, tak dzisiaj wyniosłe mury z bramą na pilota otaczają grodzone osiedla pośrodku niczego.

Kiedyś było tak szaro, medytował dalej nad swoją ojczyzną asystent premiera, tak szaro było, tak opowiadali mu rodzice. Za peerelu, kiedy Polska znajdowała się pod sowiecką okupacją, a pod każdym domem stał bolszewicki tank, wtedy przy drogach nie wyrastały takie piękne, kolorowe billboardy, na których nieskromnie czasem odziane niewiasty zachęcały dumnych Polaków do zakupu wózków widłowych.

No i właśnie drogi, jak rozwijają się te wstęgi szos przez depresyjne równiny Mazowsza, przez morenowe pagórki Mazur, coraz to nowe, szersze i lepsze, a samochodów, coraz to nowocześniejszych i piękniejszych, tylko przybywa i przybywa. Nigdy Polska nie miała się lepiej, niż pod rządami formacji, z którą związałem się na dobre i na złe, jak wierny żołnierz ze swym pułkownikiem, myślał asystent. Nigdy Polacy nie mieli więcej powodów do dumy ze swej wspaniałej historii, nigdy nie byli bogatsi, silniejsi i piękniejsi, niż teraz.

–  No, ale teraz to się kurwa skończy. – powiedział major Zapałka, nie odrywając oczu od ekranu telefonu z aplikacją śledzącą telefon mecenasa Leka, asystent premiera zaś zorientował się, że swoje myśli wypowiadał niestety na głos.

– Skąd oni was takich kurwa biorą. – kontynuował Zapałka. – Wszyscyście jak z jednej fabryki. Założę się, że byłeś w ZHR, co? I w oazie. I potem przysysacie się jeden z drugim do cycka jakiegoś działacza z pierwszej partyjnej linii i on was ciągnie, jak rekin podnawki, a wam się kurwa wydaje, że będziecie co, robić wielką Polskę katolicką, a kończy się na radach nadzorczych w spółkach skarbu państwa, romansem z zamężną koleżanką, z którego potem spowiadacie się drżącymi głosikami u zaprzyjaźnionego spowiednika i potem chlańsko na ogniskach, gdzie po wódzie puszczają wam wodze i opowiadacie sobie kombatanckie historie, jakbyście dwadzieścia lat z hitlerowcami po lasach walczyli, a tymczasem chodziło tylko o manifestację pod domem Jaruzelskiego.

Asystentowi premiera znowu zaczęło zbierać się płacz, ale postanowił, że więcej nie okaże słabości. Wolał nawet nie zgadywać, skąd Zapałka to wszystko o nich wie. – Zatrzymali się nad jakimś jeziorem. – powiedział major. – Za dwa kilometry zjedziesz w prawo, w gruntową drogę.

– Szefie, ten punciak z oderwanym przodem ciągle siedzi nam na ogonie. – odparł kierowca, patrząc w lusterko.

To ciekawe, pomyślał Zapałka. Świat pełen jest dziwów. Dalej nie rozumiał, dlaczego zjechali na parking pod Kolorową, dlaczego teraz uczepił się ich ten grubas z kurwą w zdemolowanym przez strasznego doktora z TVNu fiacie, wszystko to z jednej strony bez sensu, a z drugiej układające się w jakiś wzór, jakby jego i ich czynami i decyzjami kierowała jakaś przedziwna, niedostępna mu, ale jednak wewnętrznie konsekwentna logika. Czy coś może łączyć grubasa i kurwę z mecenasem Lekiem? Dlaczego jadą za nimi? Dlaczego, gdy do mecenasa dzwoni premier, to jego telefon odebrała jakaś baba? Dlaczego zajechali na to zadupie? Gdyby Lek chciał uciec z Polski, zrobiłby to za pomocą prywatnego odrzutowca, dlaczego szlaja się po tych zadupiach?

Kierowca z SOP zjechał tam, gdzie major mu polecił, uderzając jednocześnie miską olejową o wyrastające zaraz przy zjeździe na gruntową drogę kamienie. Major Zapałka westchnął. Czyż wszystko w tym kraju nie wyglada tak jak wygląda dlatego właśnie, że wszędzie są niewłaściwi ludzie na niewłaściwych miejscach?

Wjechali w las. Telefon mecenasa Leka nagle zniknął z aplikacji śledzącej, wylogował się z sieci.

– Pewnie wrzucił go do jeziora. – powiedział Zapałka, wpatrując się w ekran. Kierowca zerknął mu przez ramię.

– No, nad samym jeziorem. Na pewno wrzucił do wody. – potwierdził inteligentnie.

– Uwaga! – wrzasnął asystent premiera.

Kierowca podniósł oczy na drogę zbyt późno i skręcił w ostatnim momencie. Z naprzeciwka pędziła biała furgonetka, droga była zbyt wąska żeby mogli się minąć, a jednak się minęli, furgonetka trzymając się drogi, zaś rządową skodę rządowy kierowca zręcznie i z trzaskiem osadził maską na pniu mocarnego, prasłowiańskiego bez wątpienia, dębu.

– Wspaniale. – stoicko orzekł Zapałka. – Idziemy piechotą. Musimy sprawdzić to miejsce, gdzie ten telefon się zalogował po raz ostatni.

Asystent premiera prawie nie mógł złapać tchu, ale wysiadł z rozbitego samochodu, za nim kierowca i major, który wyciągnął broń i latarkę, której jednak na razie nie zapalał, albowiem księżyc był w pełni, noc zaś pogodna.

Na niewielką polanę nad wodą dotarli po kilku minutach marszu, zachowując ciszę niczym komandosi na misji we wrogim terenie. Na polanie, na pniu zwalonego drzewa siedziała wysoka, szczupła dziewczyna i szlochała, zanosiła się wprost płaczem, raz za razem wybierając jakiś numer w telefonie, który najwyraźniej nie odpowiadał. W ręku trzymała pistolet.

Major Zapałka podniósł do góry zaciśniętą pięść gestem znanym z filmów wojennych. Cała trójka przyczaiła się na skraju lasu, poza zasięgiem wzroku dziewczyny. Wtedy w lesie dało się słyszeć warkot silnika nadjeżdżającego samochodu i na polanę, podskakując na wertepach wtoczyło się okaleczone punto. Dziewczyna zerwała się na równe nogi, ściskając pistolet i ocierając jednocześnie łzy, z punciaka wyskoczył zaś dziarsko detektyw Zdzisław Zarazek i zakrzyknął:

– Aha! I tu cię mam, ptaszyno zdradziecka!

Rozdział 40

Detektyw Zarazek był zły na Martę. Wściekłość w jego puchatej duszy walczyła z wielkodusznością. Owszem, Marta bardzo go zawiodła. Rozumiał jednak, że ta okropna zdrada podyktowana była niczym więcej jak słabością kobiecego serca. Prawdziwy mężczyzna akceptuje taki stan rzeczy i nigdy nie będzie się nań złościł. Zresztą, Marta musiała już dostrzec ogrom własnego błędu, powiedział sobie Zarazek. Co jej przyszło z tej całej ucieczki? Siedzi i ryczy w środku lasu jak łania z nogą we wnykach.

Wybaczę jej, obiecał sobie Zarazek. Oczywiście, ta żmija, wydra, ten Judasz z cyckami musi ponieść konsekwencje swojej zdrady. Niech będą długie i bolesne. Marta przepłynie przez ocean cierpienia, przeprosi ślicznie, a Zarazek wybaczy jej i być może nawet przywróci do pracy, tym razem na bezpłatny staż, nie na żadną śmieciówkę.

Tylko jeden drobiazg mącił spokój Zdzisława Zarazka. Był nim pistolet w dłoniach Marty.

– Odłóż to, ptaszyno. Nie pogarszaj swojej sytuacji.

Marta zrobiła dziwną minę, jakby sama oberwała w głowę kopniakiem z półobrotu.

– Nie prowokuj mnie, Zdzisiek. – odpowiedziała przez łzy. – Zabieraj się stąd, bo nie ręczę za siebie.

Zarazek popatrzył prosto w lufę pistoletu. Strach nie miał dostępu do jego walecznego serca. Zresztą, nie wierzył, że Marta mogłaby strzelić. Była z nim za bardzo związana. Ponadto kobiety, zdaniem Zarazka, nadawały się do strzelania mniej więcej tak jak kutas do wyburzania pustostanów. Na pewno zapomniała odbezpieczyć czy coś, powiedział sobie i zrobił krok w kierunku Marty.

Tuż obok, w krzakach, inny wielki umysł pracował na najwyższych obrotach. Asystent premiera, skryty na skraju lasu, doskonale widział Zarazka, Martę i pistolet, srebrzysty w blasku księżyca. Asystent premiera nigdy wcześniej nie znalazł się w podobnej sytuacji, ale znał je z filmów i opowieści siwiejących funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa. Pamiętał, jak im zazdrościł. Przez całe życie chciał udowodnić swoją wartość i łaknął okazji do bohaterskiego czynu. Kucał pomiędzy kierowcą i majorem Zapałką, a spomiędzy drzew spoglądały na niego mądre, prawe oczy żołnierzy wyklętych. Niemal czuł ich krzepiącą obecność. Asystent premiera zacisnął pięści i przyzwał swojego wewnętrznego wilka. Wilk odpowiedział wyciem. W końcu pełnia była.

Tymczasem niestrudzony Zarazek wciąż zmierzał w kierunku Marty. Uniósł ręce na wysokość twarzy i kłapał palcami.

– Masz jeszcze szansę. – mówił. – Odłóż pistolet i wszystko ci wybaczę. Pójdziemy razem na policję. Użyję swoich wpływów więc może skończy się na wyroku w zawieszeniu albo pracach publicznych. O wiem! Poślemy cię na terapię, żebyś jakoś uporała się z konsekwencjami swojej zdrady!

– Wiesz co? Całe życie chciałam ci coś powiedzieć. – odparła Marta przez łzy. – Spotkałam w życiu wielu idiotów, lecz ty w kraju bałwanów byłbyś wicekrólem. Cegła przy tobie zasługuje na Nobla. Nie sposób pojąć jakim cudem ciągle żyjesz. Pamiętasz, jak blender omal nie urwał ci ręki? Gdybyś po prostu był ofermą, mogłabym to jeszcze jakoś znieść, gdyż ludzi głupich, niezdarnych i pogubionych mamy na świecie więcej niż gwiazd na niebie. Najgorsze, że ty tego nie wiesz i jesteś zachwycony sobą. Gardzisz ludźmi i nawet tego nie wiesz. A teraz stój, bo przysięgam, odpierdolę ci ten durny łeb.

– Nie ćwierkaj tak nieładnie. – rzekł Zarazek i zrobił kolejny krok do przodu.

Marta strzeliła. Zarazek posłyszał świst kuli koło ucha. Strach dosłownie wbił go w ziemię. Gdzieś za nim, o ściółkę rąbnęło coś ciężkiego.

– Następnym razem będziesz miał dziurę w głowie. – ostrzegła Marta.

Póki co, dziurę w głowie miał kierowca samochodu, który przyjechał tutaj z majorem Zapałką. Leżał z rozkrzyżowanymi ramionami i nieruchomym wzrokiem utkwionym w niebie, równie martwym co on. Asystent premiera nawet nie spojrzał na trupa. Dostrzegł swoją szansę, wybrał właściwy moment. Będzie jak major Łupaszka. Jak Faramir i Aragon razem wzięci. Kto wie, może nawet premier wreszcie zapamięta jego imię?

Popędził prosto na Martę.

Rozdział 41

Marta zawsze miała w życiu cel. Tak natura, geny i wychowanie nastroiły cały jej charakter, żelazny skądinąd, którego konsekwencją było silne i sprawne ciało, spokój ducha i sukcesy, które na drodze do każdego kolejnego celu odnosiła.

W liceum celem Marty było zwyciężanie w ringu. Wybrała muay thai, bo trening tajskiego boksu wydał jej się najcięższy ze wszystkich dyscyplin jakich próbowała, może po prostu trafiła na dobrego trenera, który nie próbował jej przelecieć, a jej sukcesy traktował jak własne. Nie znała wtedy rozkoszy większej niż głuchy odgłos nieprzytomnego ciała rywalki, walącej się na matę po efektownym nokaucie.

Wtedy jeszcze wydawało jej się, że różni się tym od swoich koleżanek, że nie interesują jej romanse i flirty, szybko jednak, na którymś ze zgrupowań, zrozumiała, że po prostu nie interesują jej romanse i flirty z mężczyznami.

Później, na studiach, Marta zdecydowała, że celem jej życia są przygody.

Nie chciała spokojnej, szerokiej ścieżki, studia, staż, praca, kredyt, mieszkanie, praca, dom, praca, dom, wakacje, praca, dom, praca, emerytura i zimny dół. Miała więc przygody. Podróżowała po Europie, Azji i Ameryce, pracowała w recepcji hotelu w Lizbonie i na farmie w Teksasie, zakochiwała się przelotnie i łamała serca, zwykle kobietom w średnim wieku, które przez całe życie marzyły o takiej przygodzie, jednak gdy poznawały Martę zaczynały dokładnie rozumieć starą przestrogę: be careful what you wish for.

Zostawały więc ze złamanymi sercami, Marta zaś z małym plecakiem wsiadała na Dworcu Kazańskim w Moskwie do plackarty, taniego wagonu pociągu kolei transsyberyjskiej i po trzech dniach wysiadała w Irkucku, w Listwiance jadła wędzone omule, kąpała się nago w lodowatym Bajkale, jechała konno i uazem przez mongolskie góry i marzła w cienkim śpiworze mroźną, górską nocą, by dwa tygodnie później wygrzewać się na plaży na Koh Tao, przeplatając to z rekreacyjnymi treningami w autentycznym tajskim gymie, w którym, bywało, była jedyną kobietą, którą za twardość pięści, łokci i piszczeli szanowali starzy trenerzy.

Czasem wracała do Polski, na parę tygodni, mieszkała kątem u znajomych jak pielgrzym, czasem u rodziców, z którymi jednak nie była w stanie wytrzymać dłużej niż parę dni. Kiedyś, dawno niewidziana koleżanka zabrała ją na strzelnicę, pokazała Marcie na czym polega sportowe strzelectwo dynamiczne i od tego dnia celem Marty stało się dynamiczne strzelectwo sportowe. Temu podporządkowała wszystko: znalazła pracę, która mogła tę kosztowną pasję finansować, wynajęła mieszkanie, uzyskała sportowe pozwolenie na broń, trenowała, rozstrzeliwała kartonowe tarcze i obalała stalowe popery, jeździła na zawody i zwyciężała. Pracowała przy tym jednocześnie jako recepcjonistka w kancelarii adwokackiej i któregoś dnia o kontuar, za którym siedziała, oparła się piękna, chociaż zimna kobieta w średnim wieku.

Marta podniosła na nią oczy i gdy wymawiała służbowe „w czym mogę służyć” poczuła, że coś w jej środku mięknie, roztapia się, jakby twardość, zdecydowanie, koncentracja i zawziętość, które odkładały się w Marcie przez te wszystkie lata, nagle zniknęły.

Anna Pancerny nie wiedziała jeszcze wtedy tego, że w dwie sekundy to ona, jej ciało, serce, głowa, stało się celem Marty.

Marta zamknęła pistolety, karabiny i strzelby w pancernej szafie. Odwołała starty w zawodach, zamiast tego poszła do fryzjera, kosmetyczki i na zakupy. Tydzień później umówiła się z Anną na pierwszą randkę i potem wydarzyło się wszystko.

Celem Marty stało się szczęście Anny i ich wspólne. Anna była miłością jej życia i Marta czuła, że nie potrzebuje już niczego więcej. Nie potrzebuje medali za zwycięstwa w zawodach muay thai ani pucharów za pierwsze miejsce w zawodach Cracow Open w konkurencji Pistolet IPSC, nie potrzebuje podróży, przygód ani adrenaliny. Wszystkim czego potrzebuje jest Anna.

Kiedy Anna zasugerowała jej, by zatrudniła się u najgłupszego detektywa Warszawy, a być może nawet najgłupszego od Gibraltaru po Ural, Marta przyjęła tę propozycję. Anna odkrywała przed Martą kolejne punkty planu i Marcie bardzo się ten plan podobał, konieczność znoszenia towarzystwa detektywa Zdzisława Zarazka była dotkliwa, ale dla Marty żadna niedogodność nigdy nie stanowiła przeszkody na drodze do celu. Kiedyś były to posiniaczone piszczele, potem ręce omdlałe od strzeleckiego treningu, teraz dokuczliwy idiota. To nieważne. Celem było jej szczęście z Anną.

Z Anną, z tchórzliwą Anną, która Martę zdradziła, zdradziła bardziej, niż Marta kiedykolwiek wyobrażała sobie, że zdradzona zostać może. Nic nie zabolało ją bardziej nigdy, a przecież znała ból.

Dlatego teraz co innego stało się jej celem.

Z lasu wyskoczył z wrzaskiem jakiś chłoptaś i biegł w jej stronę, wrzeszcząc „Chwała wielkiej Polsce!”.

Tego już za wiele, pomyślała Marta.

Chłoptaś stał się celem Marty, ale tylko na krotką chwilę. Podniosła pistolet do oczu jak na zawodach, strzeliła błyskawiczny dublet i chłopak padł twarzą w mokrą trawę.

Zdzisław Zarazek patrzył na to jak oniemiały, jak wrośnięty w ziemię, nie wydając z siebie ani pisku, więc nie zatrzymały się na nim przyrządy celownicze walthera, którego ściskała Marta, ale gdy krzyczeć zaczęła Ruda, Marta nie wahała się ani chwili, dwa strzały przez przednią szybę punto i Ruda już nie krzyczała.

Zarazek przestał patrzeć jak oniemiały, rzucił się na ziemię, przykrył głowę dłońmi i mamrotał coś pod nosem.

Wypełniał Martę święty gniew, więc kiedy z lasu na jej strzały ktoś odpowiedział ogniem, nie bała się. Jej ciało przypomniało sobie kurs strzelectwa taktycznego, na który nie było ją stać, więc trochę wbrew sobie, nieokreślonymi obietnicami przyszłej być może randki, omotała prowadzącego te kursy byłego gromowca, który stracił dla niej głowę, ale nauczył ją bardzo wiele. Zareagowała odruchowo. Zmieniła pozycję, znalazła osłonę, przeładowała walthera, by mieć w rękojeści pełny magazynek. Ruszyła w las.

Major Zapałka, przerażony, ostrzeliwał się na oślep, jednocześnie wybierając numer do firmy. W końcu się połączył i krzyczał, że potrzebuje wsparcia antyrerrorystów z piątki, uzbrojona i niebezpieczna, natychmiast przyślijcie wydział piąty, Marta jednak słyszała jego krzyki.

Była Erynią, była wojną. Latarkę zamocowaną pod lufą pistoletu włączyła w ostatnim momencie, strzeliła dwa razy, dwa razy trafiła w plecy majora Zapałki, trzeci raz w głowę, podeszła trzy kroki, czwartym strzałem rozbiła telefon, który wysunął się z jego martwej ręki.

Przekroczyła martwe ciało, nie poświęcając mu więcej uwagi. Wróciła na polanę. Jej celem była zemsta. Potem niech świat spłonie.

Detektyw Zarazek ciągle leżał na ziemi, z twarzą w trawie, chronił głowę dłońmi i mamrotał jak mantrę jedyną modlitwę, jaką był sobie w stanie przypomnieć:

–  Za kibicowski trud, za święte barwy twe, za ten syreni gród, Legio wygraj dzisiaj ten mecz.

Rozdział 42

Zdzisław Zarazek leżał z rękami na głowie, w zapłakane oczy wchodziła ziemia, zaś przed nimi przewijało się może nie całe życie, lecz jego najszczęśliwsze chwile. Ten piękny, słoneczny dzień kiedy w ubikacji podejrzał Bombową Malwinę z szóstej B. Drugie miejsce w konkursie jedzenia karkówki na czas, bez popijania. Pierwsza udana ucieczka samochodowa przed policją po pijaku. Tyle wspaniałych chwil i nie doświadczę żadnej następnej? Czy moje młode życie musi już się kończyć? Pytał siebie, zaś na głos powtarzał wciąż, jak modlitwę:

– …Legio wygraj dziś ten mecz…

Na karku poczuł chłód lufy. Głos, który zabrzmiał był jeszcze zimniejszy.

– Zawsze byłam za Polonią.

A więc tak to się skończy… Detektyw Zarazek może i bał się śmierci, ale uważał się za prawdziwego mężczyznę i wiedział, że potrafi ją znieść. Śmierć jakoś da się przeżyć. Przypomniał sobie jak konali wielcy starożytni. Pluli w piach na widok zabójców. Truciznę gryźli, jakby to była viagra. Oto wzór, za którym powinien podążać. Tak pomyślał, po czym załkał, krztusząc się ściółką.

– Nie zabijaj mnie błagam, tak bardzo przepraszam, zrobię wszystko co chcesz.

Marta nie odpowiedziała. Nie strzeliła również. Uznał to za dobry znak.

– Pomyśl o naszych wspólnych chwilach – chlipał dalej Zarazek. – pamiętasz jak wywróciłem się na flaszce i prasnąłem głową o laptop? Tak okropnie się śmiałaś, bo on był w leasingu. Nie wiem nawet co cię bawiło, ten upadek czy sprośne slowo „leasing”. Ile spraw rozwiązaliśmy razem? Byłem ci przewodnikiem i nauczycielem. Zapomniałaś o tym? Gdzie jest moja wierna, dobra Marta?

– W dupie przy pagórku skacze na ogórku – usłyszał. Ale chłodna lufa odsunęła się od jego głowy.

– Posprzątaj to. – wskazała na martwego majora Zapałkę. Asystent premiera i kierowca znajdowali się w nie lepszej kondycji. – Wrzuć trupy do jeziora. Masz pięć minut!

Zarazek nie posiadał się z radości. Żył i miał żyć. Jego pogodny stan ducha psuły tylko te trzy ciała, dość ciężkie, nieporęczne, w każdym razie niezbyt nadające się do noszenia. Odległość pomiędzy nimi a jeziorem również nie nastrajała optymizmem. Podrapał się w brudny łeb i szczerze ocenił sytuację:

– No wiesz, tych dwóch to pewno przez trzy kwadranse jakoś przetargam, ale tego tutaj grubasa w życiu. Godzina jak nic.  – miał na myśli kierowcę – Ludzie tyją tak nieodpowiedzialnie. Nie myślą o tym, ile po śmierci sprawią kłopotu.

– Pięć minut – powtórzyła Marta. – potem zabiję cię tak czy siak. Chyba, że mam to zrobić jeszcze szybciej.

Nagle okazało się, że ciała wcale nie są takie ciężkie. Toczyły się po ziemistej drodze jakby zostało w nich jeszcze trochę życia. Po kolei, major Zapałka i jego dwaj towarzysze zniknęli pod wodą. Zarazek wystarał się o drąga i nim odepchnął całą trójkę daleko od brzegu. Kijek ten zabrał ze sobą, przerzucony przez ramię jak karabin. Tak zameldował się przed Martą.

– Wyrobiłem się w trzydzieści sekund jak nic!

Czy w oczach Marny błysnęła łza? A może tylko mu się zdawało? Jeśli tak, z pewnością żałowała swoich złych uczynków.

– Robota nie skończona – warknęła Marta.

– Tamci już pływają jak karasie.

Marta uniosła pistolet. Jej oczy jakby nagle wyschły.

– Weź jeszcze truchło tej rudej kurwy. Byłeś tak durny, że ją tu przywiozłeś, czyż nie?

Zarazek skwapliwie pokiwał głową i sunąc nogami skierował się do zdezelowanego punto. Rzeczywiście, Ruda zginęła, a on o tym zapomniał. Żal ścisnął jego otłuszczone serce. Życie opuściło to młode ciało a krew przestała krążyć w tych fantastycznych piersiach. Księżniczka powędrowała do pałacu snów. Nagle, perspektywa własnej śmierci wydała się Zarazkowi całkiem atrakcyjna. Przecież Ruda czekała na niego z mokrym łonem na łonie Abrahama.  Łono na łonie, pomyślał wesoło Zarazek. Otworzył punciaka. Ruda leżała ciśnięta na fotel, przedziurawiony kulami. Zarazek chwycił ją za łydki. Ostre paznokcie raptem wbiły mu się głęboko w kark.

– Ja żyję – wyszeptała Ruda.

Rozdział 43

Premier spojrzał na zegarek. Miał wolne dwie godziny do rozpoczęcia negocjacji na Nowogrodzkiej. Powinno wystarczyć żeby wpaść do domu, ucałować małżonkę i chwilę porozmawiać z licznym potomstwem. Wezwał więc samochód, poluzował krawat i już miał wychodzić, kiedy do gabinetu, bez pukania, wpadł asystent, przez premiera zwany Drugim.

Od pierwszego, którego premier wysłał na poszukiwanie mecensa Leka, różnił się wszystkim. Drugi nie miał pryszczy ani skłonności do płaczu, był smagły, wysoki i przystojny. Nigdy nie należal do kółka monarchistycznego, nie był nawet nigdy harcerzem, co w otoczeniu premiera było rzadkością, nie marzył o wielkiej Polsce, ani nawet o średniej, czy zupełnie malutkiej, bo jego jedynym marzeniem była własna kariera. Z tego marzenia wynikał absolutnie elastyczny światopogląd: gdyby do władzy doszła radykalna lewica, byłby maoistą, gdyby na kolejnych stopniach drabiny, po której piął się w górę, ujrzał w komitecie wyborczym pani hrabianki, to natychmiast poczułby, że w żyłach płynie mu krew senatorów i wojewodów. W towarzystwie premiera był więc umiarkowanie konserwatywnym technokratą, skutecznym, opanowanym i skoncentrowanym na wyniku, chętnie nawiązującym jednocześnie do wielkiego dziedzictwa Solidarności Walczącej.

Premier dobrze wiedział, jaki jest Drugi. Pierwszego zatrudnił, bo był człowiekiem idei, Drugiego dlatego, że potrzebował asystenta, który potrafi załatwić coś trudniejszego niż zorganizowanie spotkania z kółkiem młodych monarchistów.

– Jest problem, szefie – powiedział Drugi i premier od razu wiedział, że problem jest poważny, bo gdyby nie był, Drugi rozwiązałby go sam.

– Mów.

– Pierwszy nie odbiera telefonu. Major Zapałka z ABW, który pojechał z nim znaleźć Leka, zadzwonił do siebie i krzyczał o wsparcie, było słychać strzały. Wysłali tam już antyterrorystów helikopterem. Telefonu Leka nie da się już namierzyć. Ja to przeanalizowałem, szefie i jest podejrzenie, że może nie żyć.

Premier poczuł, jak strach ściska mu żołądek. Jak negocjować z tymi zdrajcami z Porozumienia bez haków mecenasa Leka?

– Jest coś więcej, szefie. Ja się tym już zająłem.

– Gadaj.

– Jest więcej trupów. W takim podłym hoteliku na Woli znaleźli chłopaka zastrzelonego i wyszło, że to jest syn Leka. Zastrzelony zaś z broni służbowej funkcjonariusza CBA, niejakiego Ronalda Pancernego, który zdefraudował pięć milionów złotych z funduszu operacyjnego.

– No, słyszałem o tym… – zafrasował się premier.

– Pancernego tam nie ma, ale jest dużo krwi, która nie należy do chłopaka.

Premier już wiedział, że nie pojedzie do domu. Prezes będzie wściekły, kiedy się okaże, że nie ma czym przycisnąć zdrajców. A jeśli nie ma, to wyborów dziesiątego maja też nie będzie. A to znaczy, że ten pajac może nie dostać się na drugą kadencję… A to znaczy, że trzeba będzie każdą ustawę przepychać kolanem z jakimś, jeszcze gorszym, pajacem, który na złość niczego nie będzie chciał podpisać. Prezes będzie naprawdę zły.

– Szefie… – szepnął Drugi.

– No…?

– Ja to przeanalizowałem, nie? Dokładnie.

– Gadaj! – zniecierpliwił się premier.

– Ja myślę, że to Rosjanie – powiedział Drugi cicho, lecz z pełnym przekonaniem.

Premier zastanowił się chwilę, poprawił okulary, przeciągnął się na krześle.

Drugi ma rację – pomyślał. To muszą być Ruscy.

Rozdział 44

Bywa i tak, że najpotężniejsza broń wpada w ręce głupców. Małpiszon igra z bombą atomową.

– Przerżnę cię tak, że odpadną ci nogi – powiedział Ronald Pancerny do żony. – wygrzmocę mym młotem miłości.

– Zamknij mordę, durniu jeden, bo zawrócę i zostawię cię w tym pieprzonym jeziorze – odparła Anna. Pędzili furgonetką przez opustoszałą drogę. Światła reflektorów roztapiały się w ciemności. Ciemność spowijała też głowę Anny. Inaczej mówiąc, nie potrafiła jasno myśleć. Czy postąpiła dobrze? Przecież naprawdę kochała Martę i dzięki niej odkryła głębsze, prawdziwsze oblicze miłości. Nie było to takie trudne ze względu na słabość konkurencji. Miłość oferowana przez Ronalda Pancernego miała głębokość kałuży.

No ale Anna przestraszyła się ucieczki i tego, że Marta może zrobić jej krzywdę. Teraz bała się wszystkiego – konsekwencji kradzieży i morderstw, zemsty Marty również. No ale najgorsze były te trupy. Na pace wciąż leżał mecenas Lek wraz z panem Pucybutem.

– Musimy gdzieś wyrzucić ciała – szepnęła Anna. Ronald ledwo ją usłyszał.

– Ciała? – powtórzył strwożony.

– Naprawdę chcesz z nimi się wozić? Co jeśli zatrzyma nas policja? Naprawdę muszę ci tłumaczyć tak oczywiste rzeczy – klarowała, zaś Ronald truchlał z każdym słowem. Ledwo uniknął śmierci, a miałby teraz iść do więzienia? Nigdy w życiu. Ronald naprawdę wierzył, że wszystko skończy się dobrze. Zatrzymają pieniądze. Annie odpadną nogi podczas rżnięcia. Jemu odrosną palce.

Anna zwolniła, samochód wszedł w zakręt. Zatrzymali się na szerokim parkingu po środku którego stał wstrętny budynek parterowy. Okna były ciemne. Zdezelowane litery nad drzwiami układały się w napis KOLOROWA.

– Czemu tutaj?

– A czemu nie? – Anna najwyraźniej nie miała zbyt wielkiej wiedzy na temat pozbywania się trupów. – pozbądźmy się ich wreszcie z samochodu. Na co czekasz? Do roboty!

Ronald Pancerny zakwilił i pokazał żonie własną okaleczoną dłoń. Anna warknęła.

– Jeszcze raz jęknij, a wracam nad jezioro a ty zastajesz tutaj z tymi dwoma!

Wolność jest zrozumieniem konieczności więc Ronald zabrał się do pracy. Zaczął od pana Pucybuta. Stoczył go z paki i pociągnął przez parking, do zarośli za Kolorową. Tam sturlał trupa do rowu. Pan Pucybut wyglądał jak Mormon który zasnął zapatrzony w oblicze Stwórcy. Za to Ronald Pancerny nie przypuszczał, że zmarli sprawiają więcej kłopotu niż żywi. Westchnął ciężko i wrócił po mecenasa Leka.

Mecenas był lżejszy, ale Ronaldowi pracowało się ciężej. Używał tylko jednej ręki i umordował się ponad siły przy panu Pucybucie. Anna przyglądała się jego mękom bez słowa i chęci pomocy. Nadludzkim wysiłkiem Ronald dociągał Leka do rowu na skraju lasu, tam obrócił i już chciał sturlać, gdy natrafił na twardy przedmiot w kieszeni marynarki. Zawołał Annę i Anna podbiegła.

Ronald trzymał zeszyt zapełniony eleganckim, lekko staromodnym pismem. Okrągłe literki zdawały się tańczyć ze sobą. Dało się odczuć, że ktokolwiek spisywał te słowa, czynił to z radością.

Zeszyt wypełniały imiona i nazwiska znane z telewizji i pierwszych stron gazet. Byli też celebryci, paru znanych prawników i przynajmniej pierwsza dwudziestka bogaczy z listy Wprost. Przy każdym nazwisku znajdowało się jedno, wiele mówiące słowo. Hazard. Narkotyki. Zdrada. Dzieci. Alkoholizm. Korupcja.

Do wewnętrznej strony okładki przyklejono kartę pamięci o pojemności 128 gigabajtów.

Na karcie narysowany był uśmiech.

Anna i Ronald popatrzyli na siebie i też się uśmiechnęli.

Mieli w dłoniach haki na wszystkich ważnych ludzi w Polsce.

Rozdział 45

W końcu nadszedł ten dzień.

Premier przyniósł do swojego gabinetu tekturowe pudło, spakował doń kilka osobistych drobiazgów i unosząc pudło w dłoniach wyszedł, by nigdy już nie wrócić. Czuł gorycz, bezsilność i rozczarowanie, sztylet w plecy wbili mu ci, którym ufał, bo komuś przecież ufać musiał. Pokazali dokumenty, co do których pewien był, że zostały były zniszczone i rzeczywiście, jednak zanim je zniszczono, ktoś zrobił im zdjęcia.

Kolejnym premierem został przystojny, smagły asystent, który w międzyczasie zdążył przejść do partii, która na gruzach koalicji i opozycji prezentowała się jako nowa jakość w polskiej polityce, słuchająca zwykłych ludzi, kierująca się zasadą wewnętrznej demokracji, nieuwikłana we wcześniejsze polityczne swary i tylko zupełnie przypadkiem jej szeregi zasilili ci sami działacze co zawsze.

Premier prawie do końca swoich dni wierzył, że była to sprawka Rosjan.

Prawie, bo trzydzieści lat później, kiedy stał na demonstracji pod sejmem z nieco wyblakłym transparentem, pośród podobnych mu, politycznie rozbudzonych starców, protestujących żarliwie w sprawach, które nikogo poza nimi nie obchodzą, podszedł do niego nieznany mu człowiek, zaciskający bioniczną protezę dłoni na drzewcu flagi biało-czerwonej i całkowicie ignorując hasła wykrzykiwane w obronie konstytucji, a może niepodległości, demokracji i polskości, pociągnął go za rękaw.

– Pan byłeś wtedy premierem, nie? Za pierwszej pandemii? Zanim to wszystko jebło, prawda?

Starzec, który kiedyś był premierem, pokiwał głową.

– Tak było. Ale potem Ruscy dostali na mnie haka. Nigdy nie wybaczyli mi, że chciałem Polski wielkiej, wzniosłej, z nadzieją spoglądającej w przyszłość, lecz pamiętającej o swojej wielkiej historii, Polski nowoczesnej, chociaż konserwatywnej, otwartej, ale szanującej tradycję, europejskiej w Europie narodów, Polski, która…

– Panie, skończ pan – przerwał mu człowiek z bioniczną protezą. – to nie byli Ruscy, to ja byłem. Mieliśmy takie przygody burzliwe, nie wszystko pamiętam, moja żona się puściła z jedną taką, ujebali mi palce, ale w każdym razie, koniec końców zostaliśmy z Aneczką moją w posiadaniu zeszyciku i karty pamięci tego papugi, jak mu tam było…

– Mecenas Lek mu było – odparł premier.

– Tak! Lek! Panie, co tam się wtedy działo, jakbym opowiedział, to pan mnie nigdy i tak nie uwierzysz…!

Facet z bioniczną protezą ręki mówił dalej, ale premier już nie słuchał. Puścił transparent z hasłem wymalowanym w obronie konstytucji lub przeciwko antypolskim szumowinom, wymknął się z szeregów skandujących starców i staruszek, poszedł do parku, usiadł na ławce nad stawem, po którym pływały elektroniczne łabędzie i pomyślał, że na starość nawet to musieli mu odebrać, wiarę, że owszem przegrał, ale z wrogiem tak potężnym, że w zasadzie każdy z nim przegrywa. Były premier zapłakał.

Wspomniał swoje ostatnie dni na premierowskim fotelu. Przypomniał sobie, jak pozwolili ludziom wyjść do knajp i jak wszyscy natychmiast zapomnieli o zarazie, wylegli na ulice jakby wystawili głowy nad wodę po długim nurkowaniu.

Wspomniał jak się musieli napracować, żeby na światło dzienne nie wyszła akcja antyterrorystów z wydziału piątego ABW, podczas której samotna dziewczyna z pistoletem, walcząca podobno w świętej furii niczym Amazonka z piekła rodem, zdołała wykończyć czterech funkcjonariuszy, zanim ją w końcu zastrzelili, jak potem okazało się, że mecenas Lek nie żyje, ale jego archiwum haków zniknęło. Nikt nie wiedział czym to przykryć, aż w końcu sprytny, drugi asystent pana premiera zaproponował, żeby może ocenzurować jakąś piosenkę na liście przebojów Trójki, to się ludzie nie będą zajmować strzelaniną i martwymi funkcjonariuszami.

Czego były premier wspomnieć nie mógł, to tego, jak pod gradem kul dzielny detektyw Zarazek wyciągnął ranną Rudą z samochodu i poniósł na własnych mocarnych ramionach aż na drogę, gdzie złapał transport do najbliższego szpitala. Tam zajęli się nią, nieprzytomną, najlepsi lekarze, tacy, którzy rozumieli, że prócz korony ludzie umierają też na inne, dziwne choroby.

Premier nie mógł również wiedzieć, że Ruda obudziła się zdrowa i zmęczona. Zdołała nawet przemyśleć zmianę zawodu. Umawiała się na awantury z pijanymi klientami, nie na gonitwy po lesie w towarzystwie jakiegoś tłustego szaleńca, którego miała nadzieję nigdy nie zobaczyć.

Ledwo ta myśl wybrzmiała, a w drzwiach szpitala stanął detektyw Zarazek z jedną różą i puzdereczkiem. Uzbrojony w promienny uśmiech ruszył w kierunku łóżka krokiem zachwyconego sobą idioty. Wcisnął Rudej różę tak, że największy z kolców przeszył jej kciuk, runął na kolana i rzekł:

– Wyjdziesz za mnie? Myślałem dużo… tamtej nocy połączyło nas coś szczególnego… Połączmy się i my… teraz, na szpitalnym łóżku…

Zarazek podniósł się z kolan i jął gramolić się na rudą. Ust maliny rozchylił do pocałunku. W tym czasie Ruda prosiła Boga, Szatana, wszystkich świętych i każdego, najmniejszego nawet mieszkańca piekieł, o ratunek. Ta modlitwa różniła się od przytłaczającej większości innych modlitw, albowiem została wysłuchana. W drzwiach stanęła ogromna, zarośnięta postać w lekarskim kitlu…

– Ty skurwysynu! – huknął doktor Ziemowit Siermiężny. – Teraz mi nie uciekniesz!

Zarazek upuścił pierścionek i również zmówił szybką modlitwę o ratunek. W tym wypadku Bóg, Szatan, aniołowie i diabły pozatykali sobie uszy.

Były premier wspominał więc po latach to, co wspominać mógł, po czym umarł i leżał na ławce martwy, ludzie mijali go obojętnie, aż w końcu pojawił się miejski dron, zajmujący się usuwaniem licznych zwłok z ulic Warszawy, delikatnie uniósł wiotkie ciało byłego premiera, by zanieść je ku krainie wiecznej chwały.

do góry strony >>