Rozdział 1

W biurze panował półmrok. Żaluzje pokrywały skromne pomieszczenie deseniem pasków, w świetle wiosennego słońca cząsteczki kurzu wirowały szaleńczo, jakby świat wcale nie zatrzymał się nagle w swym biegu.

Zdzisław Zarazek siedział na swoim fotelu, odchylony w tył, stopy w nieco schodzonych adidasach oparł na blacie biurka.

– Wiesz co nas spotkało? – powiedział po dłuższym milczeniu, wypuszczając z ust potężną chmurę dymu z e-papierosa i przeciągając się na swoim krześle, aż za ciasna koszulka polo zatrzeszczała na jego dostojnym brzuchu.

– Pandemia? – odpowiedziała Marta, jego asystentka, równie piękna, co surowa, wysoka dziewczyna, której wargi na widok Zdziśka zaciskały się zawsze w kreskę wąską jak cięcie brzytwą.

– Nie, ale że nas, biuro.

– No na pewno mi ładnie wytłumaczysz co nas spotkało.

Zdzisiek westchnął ponownie.

– Chodzi mi o to, że w tej pandemi, no. No patrz. To jest jak z tym piwem z Kolumbii.

– Jakim piwem z Kolumbi, Zdzisiu? – zapytała uprzejmie Marta.

– No że ta corona.

– Corona jest z Meksyku, Zdzisiu – podpowiedziała dalej uprzejmie Marta, powoli mieszając swoją rozpuszczalną kawę.

– A to nie to samo? – zdziwił się Zdziś. – Ale słuchaj, wytłumaczę ci.

– Tak, oczywiście, że mi wytłumaczysz.

Zdziś, podniecony brzmieniem własnego głosu, ściągnął nogi z blatu biurka i uniósł się w fotelu, który zajęczał przeraźliwie, ciężar zdzisiowego ciała ledwie znosząc, tak samo jak Marta ledwie znosiła tembr zdzisiowego głosu.

– No więc ludzie przestali pić tę coronę, słyszałaś? Bo koronawirus. A to przecież bez sensu.

– Tak, Zdzisiu, słyszałam – odparła z rosnącym znużeniem.

– Bo wiesz, ten wirus przecież nie ma nic wspólnego z piwem. Nie można zarazić się wirusem pijąc piwo, tylko dlatego, że nazywa się tak samo jak wirus, nie?

– Od razu wiadomo dlaczego jesteś słynnym detektywem, Zdzisiu – odparła Marta, Zdzisia jednak życie nauczyło sarkazm ignorować z bohaterską nieomalże konsekwncją.

– No i czy ja mogłem nazywać się gorzej w takich czasach? Gorzej niż Zarazek? I jeszcze że biuro tak nazwałem…

– Zaryzykowałabym tezę, że nawet w czasach sprzed zarazy nazwa „Biuro Detektywistyczne Zdzisław Zarazek” nie była arcydziełem komunikacji marketingowej, Zdzisiu.

– E tam. W prostocie siła! A teraz taki klops.

Marta nie kontynuowała rozmowy, co stanowiło jedną z jej kilku strategii przetrwania.

– Już nikt nie przyjdzie dzisiaj, nie? – zapytał po dłuższej chwili ciszy Zdzisiek, jakby prosił o pozwolenie.

Marta wzruszyła ramionami.

– Możliwe że już nigdy nikt nie przyjdzie.

– Ty tak zawsze pesymistycznie… A mnie chodziło o to, czy byśmy się nie napili – odpowiedział Zdziś, sięgając do szuflady po butelkę niedrogiej whisky z niedrogiego supermarketu.

– Ja nie piję, Zdzisiu – odparła Marta, w duchu dodając: „a na pewno nie z tobą”.

Zdzisiek nalał sobie whisky do nieumytego kubka po kawie, zmierzył poziom płynu spojrzeniem znawcy i dolał jeszcze na palec, prawie wypełniwszy kubek, po czym pociągnął solidny łyk, plamiąc niestety i tak nieprzesadnie czystą koszulkę polo dokładnie w momencie, w którym drzwi do biura otwarły się powoli, w nich zaś pojawiła się postać na obcasach wysokich, odziana w bardzo drogą garsonkę i z torebką wartą tyle, co trzymiesięczne dochody Zdzisia, co ten, wielki znawca natury ludzkiej, zauważył natychmiast, zerwał się więc z fotela, rozlewając whisky i niezdarnie próbując schować butelkę za monitorem.

– Czy pan Zarazek? – zapytała kobieta i kiedy jej twarz wynurzyła się z cieniów korytarza, okazała się być twarzą kobiety czterdziestoletniej, pięknej leniwą urodą wygrzewającego się na słońcu kota. Zmierzyła Zarazka spojrzeniem raczej krytycznym.

Jezu, jak ona na mnie patrzy. Będzie moja! – pomyślał Zdzisiek.

Co za odrażający typ – pomyślała kobieta.

– Zdzisiu, przywitaj panią. To klientka przecież – powiedziała Marta.

Rozdział 2

Na te słowa detektyw Zdzisław ruszył przez gabinet z wyciągnięta dłonią. Krok miał ciężki i mocny, jak olbrzym, który dla czystej frajdy depcze swoich przeciwników. Wyrósł przed klientką, a ta miękko odsunęła się o krok. Popatrzyła na wyciągniętą dłoń Zarazka. Zacisnęła palce na torebce.

– Wie pan co przynosi mi ulgę w tych trudnych czasach? – zapytała, wcale nie oczekując odpowiedzi – otóż do dobrego tonu należy odpuszczanie sobie zbędnej poufałości.

– Dżentelmen we mnie zawsze wyrywa się do przodu – odparł Zdzisław Zarazek. A pomyślał: „Inteligentna, więc udaje drapieżną. Rozum najostrzejszym pazurem kobiety…”. Tymczasem klientka sama znalazła drogę do gabinetu. Marta w popłochu przecierała fotel, aby ta mogła usiąść.

– Nazywam się Anna. Anna Pancerny. Z pewnością słyszał pan o mnie. A przynajmniej o moim mężu, prawda?

– Jasne, że tak. To znaczy oczywiście – chrząknął Zdzisław, choć nie miał pojęcia o kogo chodzi. – my wiemy wszystko. Dlaczego? Dlatego, że jesteśmy najlepsi!

– Nie. Nie jesteście nawet najtańsi ani najdrożsi, ani w ogóle żadni naj. Jesteście jedyni.

– To znaczy?

Anna Pancerny wydęła usta.

– Myśli pan, że z własnej woli zasiadłabym w tym… w tak wspaniałym gabinecie? W tej czystości? W tym przepychu? Wyobraź pan sobie, że wszyscy pana koledzy z branży, każdy kto tylko mógł zawinął swój interes, siedzi cicho i drży czy mu się na kaszel nie zbiera. Tylko skończony dure… to znaczy, bardzo niestandardowo myślący człowiek mógł pozostać na stanowisku pracy. Która przecież polega na pracy z ludźmi!

Przez blade czoło Zarazka przeszła zmarszczka znamionująca proces myślowy. Umysł, wprawiony w dedukcji doszedł do wniosku, że wypowiedź Anny zawierała wielki, choć zawoalowany komplement. Ta myśl dodała mu skrzydeł i rzuciła w stronę baru.

– Czego się pani napije? Whisky? A może… whisky z lodem?

– Przejdźmy do rzeczy, dobrze?

– Pięknej kobiecie ze szklanką jeszcze piękniej – wypalił. Z korytarza dobiegł przeciągły świst. To wzdychała Marta.

– Panie Zarazek. Każda minuta spędzona tutaj kosztuje mnie nazbyt wiele. Pozostaje nadzieja, że ma pan jakieś zalety, rekompensujące to wszystko, co tutaj widzę. Więc prosto z mostu. Skoro wie pan kim jestem, to osoba mojego męża jest również panu znajoma?

– Oczywiście, że tak.

– Ronald Pancerny – upewniła się Anna.

– Królowo złota, znam go jakbym z nim wódkę pił.

– Niesłychanie mnie to cieszy. Więc, doskonale znany panu mój mąż Ronald dwa dni temu wyszedł z domu po żwirek dla kota i nie wrócił. Męża nie ma, a kot sra w gazety. Nadąża pan za mną?

– Jak huzar za młodą klaczą – rzekł Zdzisław z uśmiechem. Anna wytrzeszczyła oczy i podniosła się z fotela.

– Chyba czas już na mnie.

– Ja wszystko rozumiem. Zakręcę tak, że pani mąż wróci!

Anna odwróciła się gwałtownie.

– Nic pan nie rozumiesz! Chodzi o coś dokładnie przeciwnego. Mój mąż ma nie wrócić. Niech zniknie przynajmniej na te dwa tygodnie. Niech siedzi tam gdzie jest. Właduj go pan na kwarantannę, zaraź go pan, albo coś wyczaruj, skoro taki z pana fachura – z torebki wyszarpnęła kopertę i cisnęła nią na blat. – tu jest zaliczka. A teraz żegnam.

Jak powiedziała, tak wyszła. Trzasnęła przy tym drzwiami tak, że tynk się posypał. A Zdzisław Zarazek, detektyw z wieloletnią praktyką podniósł się znów znad swojego zagraconego biurka, sięgnął po kubek gdzie jaś wędrowniczek mieszał się z Tchibo, położył dłoń na sercu, gdzie radość tańcowała z nadzieją i rzekł do siebie, do sekretarki, może do nikogo.

– Co za dziewczyna…. Mam pewność że coś z tego będzie. – pociągnął solidnie z kubka i huknął – Martuś, słońce, sprawdzisz mi co to za miglanc, ten Ronald Pancerny ?

Rozdział 3

Ronald Pancerny nie poznawał się w lustrze. 

Czy to świat się zmienił czy on sam? 

Zanim w to lustro spojrzał, spodziewał się zobaczyć w nim przystojnego, rosłego pięćdziesięciolatka, przynajmniej jeśli chodzi o wiek biologiczny, tak mówiła mu przymilna rehabilitantka, bo jednak według peselu, to może i dziesięć lat więcej. Miało więc zwierciadło odbić obraz gładko ogolonego pana w wieku co najwyżej średnim, w dużych, modnych okularach z oprawami ze złotego drutu, z uśmiechem perfekcyjnym, nad którym pracowało kilku specjalistów, spodziewał się że gdy podniesie dłoń do twarzy, aby przeczesać gęste od przeszczepów, siwe włosy, to na nadgarstku zobaczy drogi, złoty zegarek, na palcu sygnet, a może nawet dwa, na pewno również złote. 

Tak naprawdę codziennie rano spodziewał się zobaczyć w lustrze tego mężczyznę, codziennie widywał w nim jednak siebie, Ronalda Pancernego, człowieka o twarzy tak pozbawionej właściwości, że sam siebie zwykle nie poznawał, ponieważ nawet w jego pamięci obraz własnej twarzy zacierał się natychmiast. 

Nie było włosów, sygnetów ani zegarków, była lśniąca łysina, nalane policzki i małe, smutne, ale jednak świńskie oczka, świecące pośrodku twarzy niepodobnej do nikogo, a wieńczącej wątłe i słabowite ciało. 

Oto ja, pomyślał ze smutkiem Ronald Pancerny. 

Oto ja, Ronald Pancerny, myślał dalej, oto ja, dyrektor pionu finansowego Centralnego Biura Śledczego, oto ja, który skradłem pięć milionów złotych z funduszu operacyjnego tegoż biura, z zamiarem dowiedzenia mej małżonce iż jestem jej warty, a następnie wyjazdu z tego smutnego kraju, zakupu skromnej nieruchomości na Teneryfie i oddawaniu się tam przyjemnościom ducha i ciała, albowiem zakładałem, że kogoś, kto okazał się jednak tak przedsiębiorczym spryciarzem, żona w końcu zechce dopuścić do gotyckich wyniosłości jej ciała. 

Ronald usiadł na łóżku, łóżko było niewygodne, pokój był brzydki i z widokiem na takie obszary Woli, na które naprawdę nie ma po co patrzeć, hotel był tani i brudny, zwykle używany celem najmu naprawdę krótkotrwałego, Ronald zaś mościł się w nim już od dwóch dni, zamawiając do pokoju paskudne jedzenie za pomocą telefonu pamiętającego czasy, w których porucznik Borewicz śledził w tych samych pokojach szpiegów z RFN, cinkciarzy i peerelowskie kurwy. 

Telewizor chodził bez przerwy, przerażając Ronalda coraz bardziej. 

Wszystko miał zaplanowane. Kwiaty dla żony. Czystą bieliznę. Nowy dezodorant i perfum męski marki Chanel. Nawet włosy łonowe przystrzygł elegancko, bo koledzy twierdzili, że tak teraz wypada. Mial fałszywe paszporty. Dwa bilety na Teneryfę. Katalog tamtejszego biura pośrednictwa nieruchomości. Umówioną wizytę w kantorze, w którym zamierzał zbyć złotówki i nabyć inne waluty oraz trochę złota, a na którego właściciela miał haka, bo kolega z firmy wyznał mu przy wódce, że waluciarza ów niemałego formatu w kieszeni, jest w istocie szwagrem szefa i z pomocą tego szefa oraz paru deweloperów wyczyniają machinacje tak skomplikowane i daleko sięgające, że Pancerny bał się nawet o nich myśleć, ale do transakcji waluciarza przekonać zdołał. 

A teraz co? W niemym telewizorze paski w TVN24 przyprawiały go o drgawki. 

Zamknięte granice. Zakaz lotów. Znikąd ratunku. Pandemia. 

Pod łóżkiem leżała walizka z gotówką, nagle niezbyt użyteczna. Bo przecież jeśli nie ucieknie, to go złapią i coż mu wtedy po pieniądzach? 

Hotelowy pokój był matnią. 

Ronald Pancerny przegryzał zleżałą sałatkę cezar z namokłymi grzankami, popijał białym winem z małych buteleczek i wspominał. 

Wspominał jak na studiach prawniczych poznał żonę swą Annę z Drohoborzeckich herby Trąby, której rodzina zaakceptowała dziwaczny wybór matrymonialny córki tak, jak akceptuje się hemoroidy.

Wspominał, jak to się w Lidze Republikańskiej krzyczało przeciwko Kwachowi, jak potem były lata chudsze, jak potem się za pierwszego PiSu z wydziału zasobów lokalowych Urzędu Dzielnicy Bemowo przeszło do CBA i jaki był tam wtedy wojowniczo-jakobiński klimat, jak potem po cichu w pionie finansowym przeczekał peowskie lata i jak potem wszystko rozkwitło.

Wszystko, poza pensją Ronalda. 

Wokół wszyscy robili biznesy. Warszawa rosła, wieżowce prężyły się jak Ronaldowi coś się kiedyś prężyło, co od dawna już nie, służby, partie, developerzy, prawnicy, wszyscy zarabiali i to jak zarabiali. Samochody z luksusowych wypożyczalni, dziewczyny takie, że Ronald bał się nawet na nie wzrok podnieść, restauracje, Malediwy, wszyscy się paśli, tylko nie Ronald i im więksi stawali się wszyscy, tym bardziej Ronald się kurczył, szczególnie w oczach żony Ronalda, której kiedyś wydawało się, że dokonuje wyboru nieoczywistego niczym inwestycja w spółkę z branży, która dopiero czeka na swój boom, jednak z każdym rokiem, w którym nie mogła się koleżankom odwzajemnić nową torebką, jej wiara w Ronalda słabła. 

Ronald więc postanowił, że teraz jego kolej. Ronald Pancerny pokaże jakim naprawdę jest mężczyzną, jaki potencjał w nim drzemie. 

I pokazał. Uziemiony w hotelowym pokoju z pięcioma milionami złotych w gotówce. 

Rozdział 4

Stosunek detektywa Zarazka do zawodu, który uprawiał był skomplikowany, a nawet mylący. Nie należał do ludzi specjalnie upartych i konsekwentnych, za to łatwo gubił się w gąszczu własnych, błędnych decyzji i nietrafionych wyborów. Owszem, nieźle opanował sztukę nierzucania się w oczy, w zamian jednak rzucał się w nos.

Zarazek został detektywem łaknąc oddania kobiet. Pamiętał dobrze filmy z Humphreyem Bogartem, Richardem Widmarkiem albo Robertem Mitchumem oglądane w dzieciństwie na ruskim Rubinie i zaskakującą łatwość, z jaką ci faceci zaciągali pierwszorzędne damy do łóżka. Zdobył licencję, założył biuro, zatrudnił Martę, która z niepojętych przyczyn jakoś nie chciała mu się oddać i natychmiast popędził do Pawilonów na tyłach Nowego Świata, gdzie jego zdaniem można było wyrwać najprzedniejszą młódkę. Kieszenie wypychały mu świeżo wydrukowane wizytówki. Pokazywał je dziewczynom, mówił, że prowadzi niesłychanie poważną sprawę, śledzi go CIA, Mossad i mafia jednocześnie, a następnie proponował udział w wielkiej kryminalnej przygodzie. Ta miała zacząć się od pocałunku, skończyła się jednak u dentysty, gdzie Zarazek musiał wstawić sobie dwa nowe zęby. Traf chciał, że jedna z dziewczyn trenowała krav-magę.

Niezrażony Zarazek utrzymywał, że brak powodzenia u kobiet stanowi wynik ślepoty tychże i piętrowej kumulacji pecha. Zawodowo grzązł w śledzeniu niewiernych małżonków, poszukiwał alimenciarzy i zaginionych psów, raz nawet wysłano go po papugę. Znalazł ją po trzech dniach morderczych poszukiwań. Wredne ptaszysko siedziało na parapecie i dziobało Zarazka po rękach, gdy gramolił się po piorunochronie. Spadał długo, albowiem piętro było trzecie.

Dlatego Zarazek trząsł się z podekscytowania na myśl o nowym zleceniu, o Annie Pancernej i jej zaginionym mężu. Nie było w tym przesady. Jego wielki brzuch falował w rytm nerwowego oddechu, drżały pękate łydki, a wszystkie cztery podgardla detektywa Zarazka kołysały się miarowo i nieco melancholijnie. Zarazek wciąż popijał whisky, gdyż wierzył święcie, że droga do wielkości zaczyna się od promila w organizmie i zerkał przez ramię Marty klikającej w komputer. Zarazek nie znał się na tych wszystkich wynalazkach, co mają te dziwne ekrany. Wierzył w bliskość, szczerą rozmowę i swój nieodparty urok.

– Ten Pancerny wygląda na poważną figurę. Rządowa posada – powiedziała Marta po czym wyjaśniła Zarazkowi czym mniej więcej zajmował się poszukiwany. Ciężko było nawet o zdjęcie. Jeśli był na portalach społecznościowych to nie pod swoim nazwiskiem. Zarazek przyswoił te informacje i pokiwał głową, jakby przytakiwał samemu sobie, siebie samego chwalił i zachęcał do czynu. Wiedział już dlaczego Anna przyszła do niego. Jej mąż był dzianym i ważnym facetem. Z takiego nikt nie zrezygnuje bez ważnego powodu.

Takim powodem, zdaniem detektywa Zarazka, był detektyw Zarazek.

Musiał się tylko sprawdzić. Pokazać, że potrafi.

Narzucił skórzaną kurtkę. Jego zdaniem doskonale pasowała do dresu.

– Zajdź mi do końca Internetu za tym ancymonem – poinstruował Martę . – Coś musi być. Czuję w kościach! Musi!

– Ej, a dokąd ty lecisz?

Zarazek zatrzymał się w progu swego biurka – oczy lśniły mu jak u chciwca wpatrującego się w złoto.

– Jak to gdzie. Prowadzę śledztwo!

– A gdzie ty biedaku chcesz to śledztwo prowadzić? Nie lataj po mieście, bo złapiesz tę koronę czy inną francę. Zresztą dokąd pójdziesz, pytam?

Gdyby Zarazek miał lakierki, to by z nich strzelił.

– A gdzie prawdziwy detektyw zaczyna śledztwo? Choroba mi nie straszna – wskazał na dopitą niemal flaszkę – ja się porządnie zdezynfekowałem!

Rozdział 5

– Właśnie, gdzie prawdziwy detektyw rozpoczyna śledztwo? – Zdzisio Zarazek zapytał samego siebie, stanąwszy na chodniku przed mało reprezentacyjnym peerelowskim biurowcem, w którym wynajmował lokal na swą działalność, czynsz płacąc niezbyt regularnie. – Gdzie prawdziwy detektyw rozpoczyna śledztwo… – powtórzył, zdając sobie sprawę, że podważa tym samym własną prawdziwość. – Prawdziwy detektyw śledztwo rozpoczyna w knajpie! – rozpromienił się, ciągle mówiąc do siebie na głos, jakby zapomniał, że podstawowym zadaniem prawdziwego detektywa jest prowadzić monolog wewnętrzny. 

Przebiegł w myślach listę knajp, w których zwykł bywać. 

Bar osiedlowy na Bemowie, zaraz pod blokiem, w którym mieszkał, odpadał, albowiem Zarazek był tam winien prawie tysiąc złotych, ponadto znieważył ostatnio właścicielkę i barmankę w jednym, gdy domagała się spłaty długu. Kiedy wezwała syna, rosłego kibica Legii, aby pomścił tę zniewagę, Zarazek sprytnie uniknął fizycznej konfrontacji, rzucając weń stołem, a następnie, unosząc swe sto trzydzieści kilogramów we wdzięcznym kłusie, umknął do zaparkowanego niedaleko bmw 3 z 1998 roku. 

Zachodził też kiedyś do Pikanterii na Saskiej Kępie, ale od kiedy zwymiotował kelnerce na buty, nie czuł się tam już komfortowo. Kelnerka zaczęła wtedy strasznie nań krzyczeć, nieco zaś wstawiony Zarazek z godnością oświadczył, że z obrzyganymi kobietami nie zwykł rozmawiać, i rzuciwszy stówkę na stolik, opuścił lokal. 

Tak naprawdę, pomyślał, powracając do właściwego detektywom sposobu ekspresji, ja wcale nie chadzam do knajp, bo siedzę głównie w domu. 

Dlaczego zaś Zdzisio Zarazek mało gdzie wychodzi? A dlatego, gdyż albowiem ponieważ żona detektywa Zarazka, Kornelia Zarazek, wychodzenia Zdzisiowego nie bardzo lubi, a Zdzisio żony swej Kornelii boi się bardziej niż globalnego ocieplenia, a globalnego ocieplenia boi się tak bardzo, że zanim wybuchła pandemia, aż nie spał ze strachu. 

Komórka w kieszeni dresowych spodni zagrała „T.N.T.” AC/DC. 

No i ściągnąłem zarazę na siebie, pomyślał ponuro Zarazek, czując, jak strach ściska mu wnętrzności. 

Odebrał. 

– Tak, kochanie? – rzekł słodkim głosem do słuchawki. – No na robocie jestem. Tak, kochanie, ja wiem, że Helcia się nudzi. Tak, kochanie, będę niedługo. No wiesz, pieniążki trzeba zarabiać, co począć. Że dziecka trzeba było nie poczynać, kotku słodki, nie mów tak, przecież to ty mi wtedy te gumy poprzebijałaś. Tak, zostawmy to. Tak, kochanie, pamiętam o papierze toaletowym, oczywiście. Tak, słodziutka, przed dziewiętnastą. Nie, ptaszyno, nic nie piłem! Jak to, ban na pleja? Ja mam przecież misję w „Wiedźminie” do skończenia, tę ze strasznym dzieckiem, przecież ci wczoraj… No i rozłączyła się kurwa kostropata, żeby ją… 

Schował komórkę do kieszeni. Raz jeszcze pomyślał, do której knajpy mógłby zajść, w której spotkałby tę właściwą jedynie wielkim miastom ludzką szumowinę, kobiety fatalne, zmęczone prostytutki po robocie, alfonsów, drobnych złodziejaszków, szlachetnego dziennikarza, gangstera o gołębim sercu i słabości do blondynek, może nawet jakiegoś podejrzanego pisarza…

I nagle już wiedział. Corso. Corso na Placu Zbawiciela. 

Zdzisio nie lubił tych okolic, wypełniali je ludzie, których wybory modowe jawiły mu się wątpliwymi, a wątłość tamtejszej młodzieży męskiej w wielkich okularach, włóczkowych czapkach, z wąsikami i dżinsami jak od Turka zawsze wypełniała serce Zdzisława smutkiem.

Ale Corso to co innego, w Corso w końcu siadywali porządni, uczciwi, normalni ludzie oraz nawet pan Marek Nowakowski, do którego ojciec Zdzisia, również Zdzisław, żywił wielki szacunek. Przekazał go synowi, nie zaraziwszy go jednak miłością do lektury. 

Zdzisio wskoczył do bety, odpalił silnik i zaklął, gdy ujrzał, że już mu się ta pomarańczowa kurwa żebraczka paliwowa na tablicy świeci – na szczęście żeby do śródmieścia dojechać, wystarczy. Popędził pustymi ulicami, pociągając po drodze z flaszki, którą zawsze trzymał w schowku obok plastikowej atrapy pistoletu, i zaparkował z wdziękiem na opustoszałym placu, pod miejscem, w którym stężenie wstrętnej Zdzisiowi młodzieży zwykle było szczególnie wysokie – zwykle, lecz nie dziś. Wyskoczył z auta, trzasnął drzwiami i popędził pod Corso, mijając smutnego żula, który raczył się na ławce wiśniówką, założywszy najwyraźniej, że w tak strasznych czasach nawet psy nie zechcą przeszkadzać uczciwemu człowiekowi pod chmurką. 

Corso było zamknięte. 

– Przecież pandemia! – Zarazek walnął się ręką w czoło. 

– Panie, jaka pandemia, przecież to już dwa lata będą, jak to zamknęli – powiedział żul. 

– To gdzie pan Nowakowski teraz chodzi? – zmartwił się Zarazek. 

Żul popatrzył na Zarazka z pogardą. 

– Pan pisarz Marek Nowakowski, wielki piewca warszawskiej ulicy, zmarł sześć lat temu, a jak pan tego nie wiesz, to nie jesteś pan godzien nazywać się warszawiakiem i stąpać dłużej po tej ziemi nasiąkłej krwią bohaterów licznych powstań oraz insurekcji! A zatem idź pan stąd!

Zdzisław jednak nie odszedł, tylko smutno zwiesił głowę i poczuł, jak całe ciało przeszywają mu dojmujący smutek i zmęczenie. Być może wypił jednak nieco zbyt wiele. Świat zadrżał w posadach i masywne, znużone ciało detektywa Zdzisława Zarazka powoli niczym dąb podcięty przez drwali runęło na warszawski bruk.

Rozdział 6

Ronald Pancerny poznał w swoim życiu wielu najróżniejszych specjalistów. Pił na przykład kiedyś z weteranem, który odsłużył piętnaście lat w Legii Cudzoziemskiej i potrafił uśmiercić człowieka jednym uderzeniem otwartej dłoni. Przekonał o tym Ronalda, pokazując mu niektóre chwyty. Ronald przeżył, choć jego zdaniem niewiele brakowało. Dla odmiany szwagier, brat Anny, brał życie na pełnej kurwie, jak sam zwykł twierdzić. Latał na paralotni, wspinał się na wieżowce bez zabezpieczenia i utrzymywał, że stoczył przynajmniej sześć walk w klatce, w tym jednym zwycięską.

Ronald poznał ekspertów od wahań akcji i walut, zdolnych pomnożyć majątek w ciągu jednej nocy, ściskał dłonie zawodowych dyrektorów którzy jak małpy przeskakiwali z płonących stołków na nowe, lepsze. Sam jednak specjalizował się w wąskiej profesji, czyli w nudzie. O tak, Ronald Pancerny do niedawna sądził, że o nudzie wie wszystko.

Znał nudę monotonnej pracy, napędzaną przekonaniem, że kolegom zza ściany wydarzają się rzeczy niecodzienne i ekscytujące. Nuda miała postać bezmyślnych programów telewizyjnych oglądanych w próżnym oczekiwaniu, że Anna zwróci na niego uwagę. Nuda wódki z nudnymi kolegami. Monotonia sobotnich zakupów. Anna zawsze bardzo powoli wybierała każdy produkt. Sprawdzała skład i datę ważności, a Ronald Pancerny przygryzał wargi, zaciskał pięści i gromił wzrokiem dzieci, budząc ich śmiech. Nudę znał jak własne palce. Tak sądził aż do dzisiaj.

Bo w czasie pandemii poznał nowy rodzaj nudy: nudę pokoju hotelowego. Nudę porno na telefonie. Nudę wina, jacka danielsa i żywca wlewanych w skurczony od lęku żołądek. Nawet ten lęk był nudny. Przecież Ronald miał mieć nowe, ekscytujące życie, tymczasem wylądował w piekle czterech ścian i skapujących godzin. Tak było. Ronald Pancerny wyjął walizkę z forsą, wytarzał się w banknotach, popłakał się i schował je z powrotem. W końcu z tej nudy zadzwonił po panienkę.

Nigdy wcześniej tego nie robił. Czasem kręcił się w okolicach Marriotta gdzie stały prostytutki. Wchodził na Roksę, wybierał ogłoszenia kobiet, które mu się podobały, zapisywał numery pod męskim imieniem i nazwiskiem, po czym nigdy nie dzwonił. Teraz postąpił inaczej. Musiał się trochę nadzwonić – pandemia zdusiła seksbiznes lepiej niż policja obyczajowa. W końcu jedna z dziewczyn odebrała. Miała ksywkę Ruda i czyniła cuda, przynajmniej wedle opisu na stronie.

Ruda przyjechała po godzinie i dokonała cudów na miarę pokoju hotelowego i zdolności seksualnych Ronalda Pancernego. Nawet mu się podobała, choć włosy miała rdzawe, a nie rude. Nosiła szpile, pończochy i prześwitującą bieliznę. Po wszystkim leżała jeszcze chwilę z ramieniem pod głową Ronalda, jakby wyczuła, że właśnie tego, niczego innego, oczekiwał. Bańka sztucznej bliskości pękła. Pancerny poczuł potężne uderzenie nudy. Wstał, wyjął trzy stówki z walizki, dał Rudej i poczłapał się umyć.

Gdy wyszedł spod prysznica, Ruda była już ubrana. Nie wiedział, jak się z nią pożegnać, więc nie pożegnał się wcale.

Nim Pancerny zamknął drzwi, Ruda zerknęła jeszcze na walizkę pod łóżkiem. Walizkę pełną pieniędzy.

Zbiegła po schodach. Nigdy nie lubiła windy. W windach są lustra.

Stanęła przed hotelem i wyjęła telefon. 

Rozdział 7

– Czego, kurwa? – szczeknął do iPhone’a na głośnomówiącym Józio Pudel, wycierając nos po wciągnięciu kreski dłuższej niż lista jego grzechów. Nagrzeszył zaś Józio Pudel w życiu za trzech. 

– Na robocie byłam. 

– Jak dzwonisz, to znaczy, że cię nie zamordował, to po chuj dzwonisz? – zaskowyczał Józio. Chociaż w głębi duszy był miłym chłopcem, żywił przekonanie, że w jego profesji pewna szorstkość jest konieczna. Miał się bowiem Józio za alfonsa Rudej, co prawdą było w pewnym stopniu, ale nie do końca. 

– Czekaj, Józio, koteczku. Słuchaj. Na robocie byłam. I jest ten farfocel, nie. W tym hotelu, co ci pisałam w esemesie, że będę, jakby co. Pokój czterdzieści dwa. I ten farfocel ma walizkę pełną hajsu. Ale rozumiesz, pełniutką. Ja nie wiem, ile to jest, ale dużo. 

– Nie ruszaj się stamtąd. Jadę – warknął Pudel, jako że kwit darzył sporą sympatią, choć wcale mu go nie brakowało. 

Józio Pudel miał dwadzieścia trzy lata, prawie dwa metry wzrostu i ciało bardzo chude, o kończynach pajęczych. Nosił się jak raper z teledysku i nawet zdarzyło mu się w życiu parę linijek zrymować do różnych tłustych bitów, nie rymy jednak zapłaciły za gruby złoty łańcuch, równie złotego rolexa, ciuchy najdroższych streetwearowych marek i niebieściutkie, zaledwie trzyletnie audi S6. Za te dobra zapłaciły Józia spryt, bezwzględność i determinacja oraz ciężka praca Rudej i jej dwóch koleżanek, nad którymi Józio sprawował niezbyt czułą opiekę.

Tak przynajmniej lubił o sobie myśleć i mówić, jak o prawdziwym self-made manie, jednak Ruda dobrze wiedziała, że za wszystko zapłacili rodzice Józia, pochodził Józio bowiem ze znanej prawniczej rodziny, wcale nie nazywał się Pudel, a alfonsem został głównie na złość staremu, porzuciwszy prawo na UW po drugim semestrze. Wtedy właśnie uznał, że pierdoli mamę i tatę i nie chce już więcej tego dobra i szczęścia, i życzy sobie zasmakować prawdziwego życia, zyskać szacunek ludzi ulicy, zwłaszcza że rodzice przepisali nań studwudziestometrowe mieszkanie na Górnym Mokotowie, za które dalej płacili czynsz. Biznesem i koleżankami zarządzała Ruda, Józia trzymała jedynie dlatego, że chętnie płacił za przywilej uchodzenia za jej alfonsa i prawdziwego człowieka ulicy.

Kiedy zajechał pod podły hotelik, paliła papierosa i trzęsła się z zimna. Wyskoczył z auta. 

– To jaki jest plan? – zapytał. 

Ruda przewróciła oczami. 

– Wchodzimy tam, ty go lutujesz na ryj, bierzemy hajsy i spierdalamy, proste przecież. 

Józio aż podskoczył z uciechy.

– Ej, normalnie jak Bonnie i Clyde! Albo urodzeni mordercy. 

Ruda już szła w stronę hotelu, ale na dźwięk słowa „mordercy” wykonała na prawym obcasie zwrot i obiema rękami chwyciła Józia za szmaty. 

– Jacy mordercy, kurwa, idioto? Żadni mordercy. Lutujesz typa w ryj, bierzemy kwit, wychodzimy. Żadnych trupów. 

– Ej weź, to jest oryginalny Off-White – zaskomlał Józio Pudel, ratując bluzę przed długimi szponami Rudej. – O filmie mówiłem!

– Kinoman się kurwa znalazł. Idziemy. 

Pod drzwiami pokoju hotelowego Józia nagle opadły wątpliwości, gdyż uzmysłowił sobie, że nigdy w życiu nikogo nie uderzył – nie musiał: pieniądze tatusia załatwiały sprawy skuteczniej niż wątłe pięści Józia. 

– Słuchaj, Ruda, bo ja nie wiem. A jak on będzie silniejszy ode mnie…? Bo ja w sumie to nie bardzo się tak umiem bić – zapiszczał cichutko. 

Ruda spojrzała nań z pogardą i zapukała. 

Rozdział 8

Zarazek z wolna wybudzał się ze snu. Zacisnął palce na prześcieradle. Wymacał brzeg materaca. Z zamkniętymi oczami usiłował zgadnąć, gdzie się znajduje. Stawiał na własny dom albo izbę wytrzeźwień. Oba te miejsca były mu równie wstrętne i jednako znajome.

Uniósł powieki i usiadł na łóżku. Łóżko stało przy ścianie długiego korytarza o ścianach na przemian białych i brązowych, z mnóstwem wytartych drzwi po obu stronach. Podłoga miała kolor nagrobka, a w powietrzu unosił się nieśmiertelny zapach lizolu. Łóżek było więcej. Między nimi miotały się pielęgniarki w maskach i strojach ochronnych. Wyglądają jak Marsjanie czy inni Czarnobylanie, pomyślał Zdzisław Zarazek. Zawołał:

– Siostro! Siostro!

Pierwsza pielęgniarka nawet nie spojrzała w jego kierunku, piąta westchnęła na całe to pohukiwanie, a dziesiąta obiecała, że doktor przyjdzie najszybciej, jak zdoła. Mają tutaj przecież urwanie głowy.

Doktor zjawił się po półgodzinie, choć zdaniem Zarazka minęły przynajmniej trzy czwarte wieczności. Lekarz sadził susy, jakby biegł przez rzekę po głowach krokodyli. W niczym zresztą nie przypominał sługi Hipokratesa: miał lekko dwa metry wzrostu i żuchwę, którą po wyrwaniu z czaszki można by zatłuc przynajmniej tuzin Filistynów. Nad maską w jego sinej twarzy łypały umordowane oczy.

– Co się dzieje? – zapytał doktor.

– Chciałbym właśnie wiedzieć. Obudziłem się tutaj i…

– Nie mam czasu na takie ceregiele. Widzi pan, co się tutaj wyrabia? – Doktor machnął włochatą dłonią. – Jak się pan nazywa?

– Zarazek – odparł detektyw zgodnie z prawdą.

Na te słowa, twarz doktora przeszła w purpurę. Wydał z siebie nieokreślony dźwięk, jakby brzuch mu rozpruli. Chwycił Zarazka za fraki i bez wysiłku podniósł z łóżka.

– Słuchaj, skurwysynu jeden, jestem na nogach prawie sześćdziesiąt godzin, żarłem głównie batoniki z automatu, ale pacjenci nawet ten automat mi spierdolili, więc nie rób sobie ze mnie jaj, bo jak ci jebnę, to ci się jabol z ogólniaka odbije.

– Ja naprawdę nazywam się Zarazek. Zdzisław Zarazek – szepnął detektyw i zacisnął powieki, szykując się na cios. Ten jednak nie nadszedł. Zarazek pogrzebał w kieszeni. Wydobył portfel, a z niego dowód osobisty sklejony przeźroczystą taśmą. Drżącą dłonią podał go lekarzowi.

– No dobra – sapnął doktor. – Leż tu grzecznie. Mamy obłożenie. Zaraz ktoś się tobą zajmie. Potem zrobimy testy i tak dalej.

– Na co znowu testy? – zapytał Zarazek.

Lekarz cisnął nim o łóżko i sobie poszedł. Zarazek musiał odpowiedzieć sobie sam. Chwilę to zajęło. Strach podbił mu serce tak, że rąbnęło w migdałki. Koronawirus! Zarazek natychmiast wypiął sobie kroplówkę. Wciąż miał na sobie dres. Buty leżały pod łóżkiem, tak samo jak kurtka.

Chwilę później Zdzisław Zarazek już szedł korytarzem. Wszystko, tylko nie testy. Jak większość dorosłych mężczyzn, Zarazek uważał, że przyczyną chorób nie są żadne wirusy czy komórki rakowe, lecz kontakt z przedstawicielami medycyny. Lekarz, jego zdaniem, wywoływał chorobę samym aktem diagnozy. Nie można było do tego dopuścić.

Sprawdził jeszcze kieszenie. Wymacał smartfon. Przypomniał sobie o Ronaldzie Pancernym, a zwłaszcza o jego żonie. Niepospolity umysł Zdzisława Zarazka natychmiast wszedł na wyższe obroty. Detektyw uruchomił wyszukiwarkę. Znalazł zdjęcie Ronalda, powiększył na cały ekran i skręcił do najbliższej sali. Pacjenci leżeli na łóżkach z wysokimi białymi poręczami, obłożeni przez soki owocowe w kartonach, tablety i grube zeszyty krzyżówek. Zarazek podchodził do każdego, podsuwał telefon pod nos i pytał:

– Widziałeś może tego człowieka?

Rozdział 9

Pistolet glock 19 jest pistoletem zupełnie zwykłym. Można powiedzieć: bez właściwości. W świecie broni palnej to ekwiwalent opla astry w świecie motoryzacji. Nie zachwyci nikogo, ale nadaje się w zasadzie do wszystkiego, nie jest ani bardzo mały, ani bardzo duży, w magazynku mieści piętnaście nabojów, czyli akurat tyle, ile powinien mieścić pistolet, obsługuje się go prosto i intuicyjnie, bez żadnych komplikacji, po prostu naciska się na spust i po każdym naciśnięciu spustu pocisk kalibru 9 mm opuszcza lufę z prędkością pozwalającą tej grudce metalu zrobić to, do czego ją przeznaczono, to znaczy skrzywdzić człowieka.

Taki właśnie glock 19 przysługiwał Ronaldowi Pancernemu jako broń służbowa. Był w końcu Pancerny funkcjonariuszem CBA i oprócz zdefraudowanych pięciu milionów przywłaszczył sobie również ten służbowy pistolet, który ściskał teraz w drżących, spoconych dłoniach, celując w Rudą i Józia Pudla.

Oboje stali pod ścianą, z uniesionymi rękami.

– Chcieliście mnie okraść, skurwysyny…! Z moich pieniędzy! – wrzasnął Ronald, aby dodać sobie animuszu i zyskać na czasie, bo w zasadzie nie wiedział, co powiedzieć ani co zrobić. Poza tym było mu głupio, że chwilę wcześniej uwierzył w historyjkę o zgubionym szkle kontaktowym.

– Akurat twoich – inteligentnie odpowiedziała Ruda.

– Ale ej, nie było mowy o żadnych pistoletach… – zaskowyczał szeptem Józio Pudel, który nie bardzo lubił, żeby do niego celować.

– No i co teraz? – zapytała Ruda.

– Teraz stąd wyjdziecie i nigdy nie wrócicie, a ja daruję wam życie! – wrzasnął ponownie Ronald.

– Ej, ale to jest dobry rym! – zauważył Józio Pudel. – Nigdy nie wrócicie, ja darowałem wam życie, które sobie pędziliście skrycie, na wakacjach w Splicie, albo na orbicie, co wy tam palicie…

Ronald wytrzeszczył oczy.

– O czym ten człowiek w ogóle… Nieważne. Wypierdalać stąd! – wrzeszczał dalej, tym razem jednak tak bardzo napiął przeponę, że ręcznik, do tej pory osłaniający lędźwie Ronald, zsunął się i oczom Rudej i Pudla Ronald objawił się w całym swoim przepychu człowieka prowadzącego raczej siedzący tryb życia.

– Nigdzie nie idziemy – powiedziała Ruda. – Przecież nas nie zastrzelisz.

– Zastrzelę! – jęknął Ronald, zasłaniając przyrodzenie lewą ręką, i zrozumiał, że istotnie, nie jest do końca gotów zastrzelić Rudą i jej towarzysza.

Ruda opuściła ręce.

– No to strzelaj – rzuciła wyzywająco, wiedząc, że oferma nie strzeli.

Ronald Pancerny ponownie chwycił pistolet w obie ręce i mocniej zacisnął palce na rękojeści, gestem, który widział w stu filmach sensacyjnych. Aktorzy zawsze tak śmiesznie przebierają palcami, trzymając te pistolety. Nie wiedział, co robić, ze służbowej broni w życiu wystrzelił dokładnie dziesięć razy na szkoleniu i nie było to miłe wspomnienie.

Ruda uśmiechnęła się pogardliwie.

– Bierz go, Pudel.

Józio Pudel wcale nie miał ochoty „brać” Ronalda, ale wiedział dobrze, że Rudej nie należy się sprzeciwiać, gdyż nie wierzy ona w bezstresowe wychowanie i zdarzyło jej się nieraz korygować zachowanie Józia metodami, do których nigdy nie uciekali się jego rodzice.

Rozmawiał też kilka razy z prawdziwymi gangsterami, którzy chętnie pokazywali mu swoje klamki i tłumaczyli, że kopyto może mieć każdy, ale nie każdy gotów jest nacisnąć spust. Do tego trzeba mężczyzny.

Na pewno nie mieli na myśli kogoś takiego, pomyślał Józio Pudel i skoczył w stronę nagiego Ronald, ten zaś zamknął oczy i nacisnął spust.

Pudel był martwy, zanim jeszcze upadł, krew z rozbitej pociskiem czaszki rozlała się po podłodze lepką kałużą.

Rozdział 10

Detektyw Zarazek poruszał się skokami, zgarbiony jak złodziej z kreskówki. Ostatni raz gnał tak jakieś trzydzieści kilogramów temu, kiedy uciekał przed kanarami, z marnym zresztą skutkiem. Jego zdaniem praca detektywa zakładała raczej leniwą obserwację oraz efektowne pojedynki na pięści, w których zawsze zajmował wysokie, drugie miejsce.
Bieganie odbierało godność. Biegać mógł jakiś krawężnik albo tępy Bruce Willis. Zarazek był jednak prawdziwym mężczyzną i dzielnie znosił wszelkie trudności. Biegł nie tylko dlatego, że miał mnóstwo chorych do obskoczenia. Gdzieś w głębi korytarza mignęła potężna sylwetka znajomego doktora i detektyw, w którym rozsądek zawsze górował nad odwagą, uznał, że unikanie tego olbrzyma będzie zmyślnym posunięciem.
Okno wychodziło na zapełniony parking, łyse drzewa i dalekie czteropiętrowe bloki. Ulicą przemknął autobus i dwa samochody policyjne. Dzień był piękny. Piękno zawsze rozczulało Zarazka, może dlatego, że bardzo się sobie podobał.
Odwrócił się od okna i podszedł do pierwszego lepszego pacjenta. Był to starszy facet z czerwonym nosem i wąsem zbrązowiałym od papierosów. W spracowanych dłoniach ściskał telefon komórkowy z małym ekranem i wielkimi klawiszami. Zarazek wyciągnął swojego eleganckiego smartfona – niech dziadek zobaczy, jak technologia poszła do przodu. Dziadek jakoś niespecjalnie się zachwycał. Wręcz przeciwnie: skulił się i zakopał się w pościeli, nad brzegiem kołdry łypały przekrwione oczy.
– Widziałeś tego człowieka? – zapytał Zarazek.
Nie doczekał się odpowiedzi. Dwaj inni pacjenci w tej sali zachowali się podobnie, ze wszystkich sił zasłaniali się przed Zarazkiem. Detektyw przestraszył się, że ma jakąś bliznę na twarzy czy coś jeszcze gorszego, przejrzał się w smartfonie, wyglądał jednak całkiem normalnie – usta miały konsystencję tortu, a wały nadoczodołowe i policzki zakleszczały oczy w wąskich kraterach.
Wyszedł na korytarz i czym prędzej wskoczył do następnej sali. Ogromny doktor zmierzał szybkim krokiem w jego kierunku. Zarazek zrozumiał, że musi za wszelką cenę uniknąć konfrontacji, miał bowiem pewność, że w bezpośrednim starciu mógłby skrzywdzić lekarza, czego z wrodzonej dobroci serca pragnął uniknąć.
W następnej sali pacjenci znów odsuwali się od Zarazka, a jeden z niepojętych przyczyn wybiegł na zewnątrz, wrzeszcząc wniebogłosy. Zarazek aż podłubał w nosie ze zdziwienia. Przestraszył się, że awantura ściągnie tutaj olbrzyma – i co wtedy? Musiał podjąć nadzwyczajne środki zaradcze. Podszedł do wyjątkowo wiekowego i umęczonego pacjenta, oznajmił, że działa dla dobra większej sprawy, i zdjął mu maskę z twarzy. Pacjent szarpał się, lecz słabo, spuentował ową szamotaninę gwałtownym charknięciem i zamknął oczy.
– Dziękuję panu ślicznie! – powiedział Zarazek, zakładając maskę. – Oddam, jak tylko przestanie być potrzebna.
Kontynuował swą doniosłą misję. Zaczepiał kolejnych pacjentów i pytał o mężczyznę na zdjęciu w telefonie. Pacjenci odpowiadali jakby chętniej i już nie próbowali skryć się pod materacem. Tylko ogromny lekarz ciągle podążał za Zarazkiem, rozglądając się ponad głowami pacjentów i pielęgniarek. Wreszcie zajrzał do sali, gdzie leżał pacjent ogołocony z maseczki. Wypadł stamtąd natychmiast, wrzasnął coś i potruchtał przez korytarz. Zarazek zgarbił się na tyle, na ile pozwolił mu brzuch i również przyspieszył.
Wciąż podsuwał telefon przed kolejne udręczone twarze i pytał:
– Widziałeś go? Widziałeś?
Prawdziwy mężczyzna nigdy nie porzuca misji. Jest jak wściekły pies, jak rekin rozszarpujący surfera. Zarazek spojrzał za siebie. Lekarz już nie szedł, tylko biegł, purpurowy ze złości. Pora na mnie, pomyślał Zarazek.
W tej właśnie chwili ktoś chwycił go za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Rzekł chrapliwie, jakby żuł żwir:
– Widziałem tego faceta. W hotelu, gdzie pracowałem. Dwa dni temu przyjechał, wczesnym popołudniem. Wiem, bo w piątek poczułem się źle i przywieźli mnie tutaj…

do góry strony >>